Istnienie w oparach urojenia

Szósty dzień Festwalu Gombrowicza w radomskim Teatrze im. Jana Kochanowskiego i szóste przedstawienie.

W piątkowy wieczór widzowie mieli możliwość wejść w ,,sen wariata, koszmar co wiecznie trwa." Teatr Zagłębia z Sosnowca zaprezentował spektakl o jakże z pozoru prostym a zarazem pełnym metaforyki i symboliki tytule ,,Ślub" w reżyserii Radosława Rychcika. Jest to kolejna próba zmierzenia się na teatralnych deskach z tą sztuką. Wcześniej była wystawiana między innymi przez Teatr Narodowy w Warszawie (reżyseria Jerzy Grzegorzewski), Teatr Stary w Krakowie (reżyseria Jerzy Jarocki). Co sprawia, że ten krótki dramat jest tak chętnie inscenizowany?

Żeby móc odpowiedzieć sobie na to pytanie wejdźmy w jego treść. Schodek po schodku, stopień po stopniu w gombrowiczowską wizję obłędu.

Fabularna oś skupia się na postaci Henryka, który powraca do domu jako ten syn marnotrawny. Snując się ze swoim przyjacielem trafia na stację prowadzoną przez swoich rodziców. Wtedy rozpoczyna się konflikt pomiędzy tym co młode, a tym co stare. Pomiędzy wtłoczoną sztucznością formy, a staraniem się na odnalezienie swojego prawdziwego ja nie odbitego od "ja" innych. Pomiędzy wciąż zmieniającymi sie maskami, gębami i pupami widz zostaje stopniowo pochłaniany przez coraz gęstszą atmosfere i zaczyna pytać sam siebie co mnie pochłania? Kim naprawdę jesteśmy skoro wciąż gramy dla kogoś i sobą? Prawdziwym sobą praktycznie nigdy nie możemy się stać? Gramy setki ról, a tę jedną, tę, w której odkrywamy ostateczne karty naszego istnienia wciąż odkładamy i wciąż w wyobraźni pojawia się informacja – "premiera przełożona".

Ślub jest sztuką, która jest jednym wielkim zwierciadłem, w którym widzimy się jednocześnie nie widząc, poznajemy się jednocześnie nie poznając, jesteśmy sobą, a jednocześnie "ja" to rimbaudowski ktoś inny. Ciągle gramy, aż do śmierci wcielając się w miliony ról, które wtłaczają nas w formy, gdzie nigdy do końca nie możemy być sobą.
Scenografia. Stacja benzynowa oddaje absurd całej akcji. Niemożność przystanięcia i zastanowienia się nad naturą naszej egzystecji, gdyż ciągle jesteśmy gonieni przez coraz to nowe formy, foremki, foremeczki zabijające w nas samych siebie. Ogrom „przewijającego" się alkoholu w odniesieniu do wspomnianej stacji czyni ją symbolem. Symbolem alkoholizmu głównego bohatera, który jak Konsul z powieści ,,Pod Wulkanem" Malcolma Lowry'ego poszukuje sedna absolutu.

Kostiumy, za które oprócz scenografii odpowiedzialny jest Łukasz Błażejewski mimo swoich groteskowości sytuacji czynią bohaterów zwykłymi ludźmi, na których miejscu moglibyśmy być my. Pozwala to nam jeszcze bardziej wejść w psychikę bohaterów i ich emocje.
Muzyka, spokojna, zrównoważona jest uważnym tłem do opowieści. Niby nie pełni istotnej roli, niby można by bez niej się obyć lecz jednak stanowi dopowiedzenie do psyche postaci i przeżywanych przez nie stanów.

Ogromnym atutem spektaklu jest gra aktorska. Henio grany przez Michała Bałagę oprócz tego, że sam jest główną postacią to sam w swoim umyślę, wypełnionym urojeniami uzależnionego, stwarza innych bohaterów. Matkę, Ojca, Manię i Władzia jednocześnie oprócz ich podstawowej genezy nakłada jeszcze na nich formę swojego obłędu. Wtłacza ich w formę Królowej, Króla, Księżniczki czy Dworzanina. Zagranie scenicznej postaci, której być albo nie być, tak bardzo ściśle zależy od scenicznych postaci wymaga niezwykłego zrozumienia i współgrania pomiędzy aktorami, a także czujności reżysera. Reżysera, który podjął się opowiedzenia historii niejako „od środka". Dając nam inne oczy. Przez oczy Henia prowadząc z nami grę. Grę słówek, półsłówek, milczenia i niedopowiedzeń. Nie boi się mówić o obłędzie, uzależnieniu, o lęku w byciu sobą ze względu na poglądy, orientacje czy wielu innych rzeczy. Rzuca wprost w widownie pytanie. Dla kogo grasz? I kim? Czym jest ta twarz, którą każdego poranka widzisz w lustrze i której usta wykrzywia czasem szyderczy grymas i wypełzają z niej słowa:
,Ja wybierając los mój, wybrałem szaleństwo
i porzuciłem raj i zeszłem w czarne groty.
I płynę w mrok - i wiem, że oto zgasnę,
jako pęknięte słońce. W imię Ojca, Syna!"
(Tadeusz Miciński - Samobójca)

Jan Kacperski
Dziennik Teatralny Radom
17 października 2020

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia