Gwiazdy w teatrze życia, czyli Janda Superstar

"Danuta W." - reż. Janusz Zaorski - Teatr Polonia w Warszawie gościnnie w Teatrze Małym w Tychach

Kim są? I dlaczego trudno bez nich żyć? Czym jest arcydzieło? I do czego jest nam potrzebne, lub nie? Czy życie nasze ma sens? I jaki? To trudne pytania i nie wykpimy się łatwymi odpowiedziami. Każdy z nas, świadomych swojego życia ludzi ma jakiś program, pomysł na siebie, cel do osiągnięcia, jeżeli udaje że nie ma, lub co gorsze rzeczywiście ich nie ma, pogrąża się w chaosie który czyni jego życie niepełnym. A więc coś traci. Pytanie co? i czy rzeczywiście?

Żyjemy nie rozglądając się uważnie wokół. To raczej my stanowimy na ogół dla siebie najistotniejsze centrum. To ono dyktuje nam sposób zachowania się w różnych sytuacjach i wobec różnych ludzi. Jesteśmy pępkiem swojego świata, a wokół niego tłoczą się jakieś inne światy, ale nie zawsze je dostrzegamy. I tak toczy się życie. Dyktujemy mu swoje warunki bo przecież chcemy coś osiągnąć, gdzieś dojść, z czegoś się cieszyć.

Czasami pozwalamy, aby Sztuka stworzyła nam nowe horyzonty myślenia, czy pozwoliła zrozumieć lepiej, to co rozumiemy kiepsko. Niekiedy tęsknimy, aby czuć się do czegoś powołanym, ponieważ posłannictwo uszlachetnia człowieka i pozwala czuć się potrzebnym. Niektórzy nawet zadają sobie od czasu do czasu pytanie: po co ja żyję?

A odpowiedź, o którą nie tak łatwo, bo jesteśmy coraz bardziej wymagający wobec siebie, czasami przesądza o naszym dalszym losie. Zaczynamy myśleć o drugich, o kimś obok, i zaczynamy traktować go jak siebie. Bo on jest przecież moim drugim ja. Też i aż jest Człowiekiem. To niby proste, ale jakże trudne w codziennych relacjach. Bo czy mogę sobie samemu źle życzyć? Czy mogę sobie samemu zazdrościć? Być na siebie wiecznie podenerwowanym, złym? Skoro już uporam się z tym i zrozumiem po co naprawdę żyję, moje życie nagle okazuje się pełniejsze, sensowniejsze, bogatsze o uczucia innych. Każdy w końcu pojmuje że żyjemy dla innych. Tylko zazwyczaj z praktyką mamy małe kłopoty.

Gwiazdy świecą swym fenomenalnym światłem dla nas. Są nami, a my staramy się być nimi. Możemy się grzać w ich blasku, możemy brać z nich to, czego nam brakuje, czasami dzięki nim możemy przeżywać chwile niezwykłe, które w nas na długo pozostają. I chociaż wiemy że wybitny spektakl teatralny, czy genialny film jest pewnego rodzaju ułudą, fenomenalną grą Gwiazd , to wzruszamy się i czasem nawet płaczemy, bo dzięki ich kreacji otwierają się w nas nowe wymiary przeżyć, budzą się zupełnie nowe emocje, i nie musimy się ich wstydzić.

Mało wtajemniczeni przeżywają pewien niepokój bo nie wiedzą jak odróżnić Gwiazdę od nie gwiazdy, zwłaszcza że masmedia paskudnie zawłaszczyły to określenie nadając je bez umiaru nieopierzonym jeszcze modeleczkom, sitcomowym aktoreczkom, i różnym innym -eczkom, o których nikt naprawdę nic nie wie, i które nie mają nic do powiedzenia, nie mają też żadnego artystycznego dorobku, prezentując jedynie ładnie opaloną w solarium skórkę i dobre samopoczucie.

Prawdziwe Gwiazdy zawsze płoną, i nie wykpimy się tutaj prostackim stwierdzeniem że każdy ma gwiazdę na swój wymiar. Celowo używam tutaj dużej i małej czcionki. Mówimy teraz o tych największych, prawdziwych, niewiarygodnych Gwiazdach, które zawsze świecą prawdziwym Światłem, i dzięki którym przeżywamy rzeczy niezwykłe, stajemy się na dłuższy lub krótszy moment inni, lepsi, wyraźniejsi, ciekawsi. Wielka Sztuka zawsze uszlachetnia, daje Człowiekowi niezwykłego, emocjonalnego "kopa", po którym własne życie nabiera innego wymiaru, bardzo często lepszego, szlachetniejszego, doskonalszego. Słowem stajemy się wrażliwsi i przekazujemy tę wrażliwość innym.

Wielka Sztuka promieniuje wartościami o których w codziennym, życiowym biegu zapominamy, które gdzieś nam w trakcie życia znikają z oczu.

Człowiek jest stworzony do Miłości a żyje przeważnie w strachu. Nie wie, co mu jutro przyniesie, ale nie traktuje tego jutra z Miłością tylko z niepokojem. Gwiazdy biorą ten ogromny niepokój, strach, gorycz życia, i przetwarzają je żebyśmy mogli więcej kochać i odczuwać, wzruszać się i płakać. Płacz oczyszcza, jest potrzebny. Miłość ożywia, jest niezbędna.

KRYSTYNA JANDA jest tym wszystkim: Gwiazdą pierwszej jasności, Miłością która pozwala nam mądrzej, głębiej i szlachetniej żyć, oddechem Prawdy bez której tracimy swoje człowieczeństwo i mniej rozumiemy co świat do nas mówi.

Teatr Mały w Tychach przez dwu i półgodzinną chwilę zachłysnął się prawdą życia i sceny poddając się magii Jandy jako Danuty W. Prosty w sumie przecież autobiograficzny tekst niegdysiejszej pierwszej damy Polski, a właściwie próba określenia siebie w kontekście Historii, Boga, Wieczności, wszystko z dużych liter bo mówimy o relacjach najważniejszych i zasługujących na taką czcionkę, uzyskał najczystszy ton interpretacyjny PRAWDĘ.

Wypełniona po brzegi czterystu osobowa widownia zamarła w niezwykłej koncentracji rozpoczynając swoją grę z niezwykłą Artystką. Słowo rodzące się na scenie w trakcie formowania jandowo-wałęsowej szarlotki trafiało widzów w ich najczulsze miejsca wywołując dyskretny śmiech, delikatne wzruszenie, a nawet sięgało głębiej formując u niektórych łzy w kącikach oczu.

Cóż więc się wydarzyło w Teatrze Małym w Tychach w niedzielny wieczór 17 stycznia 2016 roku? Zaistniał wobec tylu świadków tylko teatralny spektakl? Jakaś autentyczna opowieść przyobleczona w dokumentalno- filmowe projekcje i akt pieczenia szarlotki wyreżyserowany przez wybitnego filmowego reżysera Janusza Zaorskiego i zagrany w delikatnej, prostej interpretacji Krystyny Jandy?

Zaiskrzyła się oczywiście polska historia którą ludzie mojego pokolenia przeżywali na własnej skórze mając świadomość że są świadkami rzeczy niewyobrażalnych wcześniej, a jednak spełniających się na ich oczach. Polska pierwszych wolnościowych strajków, Polska Solidarności międzyludzkiej i Jana Pawła II. Gdzie to wszystko przepadło i dlaczego pozostało na długo tajemnicą odsłanianych ostatnio teczek IPNu, raportów donosicieli, czy relacji krzywdzonych w majestacie dziwnego prawa zwycięzców, prostych i bardziej skomplikowanych ludzi.

Bohaterka spektaklu wie o tym tyle co inni ale ocierała się przecież rodząc i wychowując ósemkę dzieci o tych najgłośniejszych a żyjąc w cieniu swojego wielkiego-małego męża żyła historią Polski, Europy, Świata w tych niezwykłych, porywających i tak tragicznych latach osiemdziesiątych.

Janda wie od niej więcej i to więcej przebija się przez interpretację stonowaną, cichą, refleksyjną. Czym jest to więcej? Teatrem i nie teatrem. Życiem i doświadczeniem? Perfekcyjnie wykonywanym zawodem? Osobistą zadumą?

Każdy Artysta, najwybitniejszy i prosty, szeregowy wchodząc na scenę i czując skoncentrowaną na sobie uwagę kilkuset widzów wie że nadszedł czas walki o prawdę i tylko prawdę, i że musi w niej zwyciężyć nie tylko po to aby przeżyć na końcu euforię owacji na stojąco ale żeby nie stracić dla siebie szacunku, bez którego tak trudno przecież żyć ludziom odsłaniającym na scenie za każdym razem perfekcyjnie swój delikatny, pulsujący układ nerwowy i emocjonalny.

Można oczywiście tego nie robić, można się nie spalać jak Feniks i nie powstawać za każdym razem z popiołów ale czy warto żyć byle jak i tworzyć byle co?

Gwiazdy muszą więc płonąć abyśmy mogli godnie żyć w przeświadczeniu że spotyka nas to co najlepsze i to na co w pełni zasłużyliśmy wybierając sobie własne życie i tworząc z innymi najlepsze relacje oparte na Miłości a nie gniewie.

Chwała więc Krystynie Jandzie, chwała scenicznej Prawdzie którą głosi a reszta jest przecież zawsze szekspirowskim milczeniem.

Andrzej Maria Marczewski
Twoje Tychy
28 stycznia 2016

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia