Interesuje mnie naga prawda

17 marca w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu zaczną się obchody 50-lecia debiutu Jerzego Jarockiego, jednego z najwybitniejszych polskich reżyserów teatralnych. To on wprowadził na polskie sceny m.in. Mrożka i Gombrowicza. Jego inscenizacje "Ślubu" Gombrowicza i telewizyjna "Matki" Witkacego uznawane są przez specjalistów za kanoniczne.
Pojawienie się Jerzego Jarockiego we Wrocławiu 0 jak się później miało okazać 0 było istotnym wydarzeniem nie tylko dla młodego wówczas artysty, ale także dla polskiego teatru. To między innymi wybitne wrocławskie spektakle Jarockiego, jak m.in. prapremiera dramatu "Stara kobieta wysiaduje" Różewicza, "Paternoster" Helmuta Kajzara i "Pluskwa" Majakowskiego, obok zrealizowanych w tym mieście spektakli Grotowskiego i Henryka Tomaszewskiego spowodowały, że Wrocław okrzyknięto w latach 60. i 70. stolicą polskiego teatru awangardowego. Podczas jubileuszu zostaną zaprezentowane dwa spektakle Jarockiego: unikatowy zapis "Rewizora" Gogola z Schauspielhaus w Wuppertalu (1982) oraz przedpremierowy pokaz telewizyjnej wersji "Błądzenia" wg Witolda Gombrowicza, przedstawienia z Teatru Narodowego w Warszawie przeniesionego do Teatru Telewizji w 2007 r. Odbędzie sie także spotkanie z reżyserem i promocja książki "Reżyser. 50 lat twórczości Jerzego Jarockiego”". MIROSŁAW SPYCHALSKI: Debiutował pan „Balem manekinów” Brunona Jasieńskiego. Następne pana spektakle były również oparte na dramaturgii awangardowej. To był efekt październikowej odwilży? Czy też uważał pan już wtedy, że tradycyjny sposób pisania nie jest wystarczający do opisu świata? JERZY JAROCKI: Dla mnie to już wtedy było oczywiste podejście do teatru. Ferment kulturowy zaczął się już nieco wcześniej. Myślę nawet, że przyczynił się do październikowej odwilży. W teatrze, podobnie jak w literaturze, zaczęły się pojawiać ostre wystąpienia przeciwko socrealizmowi. Czasopisma były pełne krytyki. Mnie samemu udało się tuż przed Październikiem opublikować w "Życiu Literackim" przetłumaczoną przeze mnie jednoaktówkę Błoka „Dialog o miłości, poezji i stanowisku państwowym”. Duże znaczenie miało też moje doświadczenie ze studiów w Moskwie, gdzie w bibliotece przeorałem całą Wielką Reformę Teatru lat 20. i 30.: Tairowa, Meyerholda. Byłem więc właściwie przygotowany i ukierunkowany do przyjęcia nowego myślenia o teatrze. Niedługo po debiucie - równo 50 lat temu - zaczął realizować pan spektakle we Wrocławiu. Istnieje mit Wrocławia lat 60. i 70. jako miejsca wyjątkowo przyjaznego dla artystów poszukujących czy awangardowych. Tak było istotnie. "Paternoster" Helmuta Kajzara nie był do zrealizowania w Krakowie. A we Wrocławiu nie napotkał żadnych przeszkód. "Stara kobieta wysiaduje", jedna z lepszych sztuk Tadeusza Różewicza, była przeznaczona przez autora dla Starego Teatru w Krakowie. Tam mi nie pozwolono tego zrobić. Miała swoją prapremierę we Wrocławiu w Teatrze Współczesnym. Nie tylko ja korzystałem z tych rozluźnień cenzuralnych w tym mieście na Ziemiach Odzyskanych. Korzystało też Laboratorium Grotowskiego i Pantomima Tomaszewskiego. Potem wracałem tam jeszcze wielokrotnie najpierw do Teatru Współczesnego, a później do Polskiego. Kiedy prześledzić listę pana premier z pierwszych kilkunastu lat pracy, widać nieustające poszukiwanie świeżych tekstów. Gombrowicz, Mrożek, Różewicz. Klasyki na tej liście jest mało, a polskiej w zasadzie brak. Rzeczywiście, rozrzut moich zainteresowań na początku był szeroki. Ale kiedy wreszcie otworzyła się skrzynia z prohibitami, nie sposób było nie sięgnąć po zakazany dotychczas owoc: Arthura Millera, O’Neilla, Wiliamsa czy najnowszego Osborne’a "Gniew i miłość". Przy czym niektóre z tych tekstów czekały na swoja prapremierę bardzo długo i stały się prawie klasyką. Jakoś nikt się przede mną nimi nie zainteresował. "Matka" Witkacego czekała lat czterdzieści, "Zmierzch" Babla - trzydzieści, "Zmierzch długiego dnia" O’Neilla – przeszło dwadzieścia lat. Nie uciekałem zupełnie od klasyki. Sięgałem także po nią. Po Szekspira, Czechowa. Ale bardziej przebiły się i zostały w pamięci premiery polskich autorów: Witkacego, Gombrowicza, Różewicza i Mrożka. Ale może nie powinien im pan wytykać, że tacy zdolni i się wybili. Pana spektakle tworzą zbiorowy portret polskiego inteligenta. I to portret bolesny. Na dodatek nie pozostawia pan w swoich diagnozach prawie żadnych nadziei. Na przykład związanej z ideą czy religią. Herbert dawał im przynajmniej nadzieję na honorową śmierć. Wydaje mi się, ze nie przekraczam swoich reżyserskich kompetencji w interpretacji poglądów swoich autorów. To oni tak widzą rzeczywistość. Tę małą wokół nas i tę większą. Kosmos nieludzki i kosmos w człowieku. Czasami coś pojękuje w ich bohaterach, jakby jakaś godność, ale najczęściej to już nawet nie strach, bo zgoda na cierpienie swoje i cudze. Sami w swoim życiu byli dużo odważniejsi. Witkacy w 1939 r., Gombrowicz w 1969. Dlatego lubię także opowiadać o ich własnym życiu. "Grzebanie" o Witkacym czy "Błądzenie" o Gombrowiczu. Małgorzata Dziewulska nazwała bohaterów pańskich spektakli "ludźmi załganymi". Też by pan ich tak nazwał? Może nie wszystkich, ale to trafne spostrzeżenie. Niektórzy z tych inteligentów byli na tyle przenikliwi (mówię o bohaterach sztuk), że widzieli swoją nieprawdę egzystencjalną i próbowali ją demaskować. Henryk ze "Ślubu", Leon z "Matki". Wszyscy ci autorzy demaskują postawy, które są fałszywe, demaskują słabości, konformizm. Poszukują prawdy, chociaż są sceptyczni, czy taka prawda istnieje. Któryś z nich napisał, że prawdziwą prawdą jest naga prawda i ja do tej nagości starałem się jakoś dotrzeć. Spójrzmy choćby na Leona, bohatera "Matki" Witkacego. Cały pomysł na tę postać polega na tym, że on musi się nieustannie wikłać w zawiłościach swojego życia, które częściowo zmyśla, które w dużym stopniu są fantasmagorią. Obecny świat też jest pełen zakłamania. Ci autorzy według mnie to wszystko opisywali najcelniej. I nadal są boleśnie aktualni. Istnieje takie powiedzenie, że nic nie starzeje się tak szybko jak awangarda. Ostatnie dwa pana spektakle nie są oparte na tekstach dramatycznych Gombrowicza, a na jego dziennikach i prozie. A wcześniej także dokonywał pan daleko idących ingerencji w teksty. Czy z tego wynika, że Gombrowicz jako dramaturg według pana się zestarzał? Podobnie można by się zapytać, czy Szekspir się nie zestarzał, bo Klata w Wybrzeżu rozmontował "Hamleta" i kazał Duchowi galopować na białym koniu w dokach Stoczni Gdańskiej. Jakoś moim zdaniem Szekspir na tym nie ucierpiał. Gombrowicz też się nie zestarzał i mimo że go ciacham i przerabiam, to jest nadal Gombrowicz. Marta Fik i Beata Guczalska piszą o panu jako reżyserze samotniku, chwalonym za formę spektakli, ale kompletnie niezrozumianym, jeżeli chodzi o przekaz. Czy czuje się pan takim samotnikiem? Czuję się samotnikiem, ale nie w teatrze, bo tutaj znajduję solidarne poparcie i współpracę przy budowaniu najrozmaitszych wspaniałych fikcji i wspólną radość z takiej zabawy. I mimo że większość recenzji z moich spektakli to popisy kompletnego niezrozumienia, to na pewno nie czuję się całkowicie niezrozumiały. Szczególnie w kontekście tego, jak wielu ludzi chce oglądać moje spektakle. W czasach gdy trudno było zagrać jeden tytuł 50 razy, w kolejnych dziesięcioleciach moje spektakle grano: "Tango" - 220 razy, "Na czworakach" - 144 razy, "Garbusa" i "Rzeźnię" po 180 spektakli. "Bal manekinów", który zrobiłem po raz drugi w Czelabińsku na Syberii, grany był 11 lat. A obecnie Teatr Narodowy nadal ma w repertuarze trzy spektakle przeze mnie wyreżyserowane. Miały one premiery w 2004, 2005 i 2007 r. i dotąd idą kompletami. Więc jak mam się w teatrze czuć niezrozumiały?
Mirosław Spychalski
Dziennik
14 marca 2008
Portrety
Jerzy Jarocki

Książka tygodnia

Tamara Łempicka. Sztuka i skandal
Wydawnictwo Marginesy
Laura Claridge

Trailer tygodnia