IPN zwierzyną łowną

"Mała narracja" - reż: Wojciech Ziemilski - Teatr Studio w Warszawie

Co najmniej niefortunnym posunięciem okazała się pierwsza premiera w warszawskim Teatrze Studio z nową już dyrekcją. "Mała narracja" jest bowiem nie tylko całkowicie nieudanym przedsięwzięciem pod względem artystycznym, ale też, niestety, wpisuje się w nagonkę na Instytut Pamięci Narodowej. To wprawdzie atak realizowany dość prymitywnymi środkami, ale zawsze. Dziwi mnie tylko, że teatr bierze w nim udział. Umieszczając "Małą narrację" w repertuarze, włącza się w kampanię niszczenia Instytutu Pamięci Narodowej.

Pusta, zaciemniona scena. Nieco z boku widać jedynie wykonawcę monodramu siedzącego na wysokim stołku i pochylonego przy pulpicie, na którym leżą notatki do wykładu. Bo spektakl "Mała narracja" ma formę wykładu uzupełnianego obrazami rzucanymi z projektora na ekran zawieszony z tyłu sceny. Ów jegomość na stołku to Wojciech Ziemilski, wnuk Wojciecha Dzieduszyckiego, jednej z najbardziej znanych osób w życiu publicznym naszego kraju. 

Wojciech Dzieduszycki z piękną kartą w swoim życiorysie wojennym, po wojnie propagator muzyki, dziennikarz muzyczny, w młodości śpiewak operowy, działacz kulturalny, autor książek, twórca kabaretu, estradowiec. To człowiek, którego działalność kulturalną trudno zamknąć w jakimś jednym obszarze, w jednej dziedzinie. Obsypany nagrodami, cieszący się powodzeniem u czytelników i szerokiej publiczności, niejednokrotnie uznawany za autorytet. Sława nie opuszczała go przez wiele lat, aż do późnej starości. Nagle, niemal z dnia na dzień, wyłączył się z życia publicznego. Powodem było ujawnienie w 2006 roku jego współpracy z Urzędem Bezpieczeństwa, następnie z Służbą Bezpieczeństwa, co trwało od 1949 do 1972 roku. Historycy z rzeszowskiego IPN podali, że na przestrzeni tych 23 lat napisał ponad 400 donosów. I były to nierzadko - jak mówi Krzysztof Kaczmarski - wielostronicowe elaboraty. Wkrótce po ujawnieniu tego faktu Dzieduszycki wystąpił w telewizji, przeprosił wszystkich, których spotkała krzywda z jego strony, zrzekł się przyznanego mu w 1999 roku przez miasto tytułu honorowego obywatela Wrocławia i wycofał się z życia publicznego. Miał wówczas 94 lata. Dwa lata później, w 2008 roku, zmarł.

"Mała narracja" to autorski spektakl Wojciecha Ziemilskiego, który przede wszystkim służy ukazaniu jego dziadka, hrabiego Wojciecha Dzieduszyckiego jako ofiary, a nie tajnego współpracownika. Choć trudno zaprzeczyć, iż był tajnym współpracownikiem, skoro sam publicznie się do tego przyznał, to - jak widać - można to pokazać na przykład w takim kontekście, że nikomu nie zrobił krzywdy, że był zmuszony do podpisania współpracy, no i że wytykanie mu przeszłości jest czymś wysoce niemoralnym.

Rodzina ma prawo do obrony bliskiej osoby, dociekania prawdy, szukania możliwości zrozumienia takich czy innych zachowań, do wyjaśnienia sytuacji. To oczywiste. Wszystko to można zrozumieć. Tym bardziej że los osób z inteligenckim, a zwłaszcza arystokratycznym rodowodem był w czasach stalinowskich nie do pozazdroszczenia. Wojciech Dzieduszycki był dla PRL-owskich władz wrogiem klasowym. I już samo to bywało tzw. hakiem na człowieka. Wiadomo, że sowieckiemu okupantowi chodziło o to, by zniszczyć przede wszystkim inteligencję. Jeśli nie strzałem w tył głowy, to przynajmniej złamaniem moralnym. Ale współpraca z komunistyczną bezpieką - jak dziś wiemy z licznych materiałów - różnie przebiegała u różnych współpracowników. Jedni, zgodziwszy się w dramatycznych okolicznościach na współpracę, cierpieli moralnie (były nawet próby samobójstwa), inni robili dzięki temu kariery i ochoczo donosili na innych.

"Mała narracja" to głównie napaść na Instytut Pamięci Narodowej, próba odebrania wiarygodności tej instytucji i chęć jej ośmieszenia. Posądzanie zaś, pomawianie IPN o tworzenie kłamliwej pamięci, a przy tym dość brutalne odsądzanie od czci i wiary autorów publikacji ujawniającej współpracę Wojciecha Dzieduszyckiego z SB, a nawet obciążanie ich winą za jakoby doprowadzenie - w sensie moralnym, psychicznym - do śmierci cywilnej, a w konsekwencji do fizycznej 96-letniego Wojciecha Dzieduszyckiego, to już naprawdę - mówiąc najdelikatniej - brzmi niepoważnie. A taka właśnie konstatacja wynika ze spektaklu Wojciecha Ziemilskiego. Pokazywany na ekranie stary, z trudnością już poruszający się człowiek ma wzbudzić współczucie, wywrzeć na odbiorcy silne wrażenie i sprawić, by widz zobaczył w nim "ofiarę" IPN.

Zresztą, paradoksalnie, jeśli autor i wykonawca tego monodramu zamierzał w jakiś sposób oczyścić z zarzutów swego dziadka, to tylko mu jeszcze bardziej zaszkodził. Spektakl jest nie tylko bełkotliwy artystycznie, ale również w warstwie treściowej mało komunikatywny i naiwnie podważający informacje podane przez Krzysztofa Kaczmarskiego i Dariusza Iwaneczkę. Zresztą trudno to coś, co oglądamy, nazwać przedstawieniem teatralnym. Potok wypowiadanych przez Ziemilskiego nieuporządkowanych logicznie słów, płynących strumieniem i nieukładających się w żadną całość, do tego pojawiające się na ekranie strzępy notatek, urwane fragmenty artykułu na temat współpracy Wojciecha Dzieduszyckiego z ubecją, fragmenty rozmaitych recenzji teatralnych, zdjęcia z przedstawień - wszystko to tworzy gigantyczny chaos. Ma to być niby nowy gatunek teatralny posługujący się nowoczesnym językiem teatru, nową estetyką (raczej antyestetyką), gdzie nie treść, a forma stanowi dominantę.

Na scenie Teatru Studio powstał nikomu niepotrzebny dziwoląg. Publiczność zaś zmęczona i w rezultacie znudzona rozszyfrowywaniem zagadek: co mają oznaczać owe obrazki na ekranie i bełkot wypowiadanych słów - pragnie tylko jednego - zakończenia tej miernoty. Wątpię, czy nawet Wojciech Dzieduszycki życzyłby sobie takiej "obrony", jaką zafundował mu jego wnuk.

Po spektaklu ktoś siedzący za mną powiedział: "Lepiej, żeby Ziemilski nie wychodził do ukłonów, jeśli chce w jakiś sposób uszanować pamięć swego dziadka". Ale wyszedł. Śladowe, prawie żadne brawa (i to na premierze) powinny dać do myślenia nie tylko autorowi i zarazem wykonawcy "Małej narracji", lecz także dyrekcji Teatru Studio.

A polowanie na IPN, jak widać, wciąż trwa.

Temida Stankiewicz-Podhorecka
Nasz Dziennik
22 kwietnia 2010

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia