Hamlet w hotelu

Rozmowa z Krzysztofem Kwiatkowskim

Postać Irydiona lepiliśmy wspólnie. Ja chciałem, żeby to był człowiek z krwi i kości. Młody mężczyzna taki jak ja, którego pojawienie się na scenie jest umotywowane. Te motywacje są różne, ale bardzo konkretne. Chciałem, żeby był bliski każdemu i wzbudzał zainteresowanie widzów.

Bohdan Gadomski: Recenzenci teatralni piszą, że "Irydion" w reżyserii Andrzeja Seweryna w Teatrze Polskim w Warszawie mógłby przejść bez echa, a tymczasem publiczność na stojąco dziękuje aktorom. Szczególnie panu. Czy pomysł odarcia Irydiona z koturnowości i patosu jest pana?

Krzysztof Kwiatkowski: - W trakcie pracy nad postacią Irydiona proponowałem Andrzejowi Sewerynowi różne rozwiązania poszczególnych scen, a on wybierał. Patrzył na to z boku, więc mógł oceniać, co dobre, a co złe. Postać Irydiona lepiliśmy wspólnie. Ja chciałem, żeby to był człowiek z krwi i kości. Młody mężczyzna taki jak ja, którego pojawienie się na scenie jest umotywowane. Te motywacje są różne, ale bardzo konkretne. Chciałem, żeby był bliski każdemu i wzbudzał zainteresowanie widzów.

Akceptował pan momenty, gdy reżyser niebezpiecznie balansował na granicy kiczu i dobrego smaku, co stawiano mu w recenzjach jako zarzut?

- Uważam, że takich momentów nie było. Bardzo mocno trzymaliśmy się scenariusza i nie rozszerzaliśmy interpretacji tekstu o prowokacyjne konteksty, dotyczące współczesności.

"Irydion" to dzisiaj legenda. Czy wiedział pan o tym, przystępując do roli?

- Czytałem sporo o tamtych spektaklach, o rolach Józefa Węgrzyna i Michała Pawlickiego. Ale gdy przystąpiłem do kreślenia postaci, odrzuciłem całą tę teoretyczną wiedzę, bo chciałem, żeby postać Irydiona była tylko moja.

Irydion jest idealistą i trzeźwo myślącym cynikiem. Jak usystematyzował pan wszelkie te subtelności?

- Zaczynam od kreślenia głównego portretu postaci. Wyciągam jej dominujące cechy charakteru, główne motywacje, działania, a gdy mam już nakreślony ogólny rys osobowości i tego, jak się zachowuje, pracuję nad niuansami.

Do jakiego stopnia bohater jest zaślepiony zemstą?

- Zemsta jest punktem wyjścia dla Irydiona. To swego rodzaju trauma, którą przeszedł. On od małego chłopca jest zaprogramowany na zemstę, co jest fascynujące i przerażające. Musiałem to sobie wytłumaczyć, bo ja nigdy się nie mściłem i nie wiem, co znaczy prawdziwa zemsta. Musiałem ją sobie przybliżyć i odpowiedzieć na pytanie, czym ona jest? Sięgnąłem więc do literatury, do tych kwestii, które mnie poruszają, czyli do ludobójstwa.

Pana bohater bardziej kieruje się emocjami niż rozumem?

- Na początku kieruje się rozumem i to wszystko, co robi, jest świetnie przemyślane. Irydion ma ułożony plan od początku do końca, w każdym szczególe. Gdy rusza lawina zdarzeń, działa wyłącznie emocjonalnie.

Tekst Krasińskiego jest bardzo trudny, a mimo to tylko pan z młodych aktorów potrafi podać go ze zrozumieniem. Czyżby pomogła panu rola Hamleta w Teatrze Stu w Krakowie?

- Hamlet i Konrad z "Wyzwolenia" pomogli mi "ugryźć" język Krasińskiego, który rzeczywiście jest trudny.

Ocenia się, że krakowski "Hamlet" to widowisko prawdziwie filmowe.

- To bardzo duże przedsięwzięcie, jest w nim spadająca woda, biegające szczury... Bardzo dużo się dzieje na scenie, to wszystko robi wrażenie. Aktorstwo jest szalenie intensywne. Jak w dobrym filmie.

Jaką wizję miał Krzysztof Jasiński, reżyser "Hamleta"?

- Reżyser cały czas podkreślał, że Hamlet paradoksalnie nie jest intelektualny, że nawet jego słynny monolog "Być albo nie być" nie jest monologiem intelektualnym, że jest to człowiek potwornie emocjonalny. Mój Hamlet z jednej strony jest inteligentny i błyskotliwy, a z drugiej kieruje się emocjami. Jest jednocześnie silny i władczy. On nie jest delikatny, wystarczy popatrzeć, jak traktuje matkę i Ofelię.

