Grzebiąc w brudach

"Z życia glist" - reż. Krzysztof Babicki - Teatr Miejski w Gdyni

Na plakacie do najnowszego spektaklu Teatru Miejskiego w Gdyni, a także towarzyszącej mu sesji fotograficznej, dwójka głównych bohaterów klęczy na gołej ziemi. Po kolana w błocie oglądają coś, co dopiero z tej ziemi wyciągnęli. Ten obrazek to kwintesencja spektaklu, który opowiada o tym, jak nieustannie grzebiemy w brudach, jak zapuszczamy się w głąb i wyciągamy stamtąd coś, co dotąd było niewidoczne, być może przez kogoś wstydliwie zakopane. Nie sposób się przy tym nie ubrudzić. Spektakl mówi również o bolesnym powrocie do dzieciństwa, które (na przekór temu, że jednym z bohaterów jest bajkopisarz), wcale bajkowe być nie musi.

W opisie spektaklu czytamy, że jest to historia odsłaniająca tajemnice życia wielkiego bajkopisarza Hansa Christiana Andersena. O Andersenie krążą mity. Że był gejem, że lubił dzieci. Snute są domysły, jednak ten spektakl ich nie rozwiewa. Akcja sztuki Pera Olov Enquista zawiązuje się w momencie, gdy Andersen gubi zęby wygłaszając mowę przed parą królewską. Ze skargą biegnie do swych znajomych: Johanna, uznanego dramaturga, i Johanny, aktorki. Johanna jest dla starszego dramatopisarza... no właśnie, kim? Żoną, córką? W sztuce pełno jest niedomówień. Atmosfera sztuki przypomina coś między snem a jawą, prawda miesza się z rzeczywistością, przeszłość z przyszłością.

Incydent z zębami jest jednak tylko (skądinąd niezwykle obrazowym) pretekstem dla całej sztuki. Wbrew opisowi Hans Christian Andersen nie jest tutaj główną postacią. Cała akcja skupia się na Johannie, granej na wysokim poziomie przez Monikę Babicką, która wraca do klasy, jaką pokazała w Biesach. Aktorka zdecydowanie lepiej wypada w rolach tragicznych niż komediowych. Babicka pozostawia troje partnerujących jej aktorów daleko w tyle. Nawet Szymon Sędrowski, który zazwyczaj skupia całą uwagę na sobie, nie jest w stanie skraść jej tego spektaklu. Bohaterka Babickiej ma charakter, nawet jeśli ten charakter popada wciąż ze skrajności w skrajność. Nie można jej odmówić wyrazistości, jednak z drugiej strony ciężko stwierdzić, o co Johannie tak naprawdę chodzi, jaki jest cel jej działań, po co wyciąga brudy z przeszłości, dlaczego akurat teraz. I najważniejsze pytanie: dlaczego nie lubi Hansa. Co ją z nim łączy? Czy są rodzeństwem? Kochankami? Czy ona boi się go, gardzi nim, pragnie go, czy wszystko naraz?

A może Johanna czuje, że Andersen może zagrozić jej talentowi. Hans ma bowiem marzenie - chce pisać coś poważniejszego niż baśnie dla dzieci. Chce być dramatopisarzem - jak Johan i Johanna. Ale ani Johan ani jego żona nie wierzą w niego, nie wspierają go, brutalnie odzierają ze złudzeń. Być może widzą w nim talent jedynie do pisania baśni, a być może po prostu mają to gdzieś, bo są tak skupieni na własnym cierpieniu i własnym talencie. Jedno jest pewne - Hans cierpi, bo nikt nie traktuje go poważnie, cały jest przez to zdziecinniały - dał się wtłoczyć w rolę wiecznie zanurzonego w baśniach, nigdy dorosłego, wiecznie małego, zielonego owocu.

Mały, zielony owoc. Johanna często używa tego określenia, gdy opowiada Hansowi o swoim dzieciństwie. Kilkakrotnie była ofiarą starszych mężczyzn, amatorów „małych, zielonych owoców" - zresztą w czasie akcji spektaklu znajdujemy ją mieszkającą ze znacznie starszym mężczyzną, który jest dla niej nie tylko mężem, ale i mentorem, nauczycielem. Co próbują nam pokazać twórcy spektaklu? Zakazany związek pomiędzy dorosłym a dzieckiem czy raczej zauroczenie młodej dziewczyny dojrzałym mężczyzną. Jak wygląda prawda? Johanna zbytnio miota się i plącze w zeznaniach, byśmy mogli wyłuskać z nich prawdę. Rozdrapuje stare rany, wciąga Hansa w grę, podczas której odsłania coraz bardziej bolesne fakty ze swojego życia. Tylko po co? Czy dla samej przyjemności przeżywania swoich traum powtórnie? Podobno to one czynią nas ludźmi. Dlaczego Johanna tak bardzo pragnie przekonać się, że żyje, że jest człowiekiem? Że rana jeszcze ciągle boli?

Z pewnością warto wspomnieć o przejmującej roli Doroty Lulki, która jest przez cały spektakl przykuta do wózka, bez możliwości ruchu czy komunikacji ze światem ją otaczającym. Aktorka została do tej roli wspaniale ucharakteryzowana i postarzona – niemal nie do poznania. Teatr Miejski w Gdyni ma świetną charakteryzatorkę, co potwierdza zresztą przyznana niedawno Nagroda Prezydenta Miasta Gdyni dla Jagody Pietkiewicz, która w Teatrze Miejskim charakteryzacją zajmuje się od 1980 roku.

W spektaklu, obok scen dynamicznych, żywych, są momenty, w których napięcie nieco opada. W budowaniu nastroju nie pomaga niedopracowana oprawa muzyczna i oświetleniowa, a także skromna scenografia. Jednym z elementów tej ostatniej jest terrarium ze sztucznym wężem, którego obecność trudno uzasadnić. W sztuce pojawia się wiele ciekawych wątków, w polskim teatrze rzadko poruszanych, jednak reżyser potraktował je powierzchownie - wiele pytań pozostaje bez odpowiedzi. Może tak miało być, może zamysłem było pozostawienia widza samego z tymi trudnymi pytaniami. Wydaje mi się jednak, że można było sięgnąć głębiej i dokopać się czegoś więcej.

Katarzyna Gajewska
Dziennik Teatralny Trójmiasto
9 kwietnia 2016

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...