Idiotyzm kontrolowany

"Idioci" – reż. Marcin Wierzchowski – Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi

Za sprawą reżysera Marcina Wierzchowskiego vontrierowscy idioci po raz kolejny wyważyli drzwi i okna swych komun, by wypaść z nich z hukiem i niemniej hucznie wyłożyć swoje niezmienne idee i postulaty. Hasło kolektywnej separacji od prawideł społecznego świata jako metoda w poszukiwaniu prawdziwego siebie, a to wszystko okraszone pozorowaniem chorób umysłowych.

Widzowie rozsiadający się w widowni na gąbczastych, miękkich siedzeniach, składających się na postindustrialną scenografię opuszczonej fabryki, nie są zwolnieni jednak z twardych i bolesnych lądowań. Jest to bowiem teatr wysokich emocjonalnych tonów, teatr stanów granicznych, badający napięcia i weryfikujący ich słuszność.

Bohaterowie spektaklu radośnie skierowali się poza margines życia społecznego, by uciec w terapeutyczną zbiorowość. Diagnozować można ich jako efekty uboczne krwawego, kapitalistycznego świata, albo jako to co w przemyśle gastronomicznym nazywa się ''stratami'' i co wyrzuca się na zapleczu w czarnych, foliowych workach. Naszła ich, również wiadomość o śmierci bliskiego im towarzysza. Jego spuścizna polegająca na wywoływaniu w ludziach dobrych emocji poprzez przytulenie ich jest bodźcem do poszukiwań swego własnego, wewnętrznego idioty. Pragną oni terapii dla wyzbytych od empatii ludzi, ale okazuje się, że poszukują oni rozwiązań, także dla siebie. Krok w krok snują się za nimi ich pełne rozczarowań i zgryzot życiorysy, i tak w trakcie trwania spektaklu, raz po raz, zostają dekonspirowani i nachodzeni przez bliskich, których opuścili. Są to jednak ''Idioci'', którzy nieco częściej skazywani są na te widzenia, niż było to w filmowej inspiracji. Reżyser spektaklu postanowił wystawić na solidną próbę trwałość ich pomysłu na życie, ich niemalże ukonstytuowaną księgę zasad, którą napoczyna i rozmontowuje. Każda taka konfrontacja z której, bohaterzy wychodzą emocjonalnie pokiereszowani, pełna naturalistycznej gry aktorskiej, sprężynuje to przedstawienie. Rozmawia się tu jak na ulicy, bez tubalnych ryków i pretensjonalnych fikołków. Otrzymujemy tymczasem, brzmiące swojsko rozmowy, krzyki i wyzwiska wydobywające się z ust pełnych bulgoczącej śliny i piany. Szczególne, estetyczne wrażenia u odbiorców wiążą się z propozycją aktorów w której proszą oni widownie, by ta przemieściła się bliżej nich, tuż na scenę. Tak oto, w scenach w których bohaterowie udają niedorozwiniętych umysłowo, siedząc tuż obok nich, musimy mieć szczególne baczenie na to, aby nie oberwać plastikowym kubkiem, wózkiem inwalidzkim, a nawet pączkiem. Chaos, zupełny rumor, aktorzy depczący elementy scenografii, gotowi staranować widza, składają się na to jedyne w swoim rodzaju, autentyczne uczucie przebywania z osobą, której umysł wydaje się być zagadką, a której zachowanie nazwiemy nieokiełznanym. Uczucie jakże typowe dla przebywania z osobami chorymi umysłowo, których następnego ruchu nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Fabuła została przeniesiona na grunt łódzki. Multimedialne wstawki informują nas o misyjnej działalności przedstawicieli komuny na ulicach miasta. Oprócz tego, na scenie oglądamy zabawy, prowizoryczne śluby, uczty. Niemniej jednak, obejmując ten spektakl w całości i przyglądając się jego proporcjom w ukazaniu radosnych i smutnych chwil w życiu bohaterów, dostrzec można, że te drugie wyraźnie dominują. Wszystkie górnolotne i strzeliste uzasadnienia motywów postępowania członków wspólnoty odbijają się niewzruszenie od stanowczości i monumentalności oblicz wizytujących ich rodziców, którzy stają się bolesną pamiątką obowiązków, tzw. zaradności życiowej i społecznych rytuałów. Do tego chwile zwątpienia bohaterów i ich bunty mocno kruszą fundamenty tej idei naprawy świata.

W przedstawieniu nie ma pytań o to, kto, tak naprawdę, jest idiotą i czemu ten, który nim nie jest, może być nim bardziej, niż ten, który ustawowo nim jest, gdyż ten, który jest widzi więcej, niż ten, który nim nie jest. Skoncentrowano się na konfrontacjach. Niezwykle rzewna scena końcowa, w której emocjonalność grana jest na najwyższych - wykraczających już może przesadnie poza skalę - rejestrach, w której nieco za długo przetrzymano wzniosły, wysoki akord, jest białą flagą wywieszoną przez orędowników wszelkich ucieczek.

Nadmierne wygłuszenie się na dźwięki z zewnątrz, sprawi, że nieusłyszane zostanie, to co warte uwagi, a może nawet to, jak ,,pospolitość skrzeczy''.

Mateusz Bugalski
Dziennik Teatralny Łódź
27 lutego 2019

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia