Hymny przemocy

Rozmowa z Martą Górnicką

Żyjemy w przerażającej rzeczywistości neofaszystowskiej, tak to trzeba nazwać, i mamy swoje powinności antydyskryminacyjne i antyrasistowskie, i jako ludzie, i jako artyści, nie wolno nam zamykać na to oczu, to teraz najważniejsza sprawa. Przespaliśmy jakiś ważny moment, ale to nie znaczy, że już nic się nie da zrobić. Organizacje neofaszystowskie budują swoją siłę na młodych ludziach, z nimi trzeba próbować wciąż rozmawiać. Uważniej słuchać, uważniej mówić.

Z Martą Górnicką,  aktorką i reżyserką teatralną, wokalistką i laureatką Paszportu Polityki, rozmawia Aneta Kyzioł.

Aneta Kyzioł: - Teatr chórowy czy chóralny?

Marta Górnicka: - Ten chóralny kojarzy mi się z jakiegoś powodu ciągle z klasycznymi chórami śpiewaczymi, dość konserwatywną formą sztuki, ale w nazewnictwie nie ma różnicy. Dla mnie najważniejsze jest to, że jest tu zbiorowy i jedyny bohater - chór społeczny, który próbuje odpowiadać na najbardziej palące i trudne zagadnienia, jakie przynosi rzeczywistość. Oraz teatr, który chór tworzy.

Mój teatr chórowy narodził się jako koncepcja odzyskania kolektywnego głosu kobiet, ale od początku chodziło o stworzenie przemyślanej formuły teatru, estetycznej, ideologicznej, formalnej, z własnym aktorem i odpowiednim treningiem dla tego aktora, z własnym rodzajem tekstu-libretta. Czułam się rewolucjonistką teatralną, chciałam stworzyć nie tylko nowy rodzaj teatru chórowego, ale nowy rodzaj teatru w ogóle.

Jaki wpływ miało na ten proces pani podwójne wykształcenie, przed reżyserią w Akademii Teatralnej w Warszawie była klasa śpiewu na Uniwersytecie Fryderyka Chopina?

- To miało znaczenie, że jestem muzykiem, moja wieloletnia muzyczna przeszłość, wciąż z niej czerpię. Estetyka teatru chórowego rodziła się na przecięciu wielu idei, ale też z konieczności, żeby odzyskać organiczny głos w ciele, głos, który przekracza mowę. Pierwszy spektakl "Tu mówi chór" powstawał dziewięć lat temu w warunkach biedy. Mieliśmy do dyspozycji nasze ciała, głosy i przestrzeń w Instytucie Teatralnym z widownią na wprost sceny, co niejako narzucało sytuację spotkania chóru performerów z chórem odbiorców, podłoga "sceny" się wypiętrzała, chór schodził blisko do widzów. Najważniejszym tematem był od początku język jako narzędzie władzy, jego toksyczność, polityczność, nasza praca odbywała się na styku języka, głosu i ciała.

Pierwszy spektakl miał premierę dwa miesiące po katastrofie smoleńskiej, gdy zaczęła się kształtować nowa wspólnota. W swoim teatrze przygląda się pani mechanizmom, które wytwarzają i którym podlegają wspólnoty - to ambiwalentne twory.

- Tworząc teatr chórowy, odwoływałam się do chóru w teatrze antycznym, do źródłowej siły tamtej wspólnoty. Ale też zarazem pokazywaliśmy, że chór ją rozsadza. Te graniczne momenty wspólnoty są najtrudniejsze i najciekawsze. Chór bada je i dotyka w całej ambiwalencji. Na początku byliśmy skoncentrowani na budowie silnej - kobiecej, a potem mieszanej - wspólnoty, a zarazem pokazaniu mechanizmów kształtowania człowieka przez społeczne, kulturowe czy religijne dyskursy i normy. Ale wraz ze zmianą rzeczywistości zmieniał się Chór, w kolejnych spektaklach wnosił ze sobą intensywniej temat grozy wspólnoty. W "Hymnie do miłości" pokazujemy potworną wspólnotę, która zawiązuje się wokół pojęć: miłość, ojczyzna, prawda, swoi, dla swoich. Wokół obietnicy "czystości", "zrobienia porządku". Pokazujemy, do czego doprowadza wspólnota, która za bardzo ukochuje samą siebie, i w jaki sposób jest tworzona także w języku.

W "Hymnie do miłości" fraza "My, Polacy, jesteśmy tylko ludźmi" za każdym powtórzeniem brzmi coraz groźniej, coraz bardziej nieludzko, na koniec zmienia się w szczekanie, ujadanie.

- Ta scena pokazuje poprzez język, jak człowieczeństwo przechodzi w barbarzyństwo.

Śledzi pani język polskiej debaty, jego zmiany w ostatnich latach?

- 2015 r. był jakąś cezurą: polityka na masową skalę zaczęła zawłaszczać język, wydzierać go ludziom, używać do politycznej polsko-polskiej wojny. Pojawili się "zdrajcy narodu", "wrogowie". Wydawało mi się, że to jest ten moment, w którym trzeba zbierać ludzi z prawicy i z lewicy, i wspólnie przeciwdziałać pękaniu kraju na dwie połowy. Wtedy, w momencie największego impasu politycznego w Polsce wokół konstytucji, zrobiliśmy pierwszą "Konstytucję na Chór Polaków", chciałam, żeby na scenie spotkały się te dwie wspólnoty czy dwa "plemiona". I żeby próbować tworzyć wspólny głos, a zarazem pokazywać, że gdzieś tam on się już dramatycznie odkleja. Nie chodziło o to, że musimy śpiewać unisono, ale że te różne rejestry są równoprawne.

Ostatecznie na scenie stanęli razem aktorzy Nowego Teatru, osoby z zespołem Downa, uchodźczynie z ośrodka pod Warszawą i członkowie paramilitarnej organizacji Strzelec. Jak wyglądała praca?

- Okres przygotowań był bardzo długi: rozmowy, przekonywanie, negocjacje z pomocą profesjonalnego negocjatora. Ostatecznie Strzelec z nami wystąpił, za to Kampania przeciw Homofobii odmówiła, powołując się na ideę no platform, czyli nielegitymizowanie swoim udziałem poglądów, które są dla nas nie do przyjęcia. Ale nie odmówili drag queen Kim Lee i Jacek Poniedziałek, więc wspólnota czytająca polską konstytucję była różnorodna, co było tematem samym w sobie i radykalnym głosem. Rok później Strzelec już nie uczestniczył w czytaniu, nie miał wolnych terminów, ale podejrzewam, że chodziło o obawy związane z konsekwencjami udziału w takim multi-kulti wydarzeniu. Wszystkie uchodźczynie, które wystąpiły w pierwszym czytaniu, zostały deportowane, a z domu dla uchodźców dostaliśmy oficjalne pismo, że projekt zagraża bezpieczeństwu podopiecznych i dlatego nie mogą wziąć w nim udziału.

Czy język wtedy bardziej dzielił niż rok wcześniej?

- Libretto "Hymnu do miłości" pisałam trzy lata temu, frazy takie, jak "Zapraszamy! Jest dużo miejsca w komorach" czy "Tu się będzie rozmnażał tylko nasz naród, wszystkim zbędnym narodom powiemy bye, wrzucimy ich do pieca, damy im popalić", już istniały. Różnica jest taka, że język nienawiści stał się coraz bardziej powszechny, a my coraz bardziej na niego głusi. Jest jak smog, część go nie zauważa, część ignoruje, inni próbują się chronić, zakładając maseczki, ale systemowo się z nim nie walczy. I tak jak smog zabija.

Jak pani postrzega te apele po zabójstwie prezydenta Adamowicza o powstrzymanie się od mowy nienawiści?

- Żyjemy w przerażającej rzeczywistości neofaszystowskiej, tak to trzeba nazwać, i mamy swoje powinności antydyskryminacyjne i antyrasistowskie, i jako ludzie, i jako artyści, nie wolno nam zamykać na to oczu, to teraz najważniejsza sprawa. Przespaliśmy jakiś ważny moment, ale to nie znaczy, że już nic się nie da zrobić. Organizacje neofaszystowskie budują swoją siłę na młodych ludziach, z nimi trzeba próbować wciąż rozmawiać. Uważniej słuchać, uważniej mówić.

To trudniejsze zadanie niż to, którego podjęła się pani w Tel Awiwie, tworząc "Chór na czas wojny" z udziałem arabskich matek i izraelskich żołnierzy?

- No nie. To był pierwszy moment, w którym Chór wkroczył na teren realnego konfliktu - wojny. Chodziło o to, by spotkać obie grupy i spróbować pokazać, że nawet w sytuacji śmiertelnego konfliktu przeciwnik nie oznacza wroga. I że nie każde starcie, różnica poglądów, ostre frazy muszą prowadzić do eliminacji przeciwnika. Zaczęło się od wielkiego kryzysu - po dwóch tygodniach próby zostały przerwane, izraelscy żołnierze chcieli zrezygnować, potem wybuchła wojna w Gazie. Udało się m.in. dzięki temu, że izraelscy żołnierze okazali się też tancerzami oraz że ja szybko przechodzę na poziom warsztatowy, pracy z głosem, budowania wspólnego ciała, które będzie w stanie wyartykułować konflikt.

A jaka atmosfera towarzyszyła pracy nad Chórem o kryzysie uchodźczym w Europie, zrealizowanym w Teatrze Miejskim w Brunszwiku w Dolnej Saksonii?

- Spektakl był komentarzem do bardzo już napiętej sytuacji w Europie, dotyczył pierwszej wielkiej siły politycznej skierowanej przeciw uchodźcom, która się zrodziła w Niemczech, czyli zawiązanej w Dreźnie PEGIDY. Chciałam mówić o powrocie Niemca - nazisty, syna niemieckiej matki, który znów chce zabijać. Chciałam pracować z matkami - było ich osiem, i chciałam, żeby zapytały ze sceny: jak to się dzieje, że syn niemieckiej matki po raz kolejny to robi? Skąd mu się to bierze? I one, a były wśród nich i aktorki, i amatorki, kobiety młode i emerytowana profesor socjologii po osiemdziesiątce, były na to bardzo otwarte. Większym problemem było znalezienie takiej formy artystycznej, która pomieściłaby ich kompletnie różne kompetencje i sprawności.

Po spektaklu w Brunszwiku wyreżyserowała pani pod Bramą Brandenburską z okazji Dnia Jedności Niemiec "Grundgesetz", czytanie niemieckiej Ustawy Zasadniczej przez grupę złożoną z uchodźców, lewicowców i osób z niepełnosprawnościami. Czy fakt, że polska reżyserka rozbraja niemieckie bomby, był jakoś komentowany?

- Niemcy są wrażliwi na nową estetykę w teatrze i polityczność. Za spektakl w Brunszwiku dostałam nominację do Fausta - nagrody niemieckich krytyków teatralnych dla najlepszego reżysera sezonu. Zaś przed pracą nad konstytucją rozmawiałam z każdym z uczestników o tym, czym dla nich jest tekst, a wtedy oni pytali, czy jako Polka mam jakiś szczególny stosunek do niemieckiej konstytucji. Odpowiadałam, że to dla mnie osobista sprawa, bo teraz w Niemczech, tak jak wcześniej w Polsce, konstytucja jest w centrum sporów politycznych, podstawowe pojęcia są redefiniowane, zawłaszczane i używane do politycznej wojny.

W Chórach wraca pani w zaskakujący sposób do podstawowych tekstów kultury - do dramatów antycznych, hymnu "Magnificat", Biblii. "Hymn do miłości" z Teatru Polskiego w Poznaniu zaczyna się od polskiego hymnu. A właściwie od powtarzanego po wielokroć, na koniec syczanego "jeszcze" - "Jeszcze Polska nie zginęła" to wyraz stanu permanentnego zagrożenia, podsycanego.

