Iwona Bielska robi show

Rozmowa z Iwoną Bielską

Minęło 25 lat od czasu premiery "Kto sią boi Virginii Woolf?" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, w którym Iwona Bielska zagrała rolę Marty, dojrzalej kobiety po przejściach. W roli jej męża Georga zobaczyliśmy Mikołaja Grabowskiego. Dziś spektakl powrócił do repertuaru warszawskiego teatru Imka. To "Iwona Bielska show" piszą krytycy. Nie ma się czemu dziwić. Aktorka była już za nią nagradzana w przeszłości. Od 2002 roku Iwona Bielska jest związana z Narodowym Starym Teatrem w Krakowie. Szeroka publiczność poznała ją za sprawą ról w m.in. takich filmach jak "Na srebrnym globie" czy "Wilczyca". Gra także w serialach, w tym w "Przepisie na życie"

- Jak ja tego nie lubię.

Czego?

-Wywiadów.

Dlaczego?

- Dlatego że nie mogę powiedzieć tego, co myślę, bo się narażę [śmiech]. Poza tym przypadłością wielu wywiadów jest to, że mówi się tylko po to, by mówić. Im częściej, tym lepiej. Wszystko staje się przewidywalne, powtarzalne. Beznadziejne.

Pani idzie pod prąd?

- Chodzi o wywiady?

Tak.

- Staram się ich nie udzielać. Niedawno wstrzymałam publikację długiej rozmowy, która miała ukazać się w poważnym tygodniku. Mam poczucie, że świadczyć o mnie powinna przede wszystkim praca, a nie mówienie o niej.

Należy Pani do odważnych kobiet?

- [milczenie] Trudne pytanie. Chyba tylko czasami. Na przykład wtedy gdy przygarniam bezdomnego psa, bo wiem, że ściągnę na siebie wiele nowych obowiązków [śmiech]. Ale odpowiadając poważnie na Pani pytanie, w sprawach zawodowych chyba nie brakuje mi odwagi. Bardziej w życiu prywatnym.

To by się zgadzało. Jeden z krytyków napisał ostatnio o Pani po obejrzeniu "Kto się boi Virginii Woolf?", że "trzeba prawdziwej odwagi, by odnaleźć w sobie takie pokłady antypatyczności".

- Czy to jest odwaga? Nie wiem. Taka jest moja interpretacja, moje rozumienie mocno pokiereszowanej Marty z dramatu Albeego. Moje dzisiejsze jej rozumienie.

Lepsze niż 25 lat temu? Tyle minęło od premiery spektaklu w reżyserii Pani męża Mikołaja Grabowskiego, który gra w nim Georga, męża Marty.

- Na pewno rozumiem dziś Martę inaczej. Poza tym wtedy byłam młoda i wyglądałam... "zbyt dobrze" do roli Marty - karykaturalnego babska. Ale to naprawdę było tak dawno? To niemożliwe.

Pamięta Pani tamten czas?

- Pamiętam jedynie, że realizowaliśmy ten spektakl w ramach tzw. teatru rodzinnego. Między czwórką bohaterów występujących w sztuce z pewnością nie było różnicy pokoleń. Postawiliśmy za to na różnice życiowych postawniezależnie od wieku. W spektaklu, który gramy w Imce, różnica pokoleniowa jest wyraźna. W końcu od premiery minęło tyle lat i jakby to powiedzieć delikatnie... "posunęliśmy się". Dlatego dziś spektakl ten stanowi dialog między reprezentantami starego, odchodzącego pokolenia a młodymi, których charakteryzuje pazerność i bezwzględność w dążeniu do celów.

Gdyby miała Pani okazję cofnąć czas, skierowałaby Pani swoją karierę na inne tory?

- Nie myślę o tym. Nie roztrząsam. Nie analizuję. Przecież to i tak bez znaczenia Zawsze płynęłam na fali i nigdy z nią nie walczyłam. Wszystko, co zsyłał mi los, uznawałam za dobre. Może mogłam wcześniej "rzucić się" na Warszawę. Ale czy ja tak bardzo tego chciałam? Widać nie. Widać wolałam być w Starym Teatrem w Krakowie. Nie mam więc dziś żalu do przeszłości. Życie zawodowe daje mi stuprocentową satysfakcję.

A prywatne?

- Także, choć niektórzy mają chyba wątpliwości. Ostatnio usłyszeliśmy z mężem: "Po Warszawie chodzi plotka, że się rozstaliście". Bardzo nas to rozbawiło.

Powiem Pani, że to samo mówią w Krakowie.

- Poważnie? [śmiech]

-Nie zastanawiają się Państwo, kto rozsiewa te plotki?

- Właściwie nas to nie obchodzi, bo mamy się całkiem nieźle. Ludziom niewiele potrzeba, by stworzyć nową rzeczywistość. Najczęściej złą.

Widzom też niewiele potrzeba. Kiedy patrzą na Panią i męża, którzy w "Kto się boi..." prowadzą ze sobą chorą grę - kochają się i nienawidzą, zadają sobie pytane: Ile w tym kreacji, a ile prawdziwego życia?

- Emocje i reakcje bohaterów wyglądają na prawdziwe i powinny takie być. Ale to, co ma miejsce na scenie, nie odwzorowuje naszego życia.

Nie myślała Pani, że związek z reżyserem może Pani kiedyś zaszkodzić?

- Nie. Po prostu się zakochałam! Nie było w tym żadnej kalkulacji. Zresztą w ciągu ostatnich dziesięciu lat kadencji męża na stanowisku dyrektora Starego Teatru zagrałam tylko raz w jego spektaklu.

I nigdy nie miała Pani poczucia, że musi coś robić dwa razy lepiej, by udowodnić, że nie jest tylko żoną reżysera, a później dyrektora teatru?

- Takie poczucie nigdy mnie nie obciążało, bo zanim związałam się z Mikołajem, miałam na swoim koncie osiągnięcia. Poza tym zawsze staram się dać z siebie maksimum możliwości przy każdej roli. Zależy mi przecież nie tylko na tym, by nie przynieść wstydu mężowi, ale i sobie.

Liczy się Pani z jego opinią?

- Oczywiście, ale mąż nigdy nie narzuca mi swojego zdania. Zwykle nasze dyskusje kończą się słowami: "Rób, jak uważasz".

To była miłość od pierwszego wejrzenia?

- Mąż określa to mianem rażenia piorunem. Studiowaliśmy razem w szkole teatralnej i widywaliśmy się na korytarzu, ale dla Mikołaja, jak twierdzi, byłam wtedy niedostępna. Kręciło się wokół mnie zbyt wielu adoratorów. Nie śmiał więc do mnie nawet podejść. Piorun raził nas dopiero podczas pracy w teatrze. Doskonale pamiętam ten moment. Miał takie piękne zamszowe jasne bury. W komunistycznych czasach był to widok niespotykany. A on tak ślicznie w nich wyglądał.

Z miłości była Pani zdolna do szaleństwa?

- Jak szaleć, to tylko z miłości.

A lubiła Pani, gdy mężczyźni szaleli z miłości do Pani?

- Oczywiście. Ale to smutne, że mówimy dziś o tym w czasie przeszłym.

To stan, do którego kobieta może się przyzwyczaić?

- Nigdy o tym nie myślałam, ale byłabym chyba wyjątkowo naiwna, gdybym liczyła na to, że ktoś oszaleje jeszcze dla mnie z miłości. Dziś wystarcza mi w zupełności to, co mam.

Nikt nie dzwoni i nie mówi:, Przyjedź, bo skoczę z balkonu". Pamięta to Pani?

- To wspomnienia, których nie da się usunąć z pamięci. Roman Wilhelmi był człowiekiem nieprzewidywalnym. Targały nim krańcowe emocje. Chłonął życie. Kochał grać, żyć i być. Niedawno natrafiłam na fragment "Czterech pancernych". Patrzyłam na niego jak na kogoś bliskiego. Był wspaniałym aktorem.

Umiał Panią rozbawić?

- Do łez. Pamiętam, jak przyjechał do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie spędzałam wakacje z rodziną. Mamy wychodzić w góry, a on stoi przed nami w białych spodniach w granatowe paski, rozszerzane u dołu. Były zagraniczne i Romek był z nich bardzo dumny. Mówię, że idziemy na Zawrat, a on, że idzie z nami. "W tych spodniach?" - zdziwiłam się. "Przecież umrę ze wstydu" - pomyślałam. Wtedy wgórach panował ubraniowy reżim - odpowiednie buty, grube skarpety.

Jemu to jednak nie przeszkadzało.

- Oj, nie. Poszliśmy więc na Zawrat. W pewnym momencie Wilhelmi usiadł na skale i powiedział zdecydowanie: "Nie pójdę ani w górę, ani w dół". Uwieczniłam ten moment na czarno-białej fotografii.

Wraca Pani często do zdjęć z tamtego okresu?

- Od lat mam w planach uporządkowanie wszystkich fotografii z tamtych lat. Może teraz się uda. Na starość.

Nie za wcześnie na takie myślenie?

- Skąd, taka jest rzeczywistość. Coraz częściej o tym myślę. Mam przed sobą mniej niż więcej.

Jakie to uczucie?

- Dziwne. Z jednej strony czuję się młoda, ale z drugiej - moja metryka jest w sprzeczności z tym przekonaniem. To uzmysławia mi, że moje poczucie jest niekonkretne i złudne. Pojawia się więc pytanie: pędzić przez życie i grać we wszystkim, co możliwe, czy może warto zastopować, uspokoić się i robić tylko to, co przynosi satysfakcję? W naszym zawodzie nie ma jednak nic pewnego. Nie wiadomo, co dziś, a co jutro może okazać dla aktora satysfakcjonujące.

Pani odpowiada jednoznacznie na to pytanie?

- Nie. Dalej będę się dawać unosić losowi. Jest mi z tym naprawdę dobrze.

Urszula Wolak
Dziennik Polski
23 marca 2013
Portrety
Iwona Bielska

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia

Faust
Tobias Kratzer
Nowy "Faust" z Opery Paryskiej 29 lis...