Idźcie, zapytajcie młodych

"My, dzieci z dworca Zoo" - reż. Giovanni Castellanos - Teatr Kamienica, Warszawa

"My, dzieci z dworca ZOO" to reportaż stworzony przez dwójkę "ghost writerów" na kanwie doświadczeń nastoletniej Christiane F., obywatelki Berlina lat 70. Inscenizacji w stołecznej Kamienicy podjął się Giovanny Castellanos. W przypadku takiego przedsięwzięcia znaczenia nabiera kategoria "misyjności". Spektakl powstał w ramach działach profilaktycznych; tutaj ważniejszy jest potencjał prewencyjny niż artyzm.

Taka hierarchia celów mogłaby posłużyć do usprawiedliwienia miałkiej strony artystycznej. Mogłaby - bo w tym przypadku nie można na nią narzekać. "My, dzieci" wibrują, tchną świeżością i niewymuszoną ekspresją. Całkowicie wyrzeczono się wystudiowanych środków wyrazu. Scenografia Wojciecha Stefaniaka ogranicza się do oklejonych przezroczystą taśmą listew tworzących parawany oraz metalowych taboretów. To wystarczy; motorem inscenizacji jest energia pięcioosobowego zespołu aktorskiego, od samego początku puszczana w ruch jak fryga.

Reżyser postawił na grę tempem. W spektaklu igra się zatem zmiennością napięć, co przekłada się na próbę zwizualizowania narkomańskiego haju i następującego potem paraliżującego głodu. Z podwórka, na którym Christiane próbuje wywalczyć swoją pozycje, szybko przenosimy się do klubiku Haus der Mitte, a następnie do "najnowocześniejszej dyskoteki w Europie" - Soundu. Młodzież wykonuje kompulsywny taniec we fluorescencyjnym świetle reflektorów. Za parawany czmychają pary nastawione na szybki numerek (rzekomo "bez zobowiązań"). Próba przeniesienia atmosfery z kart powieści wypada nadzwyczaj pomyślnie - można swobodnie uwierzyć, że wszyscy wtedy naprawdę chcieli sięgnąć po narkotyki. Muzyka, taniec wprawiają w trans; uczucie oszołomienia pozwala wytłumić negatywne emocje, zneutralizować poczucie wstydu i obowiązku. W pewnym momencie niepostrzeżenie sięga się po ciężki kaliber

Co prawda literacki pierwowzór przedstawia proces wejścia w uzależnienie w sposób o wiele bardziej skomplikowany niż warszawska inscenizacja. Preludium do doświadczeń związanych z używkami stanowi opis dzieciństwa Christiane, szok związany ze zmianą środowiska i wejściem w nową grupę rówieśniczą, podwórkowe batalie o akceptację, zmagania z ojcem-tyranem i brakiem zainteresowania ze strony matki, która w krytycznym momencie pierzcha w ramiona kochanka, przymykając oko na niewygodne dla niej fakty. Nie ulega jednak wątpliwości, że każda inscenizacja wymaga kondensacji powieściowych wątków. Zresztą, przytoczenie zbyt wielu szczegółów z życia Christiane uczyniłoby ze spektaklu analizę konkretnego casusu niemieckiej narkomanki. Z kolei w przypadku przedstawienia Castellanosa istotna jest możliwie jak najszersza uniwersalizacja historii, co sprzyja wzmocnieniu jej wartości pedagogicznej.

Niestety, właśnie do adaptacji litery pierwowzoru mam najwięcej zastrzeżeń. Trudno mi się wypowiedzieć, czy inscenizacja ma odpowiednią moc, by wpłynąć na wybory osób wkraczających w wiek nastoletni, będących docelową grupą odbiorczą. Wydaje mi się jednak, że można by jeszcze wyraziściej ukazać gehennę Christiane i jej towarzyszy z dworca. Tu narkomańskie piekiełko kończy się na parokrotnym strzale w żyłę w szalecie i pomieszkiwaniu kątem w melinie. Nie oczekiwałabym mentorskiego łapania za kołnierz widza i szarpania nim aż do mdłości, niemniej w przedstawieniu ewidentnie zabrakło zasygnalizowania koszmaru wychodzenia z nałogu. Christiane i jej chłopak Detlef przechodzą detoks. Zamykają się na tydzień w czterech ścianach. Wszystko idzie zaskakująco gładko. Potem Christiane chwilowo wraca do ćpania, lecz niezadługo wyprowadza się na wieś, na łono natury, by tam powrócić do stanu wolności i niewinności (ten roussoizm), znaleźć grupę przyjaciół i snuć z nimi marzenia o lepszej, nieskażonej używkami przyszłości. Wydaje mi się, że głównym elementem sprawiającym, że wymowa powieści jest tak piorunująca, było ukazanie katuszy wychodzenia z nałogu, wielokrotnych odwyków, ucieczek z ośrodków dla narkomanów, błaganie rodziny o ponowne przyjęcie na jej łono i opiekę. W inscenizacji tego zabrakło, choć mam świadomość, że włączenie i nadmierne rozbudowanie takich wątków poskutkowałoby niemiłosiernym rozciągnięciem spektaklu, a w efekcie - nieprzystępnością dla widzów. Nie postuluję wszakże o stworzenie narkomańskiej epopei, jakkolwiek mam wrażenie, że odwyk scenicznych "dworcowych dzieci" jest bagatelką i stanowi wyłącznie kwestię dobrej woli i minimalnej motywacji.

Mam też pewne wątpliwości wobec momentów, w których aktorzy zwracają się wprost do publiczności, bądź zaczynają grać na widowni. Tu razi mnie czysto techniczny aspekt takich rozwiązań. Wiadomo przecież, co takie działania mają na celu - "mówimy do konkretnych ludzi", "jesteśmy tacy sami jak wy", "jesteśmy równi". Zresztą, takie "uprzestrzennienie" spektaklu w znacznej mierze go ożywia. Nieraz jest jednak trudno dokładnie prześledzić ruch aktorów poza sceną. Widzowie obracają głowy, tropiąc bohaterów; ciężko ich momentalnie zlokalizować. W międzyczasie równolegle rozgrywa się akcja na scenie.

Ale może to właśnie o percepcyjne zaangażowanie chodzi? W takich chwilach umacnia się w widzu wrażenie bycia uczestnikiem wydarzeń. Czy taki koncept może zaangażować emocjonalnie, wpłynąć na przyswojenie treści czy identyfikację z postaciami? Na widowni siedziały gromady młodych odbiorców (większość w wieku około 12-13 lat - zresztą, aktorzy zadawali pytania o wiek najmłodszych widzów). Można by spodziewać się gromkiego rechotu jako reakcji na niewybredne żarty fekalne czy erotyczne. Tymczasem na widowni panował nastrój skupienia. Może warto przygotować notatnik czy dyktafon, wyjść do wychodzących z teatru "ordynarnych wyrostków" (ach, te animozje dorosłych ) w dresach i bluzach z kapturem i zapytać o ich własne wrażenia, zamiast radzić się bez końca tych nudnawych recenzentów.

Agata Tomasiewicz
Teatr dla Was
5 listopada 2013

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia