Hipochondryczny Molier

"Chory z urojenia", Teatr Współczesny w Szczecinie

"Charakterystyczna dla jego utworów połączenie literackiej komedii oraz ludowej farsy daje efekt z jednej strony gorzki - obnaża prawdy o naszych przywarach i obyczajach, z drugiej słodki, bo bardzo śmieszny (...)"- o kim mowa? O Molierze. "Chory z urojenia" to jego ostatnia sztuka, bynajmniej nie odbiega od standardów, które sam sobie narzucił. Ot, dużo Moliera w Molierze.

Wchodząc do budynku Teatru Współczesnego w Szczecinie i mając świadomość, że wybieram się na, nomen omen, klasykę gatunku, miałam lekko sprzeczne uczucia. Bo jak niby ma wyglądać stary, dobry Molier, widziany na nowo, współcześnie i lekko awangardowo, gdyż do takich form przyzwyczaili nas aktorzy Teatru Współczesnego? Postanowiłam dać się porwać w myśl zasady „co ma być to będzie”. 

Frekwencja na widowni - duża, zainteresowanie odbiorców - jeszcze większe, o czym mogła świadczyć względna cisza i skupienie malujące się na twarzach widzów. Trzy dzwonki, podniesienie kurtyny i…..scena przypominająca wyglądem XVII - wieczną Francję, gdzie „balkony do wyznawania miłości” były na porządku dziennym. Poprzez okno zakrada się jeden z bohaterów, a gdy cała uwaga widzów skupiona jest na tymże osobniku, na scenę wchodzą, wbiegają, bądź wpełzają inne postaci, których interakcje zostaną wyjaśnione w dalszej, rozwijającej się akcji. Dodam tylko, że pojawiają się one w pozach charakterystycznych dla swoich charakterów. Widzimy zatem zakochaną parę, która to całuje się namiętnie, wiarołomną żonę z kochankiem, lekarza-szarlatana etc.  

Właściwa akcja spektaklu rozpoczyna się od wejścia jegomościa w nieświeżym (to bardzo subtelne określenie) szlafroku, bamboszach (o ile żółte trzewiki można nazwać bamboszami), szlafmycy oraz pidżamie. Z jego panoszenia się po scenie widz może śmiało i bardzo szybko wydedukować, że znajduje się w domu tegoż bohatera i że jest on tytułowym chorym - Arganem. Jego „chorobę” wykorzystują prawie wszyscy pozostali bohaterowie, wiedzą bowiem, że dla ratowania swego nadwątlonego (w jego tylko mniemaniu) zdrowia Argan zrobi wszystko. Duchowo towarzyszy mu lekarz, Pan Czyściciel, który zaleca najdziwniejsze, ale i podobno najskuteczniejsze kuracje, by poprawić samopoczucie swego klienta.

Czym z pośród tłumu wyróżnia się klasyczny hipochondryk? Tym, że chce mieć przy sobie lekarza przez 24 godziny na dobę. Najlepiej, by ten lekarz był wyjątkowo zaufanym człowiekiem, któremu można powierzyć wszystkie tajemnice. A jak znaleźć sobie takiego „prywatnego doktora”? Wżenić go w rodzinę. Kto jest najlepszą partią dla takiego uczonego? Młoda, śliczna i dobra córka, która zajęłaby się swoim mężem i w miarę potrzeb podsyłała go do takiego „chorego z urojenia”. Argan ma szczęście, ponieważ posiada córkę Anielę, która jest nie tylko młoda, ale też dobra i śliczna i stanowi idealną przynętę na młodego lekarza. Przebiegły ojciec bez najmniejszych skrupułów i bez wiedzy Anieli postanawia wydać ją za obiecującego adepta medycyny o bardzo jednoznacznym nazwisku - Tomasza Biegunkę. Niestety, nie przewidział on jednej, dość istotnej rzeczy, a mianowicie tego, że dziewczyna jest już zakochana w innym i bynajmniej jej nie w smak zmiana ukochanego.  

Gdy nieszczęśliwa panienka dowiaduje się o zamiarze ojca i o celu, dla którego ma ona zostać Panią Biegunkową, nic nie jest w stanie jej pocieszyć. Wtedy do głosu dochodzi pokojówka Antosia - najbarwniejsza i najzabawniejsza postać w całym przedstawieniu. Wszelakimi sposobami próbuje przekonać Argana, by nie wydawał on swej jedynaczki za mąż z tak mało szlachetnych pobudek, jakimi są jego wyimaginowane choroby. By przekonać go, komu tak naprawdę zależy na jego osobie, proponuje mu „granie trupa”, czyli udawanie martwego. Gdy dowiaduje się o tym jego żona- Belina, cieszy się aż nieprzyzwoicie i od razu zaczyna szukać weksli, które pozostawił jej drogi małżonek. Służka po raz kolejny zaczyna biadolić na tyle głośno, że o fikcyjnej śmierci dowiaduje się Aniela, która zanosi się od płaczu, powtarzając, że umarł, będąc na nią zły. Jej wyrzuty sumienia i szczery żal doprowadzają do zaniechania decyzji wzruszonego tą bezinteresowną miłością ojca i tym samym odwołuje on swoją decyzję. Nadal jednak martwi go brak „lekarza rodzinnego”. Idąc za radą Antosi sam postanawia zostać medykiem. Następnie pojawia się Śmierć w formie nieco klasycznej (znana maska z jeszcze bardziej znanego horroru „Krzyk” + wielka kosa) i swoim długim, kościstym palcem powoli przejeżdża po widzach, ukazując jednocześnie, że nie znamy dnia ani godziny i … zabiera świeżo upieczonego lekarza. Ot, tyle.  

Następuje happy end bez happy endu. Molier chyba przeczuwał zbliżający się koniec, skoro napisał sztukę o niebanalnym przesłaniu. Każda z postaci jest diametralnie inna od następnej, ale paradoksalnie stanowi integralną część sztuki.

Co podobało mi się w „Chorym z urojenia”? Na pewno piękne, bogate, szyte z precyzją i dokładnością kostiumy. W przerwie podsłuchałam moje sąsiadki, gdy jedna opowiadała, że podobno koronki mają 100 lat! Trzeba przyznać – zrobiło to na mnie wrażenie. Do dużych plusów sztuki należy również gra, gdyż widać było, że aktorzy dobrze się bawili, wcielając się w molierowskie postaci.  

Co nie przypadło mi do gustu? Przede wszystkim czas trwania, ponieważ „Chory z urojenia” trwał tylko godzinę, a po 30 minutach została ogłoszona przerwa, co wywołało dość dużą konsternację na widowni. Nie podobało mi się również to, że kilku wykonawców parokrotnie zapomniało tekstu; owe potknięcia w niektórych momentach były zauważalne, choć drastycznie nie rzucały się w oczy.  

Reasumując - „Chory z urojenia” to spektakl dla wszystkich, którzy znają i lubią Moliera. Dla tych, którzy go nie znają zresztą też. Jest duża dawka śmiechu, są postaci charakterystyczne, prosta i lekka fabuła, słowem - dość dobra alternatywa dla telewizora i „medialnej papki”. Ja osobiście do entuzjastów Moliera nie należę, niemniej nikomu nie odradzam, a fanom jego twórczości gorąco polecam.

Małgorzata Maciejewska
Dziennik Teatralny Szczecin
28 lutego 2009

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia