I do śmiechu, i do płaczu

"Seks, prochy i rock & roll" - reż. Jacek Orłowski - Teatr im. S. Jaracza w Łodzi

Teatr nie uzdrawia świata, ale stawia pytania i Eric Bogosian też takie stawia. Chociaż zgoda, one są drażliwe, okrutne, pewnie błyskotliwe, ironiczne. To jest takie przedstawienie raczej i do śmiechu, i do płaczu. Ja bym wolał, aby było do płaczu, ale ono jest tak napisane w formie pułapek. Autor trochę żartuje sobie. Chciałbym wierzyć, że jednak i chwyta za gardło, w myśl gogolowskiego "Z czego się śmiejecie, z siebie się śmiejecie".

Rozmawiamy z Bronisławem Wrocławskim, znakomitym aktorem, którego można było obejrzeć w monodramie "Sex, prochy i rock&roll" [na zdjęciu], jaki niedawno wystawiono w ramach I Przeglądu Małych Form Teatralia.

Czy fakt, że urodził się pan w Łodzi miał jakiś wpływ na wybór drogi życiowej?

- Faktycznie jestem łodzianinem i to z dziada pradziada, ale nie, to raczej nie miało wpływu na mój wybór. Do aktorstwa dochodziłem taką naturalną drogą poprzez konkursy recytatorskie. W pewnym momencie będąc w szkole średniej poczułem, że aktorstwo, to jest to, co chciałbym robić i zdałem do szkoły teatralnej łódzkiej.

Można pana nazwać kolekcjonerem nagród. Czy jest jeszcze jakaś, o której pan marzy? Nie mówię tu o "typowych", jakimi są filmowe Oskary...

- Wszystkie te nagrody jakiekolwiek się trafią aktorowi po drodze, to są miłe rzeczy. Nie mam jednak co ukrywać - tak za bardzo to się nimi nie przejmuję. Dla mnie najważniejszy jest bezpośredni kontakt z widzem. Ja oczywiście zdążyłem się trochę zestarzeć, ale nadal trochę szaleję podczas tego przedstawienia, jakim jest "Sex, prochy i rock&roll". Ono miało też swoje dobre chwile nagród, że tak powiem. Staram się patrzyć na to dość trzeźwo. Z nagrodami różnie to bywa, więc to chyba jest najlepsza metoda.

Kiedy, pana zdaniem, można mówić o dobrym przedstawieniu?

- Jak uda nam się zrobić jakieś dobre przedstawienie. Musi być rozsądne, może być śmieszne i publiczność je przyjmuje zgodnie z naszymi założeniami: do śmiechu - to do śmiechu, do płaczu - to do płaczu, że tak ujmę to prościutko. To jest wówczas powód do zadowolenia.

Czy można w pana przypadku zaryzykować stwierdzenie, że monodram jest tą formą sztuki, w której najlepiej się pan czuje?

- Trzy takie części Erica Bogosiana pod rząd zrobiliśmy spośród kilku jego zbiorów. Ale ja wcześniej jeszcze, przed 15 laty, zrobiłem monodram oparty na listach Bułhakowa. W międzyczasie zagrałem też dużo "normalnych" można powiedzieć ról, niezamkniętych tylko w obrębie jednego hasającego po scenie gościa. Skądinąd ten, my to tak nazywamy, monodram jest dość specyficzny, w trochę innym stylu niż u nas się zwykło rozumieć. Ten monodram jest stylem przeniesionym ze świata. To takie jakby show, spektakl, w którym aktor współgra z publicznością. W przypadku monodramu "Sex, prochy i rock&roll" partnerem dla aktora jest właściwie cała widownia. To jest taka rozmowa aktora z publicznością.

Twórczości Bogosiana nie można nazwać grzeczną, ugłaskaną...

- Teatr nie uzdrawia świata, ale stawia pytania i Eric Bogosian też takie stawia. Chociaż zgoda, one są drażliwe, okrutne, pewnie błyskotliwe, ironiczne. To jest takie przedstawienie raczej i do śmiechu, i do płaczu. Ja bym wolał, aby było do płaczu, ale ono jest tak napisane w formie pułapek. Autor trochę żartuje sobie. Chciałbym wierzyć, że jednak i chwyta za gardło, w myśl gogolowskiego "Z czego się śmiejecie, z siebie się śmiejecie". To są takie obrazki z życia, przytoczone fragmenciki z zaobserwowanego świata ludzi bogatych, biednych, sfrustrowanych przez los, mających jakieś swoje fetysze. Otwarte pozostaje pytanie, czy korzystać z życia, czy kontemplować ten dzisiejszy konsumpcjonizm. Krótko mówiąc: czy lepiej mieć, czy być? Czy da się to w ogóle wyważyć.

Z którym z reżyserów najlepiej się panu pracuje?

- Ja lubię teatr zrozumiały. Jak reżyser zrozumie tekst, to przekaże to zrozumiale aktorowi, a ten z kolei widzom. Ja mam takiego współrealizatora, reżysera, przewodnika, z którym robię już dziesiątą sztukę. Jest to Jacek Orłowski. Z nim lubię pracować, wspólnie lubimy wątpić, opowiedzieć coś o współczesnym świecie w sposób prosty, niewymyślny, dla wszystkich zrozumiały.

Dziękuję za rozmowę.

Krystyna Paszkowska
Dziennik Bałtycki
10 maja 2006

Książka tygodnia

Iłła. Opowieść o Kazimierze Iłłakowiczównie
Wydawnictwo Marginesy
Joanna Kuciel-Frydryszak

Trailer tygodnia