Krzysztof Jasiński od razu przekonał pana do takiego Hamleta?

- Tak, a dlatego, że możliwość zagrania Hamleta to spełnienie marzeń każdego młodego aktora. Kiedy więc otrzymuje się taki materiał do zagrania, pozostaje słuchać reżysera. To, co proponował dyrektor Jasiński, odpowiadało mi, ale proponowałem też swoje przemyślenia. Rola Hamleta była ważnym etapem mojego rozwoju. Poczułem, że przekroczyłem pewne zahamowania.

W jednej z recenzji przeczytałem, że "Hamlet w interpretacji Krzysztofa Kwiatkowskiego jest człowiekiem pozbawionym nadmiernej egzaltacji", a przecież właśnie takim był postrzegany...

- Też przeczytałem tę recenzję i zastanowiłem się, co krytyk miał na myśli. Sądzę, że chodziło mu o to, że Hamlet nie jest cały czas w rozterce, bo mój Hamlet jest w nieustannym emocjonalnym działaniu i waha się tylko momentami. On nie hamletyzuje, owszem, ma wątpliwości, ale przede wszystkim działa i prowokuje. Nie popada w egzaltację.

Która z tych ról, Irydiona czy Hamleta, jest trudniejsza warsztatowo?

- Z jednej strony mamy Szekspira, z drugiej Krasińskiego. Tekst Szekspira niesie, jest bardzo plastyczny, tekst Krasińskiego jest dosyć hermetyczny, ma wiele metafor i trzeba dużo pracować, żeby dokopać się do jakiejś głębi. W sensie warsztatowym i włożonej pracy, Krasiński jest zdecydowanie trudniejszy.

Jest jeszcze trzecia, bardzo trudna rola, to Konrad w "Wyzwoleniu" Wyspiańskiego...

- Postać Konrada to wcielona w ludzkie ciało idea wyzwalania, działania, czynu. Gdy pracowaliśmy z reżyserem Jasińskim nad "Wyzwoleniem", towarzyszył nam profesor Maciej Szybist, który wspierał nas od strony teoretycznej i literaturoznawczej w zrozumieniu tej sztuki. Jest ona potwornie trudnym tekstem, zwłaszcza rozmowa z 22 maskami, skomplikowana i wielowątkowa.

Czy Jerzy Trela, grający ongiś Konrada w "Wyzwoleniu" w reżyserii Konrada Swinarskiego, też widział pana w tej roli?

- Widział i powiedział mi, że wiem, co mówię.

Tylko tyle?

- Tak, ale dla mnie to wielki komplement, naprawdę. Oglądałem spektakl Swinarskiego na nagraniu, trwał cztery godziny. To było ogromne, niesamowite przeżycie.

Teraz czeka na pana kolejna wspaniała rola - poety w "Weselu". Na jakim jest pan etapie przygotowań?

- Pracuję nad tekstem, uczę się go. W czerwcu spotkamy się na scenie.

Jaką rolą zadebiutował pan na scenie?

- W warszawskim Teatrze Studio, w sztuce Witkacego "Nienasycenie" zagrałem głównego bohatera. To spektakl o dojrzewaniu, o przechodzeniu pewnych granic. W jednej ze scen pojawiałem się nago w punktowym świetle, przepoczwarzając się z robaka w człowieka.

Jak ważny dla pana jest teatr?

- Bardzo ważny, jest wciąż w centrum mojej uwagi. Ktoś powiedział, że teatr to siłownia, gdzie pracuje się nad sobą, a pracując w filmie czy w serialu, pokazuje się rezultaty swojego treningu.

Znacznie większą popularność niż w teatrze dała panu rola recepcjonisty w serialu "Hotel 52". Jak traktuje pan tę pracę?

- Serialową popularność traktuję jako bonus. Rola Artura była moim debiutem przed kamerą. Przygotowując się do niej, obserwowałem pracę recepcjonistów w różnych hotelach. A poza tym czytałem, jak pracują hotelarze, jacy są oficjalnie, a jacy po godzinach pracy. Chciałem, żeby mój Artur był zasadniczy, pozytywny. Z traumą z dzieciństwa, kiedy to był molestowany przez wujka.

Były jeszcze dwa inne seriale...

- W serialu "Prosto w serce" zagrałem gościnnie w kilku odcinkach postać Żonkila Kwiatkowskiego, zawodowego uwodziciela, który ma uwieść i zdobyć pieniądze. W "Układzie Warszawskim" - prostego chłopaka, stajennego, który macza palce w kradzieży jednego z lepszych koni pewnego milionera. Ścigała mnie policjantka, którą grała Olga Bołądź.