- Oprócz słów ważny jest sposób ich wypowiedzenia, jest on zapisany w libretcie. "Hymn do miłości" zaczyna się od hymnu i jego raperskich przeróbek, ale są tam też nasze patriotyczne marsze, pieśni religijne i wojskowe. Chciałam pokazać, jak muzyka może uczestniczyć w Zagładzie. Poczucie wspólnoty związanej z "miłością do ojczyzny" może być budowane na takiej ekstazie i zaślepieniu, że z pieśnią na ustach możemy iść zabijać. Fraza z hymnu: "złączym się z narodem" - "złączym się, złączym się, złączym się z narodem", Chór powtarza ją coraz bardziej ekstatycznie, rozpływając się w tej miłości. Dopiero ekstaza w zbiorowym głosie Chóru wydobywa morderczość tej frazy. W pieśniach możemy znaleźć element piękna, ale i element przemocy i śmierci wspólnoty. Taka wspólnota wydaje na świat swoje dzieci, swoich przedstawicieli, swoich Breivików, swoich Stefanów W.

"Hymn do miłości" graliście w całej Europie i w Moskwie. Jak był odbierany?

- Ja pisałam go przede wszystkim o Polsce, ale nacjonalizmy rozrastają się wszędzie, więc budzi on wszędzie, w całej Europie, bardzo silne reakcje. Tak samo zresztą jak "Magnificat" - pisałam o polskiej kobiecie i katolicyzmie, nigdy bym nie przewidziała, że w Paryżu podejdą do mnie muzułmanki i powiedzą, że to spektakl o nich. Ale odbiór tych spektakli nie wynika wyłącznie z tematyki, zawsze działa tu więcej warstw, choćby to, że Chóry - wspólnoty tworzą bardzo różnorodne grupy. W "Hymnie" obok dorosłych jest chłopiec, są kobiety i mężczyźni, kobieta z zespołem Downa, dziewczyna o ciemnym kolorze skóry. To oni wypowiadają nienawistne teksty konsolidujące wspólnotę, budujące jej "tożsamość", a zarazem wykluczające tych wszystkich, którzy do niej nie należą, wszystkich Innych, co rodzi ogromne napięcie. Ważna jest też m.in. wysoka dyspozycja, forma i obecność sceniczna aktorów.

Macie w planach tournée po Polsce? Szkoły planują lekcje o mowie nienawiści, ten spektakl mógłby być ich wspaniałym dopełnieniem.

- Tak, to byłoby prawdziwe coś Złożyliśmy wnioski o środki na prezentacje "Hymnu" na razie w Warszawie. Czekamy, a już w lutym zapraszamy do Poznania, w marcu do Łodzi. Jak dotąd z Polski nie mam wielu propozycji współpracy, za to wspólnie z Maxim Gorki Theater w Berlinie pracujemy nad stworzeniem Instytutu Politycznego Głosu, miejsca pracy warsztatowej teatru chórowego, szukają środków, zobaczymy, co z tego wyjdzie. Niemcy wydają DVD z nagraniem "Grundgesetz", mieliśmy podobny plan z "Konstytucją na Chór Polaków", ale jeszcze się nie udało.

___

Marta Górnicka (1975 r.), aktorka i reżyserka teatralna, wokalistka. Twórczyni i dyrygentka teatru chórowego, wykorzystującego rozmaite techniki wokalne i choreograficzne, łączącego na scenie aktorów i amatorów, wypowiadającego się na aktualne tematy debaty publicznej. Od 2010 r. zrealizowała spektakle: "Chór kobiet. Tu mówi chór", "Magnificat", "Requiemaszyna" (Instytut Teatralny w Warszawie), "Matka Courage nie będzie milczeć. Chór na czas wojny" (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Tel Awiwie), "M(other) Courage" (Staatstheater w Brunszwiku), "Hymn do miłości" (Teatr Polski w Poznaniu), "Jedem das Seine. Ein Manifest" (Kammerspiele w Monachium) oraz "Konstytucję na Chór Polaków" (Nowy Teatr w Warszawie) i "Grundgesetz" (Maxim Gorki Theater w Berlinie).

Aneta Kyzioł
Polityka
11 lutego 2019
Portrety
Marta Górnicka

Książka tygodnia

Wszystkie nasze lalki
Muzeum Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi
Honorata Sych

Trailer tygodnia