Grillowany Polaq według Tumidajskiego

"Uwiedzeni" - reż. Jarosław Tumidajski - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Nic tak nie wzrusza jak hymn narodowy po zwycięstwie Polaków na olimpiadzie w Rio. I choć tylko na razie dwa razy mogliśmy go wysłuchać po zdobyciu złotych medali (przez niesamowitą Anitę Włodarczyk i wioślarki Magdalenę Fularczyk-Kozłowską i Natalię Madaj), trochę częściej przed meczami, jednak łza się w oku kręciła, że hymn, że nasz, że teraz my, Polacy...

Niektórzy nie sprostali oczekiwaniom, jakie w nich cały naród pokładał i s-Faj-tkowali. Niektórzy, bo za długo lecieli, inni - że za wcześnie wstali, jeszcze inni - bo gdyby wiedzieli rok temu, że ich forma nagle wzrośnie... No cóż, Polska Bało-Czerwoni, Polska... No i jest jeszcze spektakl Jarosława Tumidajskiego. Kibole, gruz, grill i ostra walka polsko-polska. Wszystko lekko po bandzie, na granicy kiczu, ale tak jak to w sporcie i życiu bywa - gramy do końca. Z igrzysk wylecieli bracia Zielińscy, Krzysztof Szramiak, szef europejskiego MKOI (za sprzedaż "pod stołem" biletów!!!), z wioski olimpijskiej brazylijska pływaczka za seks w basenie przed zawodami, no i oczywiście sprawa rosyjskich sportowców do olimpiady niedopuszczonych. To już światowa "zmowa" niepoprawności i konfliktów osobowościowych, zupełnie jak u Tumidajskiego podejście do roli spektaklu w życiu widza. Wszystko podać przerysowane, każdy weźmie tyle, ile udźwignie (ech, nasi skompromitowani ciężarowcy...).

Jarosław Tumidajski połączył teksty Franciszka Bohomolca i Aleksandra Fredry, sytuując historycznie pierwszego jako drugiego w kolejności scenicznej. Nie zmieniło to wymowy całości, choć mam obiekcje, jaka miała być ta wymowa. Założenia przedstawione przez reżysera stawiały inscenizację w wąskim gronie spektakli zaangażowanych w sprawy polskie, piętnujacej przywary, skłonności i narodową nienawiść wyrażającą się deklaratywnie i krótko. Powstało dzieło, w którym oddano szacunek tekstom sprzed 250. lat (Bohomolec) i 194. (Fredro). Zachowany został język i ramy literackie. Obróbce poddano relacje społeczne, okoliczności, kostium i scenerię. Zachowano walory komedii, choć nie tej przez łzy, wysmakowanej, koronkowej, tylko ciosanej toporem konwencji, grepsu, tautologii. Widz śmiał się jednak, spragniony żartu, szczególnie sytuacyjnego i vis comica, a tego nie brakowało. Zupełnie niezamierzonym śmieszno-strasznym efektem podczas czwartej z kolei inscenizacji stał się "pożar koniny" na grillu. Jako jedyny zareagował prawidłowo i na czas najlepszy aktor w spektaklu Grzegorz Gzyl, mający moment zawahania (tak jak nasi sportowcy): czy zalać wodą urządzenie elektryczne czy też nie. Umiał wykorzystać ten moment, nazywany przez niektórych "wielką improwizacją", aby podbić lekko napięcie sceniczne.

Historie komediowe Bohomolca i Fredry zasadzają się na podobnym konflikcie: miłość czy kasa. Bohaterowie kluczą i konfabulują, aby przypodobać się pannom i ich ojcom, co jest rozwiązaniem krótkoterminowym i ostatecznie skazanym na porażkę. Panny "ustawiane" do zamążpójścia nie posiadły jeszcze umiejętności wyrażania swojego zdania w sposób zadowalający, dlatego posiłkują się pomocą rozgarniętych przyjaciółek. Mężczyźni otrzymują od dramatopisarzy brzemiona fircyków, panów modnych aspirujących do stanu celebryckiego, zaściankowych kmieci, prostackich i ospałych "kogutów" po patriotów z niechlubną przeszłością i cudzoziemców z otwartym umysłem, w miarę odważnych. W nierównej walce kobiety-mężczyźni, to niewiasty po zaciętej walce wygrywają, stawiają na swoim po uwolnieniu uczciwych intencji. Mężczyźni pozoranci utrzymują status przywódcy stada, choć "olimpiady" nie wygrywają. Miłość ma sprzymierzeńców, pieniądze również pozostają przy kochających, porządek społeczny zostaje zachowany. Brak mezaliansów, długotrwałych cierpień i większych aspiracji. Patriotyzm rozpatrywany wyłącznie w kategoriach własności (osób lub mienia). Polska porządkiem stoi.