Debiut w kinie jest ciągle przed panem. Na jaką rolę pan czeka?

- W kwietniu mają zacząć się zdjęcia do filmu o nielegalnych wyścigach motocyklowych, więcej nie mogę powiedzieć, bo to dopiero wstępne rozmowy. Będę musiał zrobić prawo jazdy na motocykl.

To dopiero będzie, a co już jest?

- Gram w serialu "Pierwsza miłość". Jestem tam nową postacią, Natanem, lekarzem, który pojawia się na drodze jednej z głównych bohaterek. Będzie on posądzony o popełnienie błędu w sztuce lekarskiej.

Zdecydował się pan na przeprowadzkę z rodzinnego Krakowa do Warszawy...

- Chociaż urodziłem się w Krakowie i ukończyłem tam studia w PWST, to po dyplomie chciałem wyjechać z tego miasta. Wybrałem Warszawę i wynająłem tu mieszkanie. Kraków mi się znudził, bo należę do tych osób, które potrzebują dużego miasta, energii, ruchu. W Krakowie można się zapomnieć, stracić rachubę czasu i nic nie zrobić w życiu. A ja potrzebowałem czegoś więcej. Akurat pojawiła się propozycja z warszawskiego Teatru Studio i otrzymałem też rolę w serialu. Nie kupuję w stolicy mieszkania, bo chcę pracować również za granicą, może w Londynie? Chcę spróbować swoich sił w języku angielskim.

No tak, w Polsce zagrał pan wszystkie największe role teatralne. Co w takim razie panu pozostało?

- To, co mnie spotkało, jest dla mnie wielkim wyróżnieniem, traktuję to jak zaszczyt. Wiem, że dostałem wielką szansę, za co dziękuję losowi i Bogu. Teraz chciałbym grać takie postaci, które pozwolą mi się rozwijać, szukać moich nowych twarzy, nowych kolorów. Jestem otwarty, zobaczymy, co los mi przyniesie.

W jakich okolicznościach poznał pan swoją dziewczynę?

- W Krakowie, w Teatrze STU, do którego często przychodziła. Zaczęło się od krótkiej rozmowy w foyer. A potem były następne spotkania w teatrze.

Co powiedziała, gdy zobaczyła pana w "Irydionie"?

- Podobały się jej poszczególne sceny, jedne mniej, drugie bardziej. Do spektaklu podeszła krytycznie, co mi się spodobało.

Podobno relaksuje pana skandynawski jazz?

- Uwielbiam jazz skandynawski, a w nim wycieczki w przestrzenie zimne i szerokie. To nostalgiczna muzyka, dająca sporo do myślenia. Lubię też bluesa, dlatego wybieram się na koncert Erica Claptona, słucham go od lat. Wszystko zależy od nastroju.

Słyszałem, że gra pan na gitarze...

- Gram także na pianinie, kiedyś chciałem grać na skrzypcach i na saksofonie. Lubię pośpiewać standardy jazzowe i bluesowe.

Czy nadal uprawia pan sport?

- Kiedyś bardzo dużo pływałem, a gdy mi się to znudziło, przerzuciłem się na ćwiczenia ogólnorozwojowe z elementami boksu i kickboxin-gu.

- Nie żałuje pan, że nie został pan piłkarzem?

W dzieciństwie oglądałem mecze piłkarskie, którymi pasjonowała się moja babcia, zresztą do dziś jest fanką piłki. W liceum cztery razy skręciłem nogę w stawie skokowym i nie mogłem uprawiać sportu wyczynowego. Za to lubiłem się uczyć i skończyłem liceum z wyróżnieniem.

Był pan też wzorowym studentem...

- Nie miałem żadnych większych problemów w szkole teatralnej. Pracę magisterską obroniłem na ocenę bardzo dobrą. Jej temat brzmiał: "Czy aktor może być człowiekiem? O działaniu teatralnej metempsychozy".

Krzysztof Kwiatkowski - 26-latek, człowiek sukcesu. Utalentowany muzycznie, zna tajniki pantomimy, tańca współczesnego i jazzowego, ale najlepszy jest w aktorstwie. To jemu powierzono arcytrudne, legendarne role Irydiona, Hamleta, Konrada, chociaż masową popularność zyskał jako recepcjonista z serialu "Hotel 52". Już jako trzynastolatek wiedział, co chce robić. Za pierwszym razem dostał się do dwóch szkół teatralnych w Krakowie i Wrocławiu. Ukończył tę pierwszą. Dzisiaj jest jednym z najwyżej ocenianych aktorów swojego pokolenia.

Bohdan Gadomski
Tygodnik Angora
14 marca 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia