Gry i zabawy na śmietniku miłosnych rozrywek

"Wyspa Marivaux: Spór, Triumf miłości, Wyspa niewolników" - reż. Iwo Vedral - Teatr Wybrzeże w Gdańsku

Szafa grająca, plażowe parasolki, dmuchany krokodyl, krzesełko ratownika czy może sędziego tenisowego - z takich to różności została usypana z tyłu sceny wielka na kilka metrów hałda. Z boku sceny zaś scenograf Marcin Chlanda zbudował lustrzaną ścianę z biegnącą wzdłuż niej poręczą, jak w szkole baletowej. Z jednej strony gigantyczny śmietnik ludzkich rozrywek, z drugiej -sztywna konwencja, podtrzymująca dawne hierarchie. Między tymi przeciwieństwami porusza się przedstawienie "Wyspa Marivaux", wyreżyserowane przez Iwo Vedrala na sopockiej Scenie Kameralnej Teatru Wybrzeże.

Vedral zebrał w swoim spektaklu w jedno trzy jednoaktówki Pierre'a Marivaux, XVIII-wiecznego francuskiego dramaturga, rzadko dziś przypominanego. Okazało się, że wystarczy sztuki te otrzepać z pudru i rozebrać z fraków i krynolin, by pokazały swoją ukrytą drapieżność. Inscenizacja Vedrala ma w sobie ostrość, która dawno nie pojawiała się w trójmiejskich teatrach.

Owe trzy jednoaktówki to kolejno "Wyspa niewolników", "Spór" oraz "Triumf miłości". Przechodzą one jedna w drugą płynnie, tak samo jak płynnie aktorzy zmieniają się w kolejnych bohaterów. Co wobec tego łączy zdarzenia i bohaterów? Po pierwsze - ciągłe eksperymentowanie, na innych i na sobie. A po drugie - wielki i coraz mniej celnie ulokowany głód miłości. W końcówce, którą łatwo utożsamić z "naszymi czasami", zamienia się to w używanie na całego, sięganie po każdy bodziec, łącznie z pospieszną kopulacją na stojaka na grającej szafie jako podparciu. Hierarchii i konwencji już nie ma i nie ma też jak do nich powrócić. Jesteśmy wolni, możemy robić ze sobą, co chcemy. Tylko że coraz bardziej nas ta wolność zniewala i unieszczęśliwia. Nie potrafimy już jednak wydostać się z zastawionej na nas przez samych siebie pułapki. - Ale jest świetnie - próbuje sobie wmówić grająca w tej części spektaklu Hermidas Anna Kociarz. Po czym nie wytrzymuje tego "szczęścia", po cichutku przebiera się w tę samą szykowną czarną kieckę, w której jako Frozyna występowała w pierwszych scenach, i próbuje się wymknąć z przyjęcia. Nic z tego jednak, Arlekin (Marek Tynda), wodzirej na tej zaćpanej orgietce, blokuje drzwi kajdankami. Wyjścia już nie ma.

Vedral ułożył z trzech jednoaktówek Marivaux spójną historię. Opowiada ona o ludziach, którzy zawsze poszukiwali na oślep miłości. Te poszukiwania, miłosne gry i zabawy długi czas sznurowano gorsetem konwencji, zasad. Szczęścia to nie dawało. Ale jeśli się ten gorset rozsznuruje, jest jeszcze gorzej: miłość nie zna stanu niewinności, to zawsze te same gry i zabawy w dominację i podporządkowanie. A współczesność to w tej dziedzinie kompletna już katastrofa (choć, trzeba dodać, z niejednoznacznym finałem).

Przemyślana jest w tym przedstawieniu także ułożona i dobrana przez Jakuba Orłowskiego i Fabiana Włodarka muzyka, będąca takim samym śmietnikiem jak usypana z tyłu sceny hałda. Barokowa aria miesza się tu z discopolowym "Białym misiem". Konsekwencję widać również w prowadzeniu aktorów. Nadto ślamazarne wydaje się co prawda tempo dialogów, ale w tej niespieszności tym wyraźniej rysuje się podwójny charakter postaci Marivaux: rozrywkowiczów, z ukrytym w nich demonicznym złem. Tacy są Marek Tynda i Piotr Witkowski, poprzebierani w cudaczne stroje wodzireje finałowej orgietki. Taka jest zaś przede wszystkim Dorota Androsz jako Focion, najbardziej niejednoznaczna, trudna do przeniknięcia postać, zagrana przez Androsz z dużą ekspresją.

Można tylko utyskiwać, że debiutująca w tej sztuce w zespole teatru Katarzyna Figura swoim deklamatorskim, melodramatycznym stylem gry odstaje od przedstawienia, jest z innej bajki. Czy tak miało być? I stąd jej niby-rastafariański kostium? Czy rola niedopasowana do emploi? Zaczekajmy z oceną do kolejnej premiery.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
26 marca 2014

Książka tygodnia

Nice, cosie i duchy. Eseje o sztuce
Pewne Wydawnictwo
Michał Krawczyk

Trailer tygodnia

"Powrót" - reż. Michał...
Michał Zdunik
Bywa tak, że odwiedzamy dom rodzinny ...