Reżyser mierzy "polskość", odsącza wyobrażenia, pozostawiając nadmiernie czytelne komunikaty, wcale nieodkrywcze, a tylko skumulowane w jednej czasoprzestrzeni. Łącznikiem są kibole, którzy kontestują polski hymn narodowy, przypisując sobie rolę interpretacyjną, ogałacającą ze złudzeń co do intencji. Kibole, czyli zorganizowane grupy ekstremistów, czytelny elektorat wyborczy, epatujące tęsknotą za porządkiem narodowo-społecznym, podlegające prawom własnym, z pominięciem ustanowionego prawa przez państwo. W takie sidła wpuszcza nas reżyser, być może nie mając jeszcze pomysłu na współczesnego patriotę, wabionego rozmytą, liberalną polityką "hipstersko-proeuropejską" albo tęsknotą za utraconym patriotyzmem (wyzwalanym w czasie powstań wszelkich i zrywów narodowych; przypomnę - nieudanych, z nadmierną liczbą ofiar, ale też podczas olimpiady czy Euro; rzadziej Eurowizji). Absurd osiągnięty grubymi pociągnięciami "demiurga".

Zdecydowanie wyróżniają się w "Uwiedzonych" kostiumy i scenografia często goszczącego na trójmiejskich scenach Mirka Kaczmarka. Umowna prostota pierwszego aktu "zabita" została zagraceniem w części drugiej spektaklu. Sielskość krajobrazowa, wzgórza, konie rasy polskiej (wyjściowo mogą nawiązywać do skandali w Janowie Podlaskim), kostiumy tiulowe, koronkowe, skrojone na miarę charakterów poszczególnych postaci "opisywały" postaci Fredry (niektóre z nich przypominały młodzieżową kulturę gotów). Bohomolec zinterpretowany został przez dresiarzy połowicznych. Dres w połączeniu z eleganckimi butami na obcasach podkreślał schizofrenię progresywną, choć uleczalną (wszakże i Monika Strzępka dres nosiła onegdaj). Scenografia aktu drugiego nosiła znamiona krajobrazu po bitwie, czyli gruzowiska z dominującymi grillami i "zdechłymi" końmi, szlabanami granicznymi, co i rusz naruszanymi. Czy aby taka polsqość jest w nas li tylko? Pod płaszczykiem (albo skorupą) wrze w Polaqu lawa złych emocji, kosztujących kraj nasz ukochany ogromną cenę? A przecież w finale tylko o zamążpójście chodzi. Czyżby znalezienie ślubnego było aż tak kosmiczną sprawą, że delikwenci nie nadają się do niczego więcej? Patriotyzm trzeba na nowo zdefiniować, trzeba mieć propozycje inne niż tylko wstąpienie do ochotniczych Wojsk Obrony Terytorialnej (500 zł od rządu), inne niż stawianie pomników. Młodzież jest najprawdopodobniej do uratowania jeszcze od klęski polsqiego patryjotyzmu (pisownia oryginalna).

Z grą aktorów można się oswoić. Zostali wpisani w konwencję i ociosani. Najbardziej swoją rolę dopracował Grzegorz Gzyl. Jest "demoniczny" jako Radost, prosty oraz prostacki jako Staruszkiewicz. Wnosi lekkość, finezyjność, a przede wszystkim znakomicie panuje nad sceną, umiejętnie dominując nad pozostałymi postaciami. Bardzo dobrze wypadł Marcin Miodek jako Astolf. Skorzystał ze swoich zewnętrznych atrybutów, aby "mizdrzyć się" do panien, czarować je próbą elokwencji i ogłady, przyprawiać o zawroty głowy li tylko dzięki pojawieniu się w danym miejscu. Widać, jak pysznie skrojona jest ta rola dla niego. W obu częściach spektaklu ciekawie wypadł Piotr Łukawski, miał czas i przestrzeń, aby ograć swoje postacie. Swoje dobre momenty, szczególnie "u Fredry", miały panie Katarzyna Kaźmierczak (Zofia/ Eliza), Małgorzata Oracz (Julia/ Bywalska) i Agata Bykowska (Agata).

W teatrze rozmawiać trzeba i należy, a w naszych bardzo zawiłych czasach wielu wyborów, nie można odkładać pewnych decyzji, nie można usypiać widza analizą tylko, trzeba podjąć otwartą, artystyczną dyskusję nad wartościami, które łączą, czego życzę Jarosławowi Tumidajskiemu.

Katarzyna Wysocka
Gazeta Świętojańska
20 sierpnia 2016

Książka tygodnia

Czescy ekspresjoniści
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Jindřich Chalupecký

Trailer tygodnia