Gwałt, kazirodztwo, morderstwa, czyli... wielka nuda w Słowackim

"Beatrix Cenci" - Teatr im. Słowackiego w Krakowie

Beatrix Cenci" to świetny tekst wieszcza. Krakowski spektakl można tylko przespać.

Na początek przyznam się do czegoś, czego zwyczajnie się wstydzę. Nigdy wcześniej nie czytałam "Beatrix Cenci". Na wieść o tym, że Teatr im. Słowackiego przygotowuje sztukę swego imiennika, postanowiłam nadrobić zaległości. Ale nie myślcie sobie, że przyszło mi to łatwo. 

Po całym dniu w biegu przedzieranie się przez zawiły romantyczny tekst nie jest perspektywą najprzyjemniejszą. Dlatego też, wracając do domu owego wieczoru, kupiłam butelkę dobrego wina, które miało mi pomóc rozwikłać co trudniejsze frazy wieszcza, a przynajmniej umilić przebrnięcie przez nie. 

Z wysokiej półki ściągnęłam zakurzony tom dramatów, siadłam w fotelu, nalałam do kieliszka napój koloru burgunda i zastygłam z książką w ręce. Bo zaczęło się jak u Hitchcocka - od trzęsienia ziemi. 

Już na pierwszej stronie tatuś zgwałcił córkę, na drugiej mamusia zaplanowała zbrodnię, a dalej napięcie rosło z minuty na minutę. Córka zabiła tatusia, zwłoki wyrzucając przed dom, w międzyczasie pojawił się ksiądz, który też miał chrapkę na ową dziewoję i wcale nie chodziło mu o wspólne klepanie różańca. Kilka stron dalej jak spod ziemi wyrósł przystojny malarz, który okazał się bratem owego księdza, na dodatek spłodzonym przez wielebnego kardynała. Co tu dużo opowiadać, to historia, o której marzy niejeden naczelny gazety i która bez wątpienia trafiłaby na pierwszą jej stronę. 

Czytałam, czytałam i czytałam i w potoku posoki, w której nurzali się bohaterowie "Beatrix Cenci", zupełnie zapomniałam o krwawym płynie leżakującym smętnie w kieliszku. I wcale nie był mi on potrzebny do rozwikłania fraz Słowackiego, bo one płynęły same, sącząc się niczym najczystsze dźwięki muzyki. Następnego dnia, wciąż nie mogąc się otrząsnąć z wrażenia, opowiadałam wszystkim, jak świetny tekst miałam szczęście przeczytać, wywołując tym raczej dziwne reakcje, na czele z jawnym posądzeniem o egzaltację i bardziej dyskretnym stukaniem się w czoło. Ale to już odbywało się za moimi plecami, więc się nie liczy. 

Liczy się jednak to, że do Teatru im. J. Słowackiego biegłam jak na skrzydłach. Nie wyobrażałam sobie, że po 15 minutach przedstawienia skrzydła te opadną, niczym zdechłemu gołębiowi. Albowiem autor adaptacji, reżyser i scenograf w jednej osobie, czyli Maciej Sobociński, zrobił wszystko, by udowodnić, że "Beatrix Cenci" jest supernudnym tekstem. 

A zaczął od tego, że ociekające ludzkimi namiętnościami dialogi kazał aktorom mówić tak, jakby nie rozmawiali z sobą o najważniejszych na świecie sprawach, tylko chłodno recytowali jakiś poemat w obcym języku. Na dodatek co chwilę zawieszali głos, robiąc metafizyczne pauzy, które miały zaświadczyć o duchowej głębi bohaterów dramatu. Każde zdanie wypowiadane było w tempie żółwia, po którym następowała przerwa tak długa, że zanim odezwał się kolejny protagonista, zdążyłam zapomnieć, o co poprzedniemu chodziło. 

Na dodatek aktorzy usiłowali prowadzić kameralne w gruncie rzeczy dialogi na odległość, ponieważ scenograf postanowił rozegrać je na ogromnej przestrzeni, zagarniając nie tylko całą głębokość sceny, ale też część widowni. 

W efekcie tego oglądaliśmy jeżdżący tam i z powrotem podest, ekrany, które przybliżały nam dziwacznie zamazane twarze bohaterów, i ogromne reflektory, żywcem przeniesione z jakiejś sali operacyjnej, ustawione nie wiadomo po co, bo na scenie przeważnie panowały grobowe ciemności. 

Jedyną jasną, i to nie tylko dosłownie, sceną było ostatnie spotkanie w więzieniu kochanków, Beatrix (Dominika Bednarczyk) i Giano Gianiego (Radosław Krzyżowski). Kiedy aktorzy zaczynali mówić ludzkim głosem i rodziła się między nimi prawdziwa intymność, ich tragedia zaczynała do mnie docierać, obchodzić mnie, dotykać. 

Podobne odczucia miałam, gdy Matka Cenci (Anna Tomaszewska) na widok gwałcącego córkę męża z niemal stoickim spokojem, który mogą osiągnąć tylko ludzie najbardziej upokorzeni, każe okrutnikowi iść spać. Bo to, co on jej zrobił, musiało przynieść myśl o zbrodni. Dlatego w "Beatrix Cenci" zło rodzi zło i nie ma przed nim ucieczki. Nie odpuści ono nawet najmłodszemu z rodu Cencich, kilkuletniemu chłopcu, który opętany przez Furie stylizowane na transwestytów, najpewniej stanie się w przyszłości mścicielem rodziny. 

Te krótkie przebłyski rozświetlające przedstawienie nie są jednak powodem, by siedzieć na widowni bite dwie godziny. A tyle, bez krótkiej choćby przerwy, trwa to monumentalne, nudne dzieło. Ja wolę fotel i płynne arcywspółczesne frazy Słowackiego, które wciągają niczym najprzedniejszy kryminał i każą zapomnieć o leżakującym w kieliszku napoju.

Magda Huzarska
Polska Gazeta Krakowska
28 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia