I co dalej?

"Where do we go from here" - reż. Ewelina Marciniak - Wrocławski Teatr Pantomimy

Gdy wspomnienia wyrzutów z dzieciństwa przeplatają się z codziennością dojrzałej kobiety, świat bywa nieznośny. Cień matki wiszący nad dojrzałym dzieckiem przesłania zapach świeżej pomarańczy i smak czerwonego wina, zakrywa szczelnie słońce, przypominając, że listopadowe dni są krótkie i przeraźliwie szare, lecz... nadal pełne jesiennych liści.

Wraz z następującymi po sobie odsłonami „Where do we go from here‟ Eweliny Marciniak traci swój intrygujący wydźwięk. Zarówno poetycko jak i merytorycznie, krok po kroku i scena po scenie, miejsce zawartego w tytule śmiałego zaproszenia do refleksji zajmuje gorzkie retoryczne pytanie. Bo co dalej skoro tyle (traumatycznego i dojmującego) już za nami?

Na wypełniającą się publicznością salę czeka już zaciemnione, komplete tableau otwierające spektakl. Przy cichnących głosach wyłaniające się z mroku lustro sceny odbija poskręcane, nieruchome ciała obleczone trykotami w kolorze skóry, na których czasem widnieje krwawa wyrwa zlokalizowana pod piersią. Tam gdzie duch może ulecieć najszybciej - zdają się ze sceny wołać nieme sylwetki. Wraz z elektryzującą muzyką postaci spełzają z podwyższenia, by usadowić się tuż obok widza. Czasem opleść szyję, gdzie indziej zawisnąć tuż nad kolanami. Zawsze blisko, bardzo blisko.

Intymność i jej pochodne to jeden z tematów spektaklu. Eksponowana, wybebeszana i zniekształcana często za pomocą pozy lub nagości, dyskutowana i roztrząsana w scenach rozgrywanych bez słów, jest podsumowywana monologami głównej bohaterki. Zwyczajna kobieta w średnim wieku, w za dużym, wynaciąganym swetrze, nieakceptowana przez matkę, cierpiąca po stracie dziecka, bezradna wobec przemijania rodziców i ich małych, brzydkich, codziennych grzeszków.

Wszystko to jakby znajome i już gdzieś widziane. Przemijanie, starość, borykanie się z dniem codziennym, walka o siebie, o to kim się jest, czego się doświadcza i na ile to wszystko ma w ogóle jakiekolwiek znaczenie. Bo przecież do rollercoastera, potocznie zwanego życiem, wszyscyśmy już wsiedli, a wysiąść raczej nie sposób - tu przecież może nogę urwać, a tam kawałek duszy. Czego byśmy jednak nie stracili, będziemy równie wybrakowani.

Ciało w „Where do we go from here‟ jest właśnie nieraz jedynie ruchomym, niekompletnym lub zniekształconym eksponatem. Aktorzy, ubrani w piaskowe trykoty i identyczne, płowowłose peruki pełnią raczej rolę żywych okazów, a nie konkretnych bohaterów biorących udział w opowiadanej obrazami historii. Bez względu na przypisanie do określonej roli, nie pozbywają się piętna instrumentu, za pomocą którego można zilustrować jakąś ideę.

Techniczne umiejętności zespołu Wrocławskiego Teatru Pantomimy zostały jednak potraktowane po macoszemu. Jedna ze zbiorowych scen spektaklu, która zapada głęboko w pamięć rozgrywa się na zasadzie grupowego podobieństwa i kontrastu. Dzięki niej widać jak świetnie zespół działa jako precyzyjny mechanizm. Wszystkie sceny grupowe urzekają zresztą dokładnością, rytmem oraz starannością rozegrania.

W konsekwencji nasuwa się refleksja, że częściej sięgając po zbiorowe rozwiązania pantomimiczne, a raczej rzadziej opierając się na banalnym, pozostawiającym merytorycznie wiele do życzenia tekście, „Where do we go from here‟ zyskałby zarówno jeśli idzie o formę jak i treść.

Marta Tomaszek
Dziennik Teatralny Wrocław
3 stycznia 2020

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia