Ja się nie zgadzam

Rozmowa z Moniką Strzępką

Oboje jesteśmy cynikami. Jak staram się powiedzieć Pawłowi jakiś komplement, to patrzy na mnie z politowaniem i mówi: "Weź się nie sil". Po tylu latach nie wypadam już wiarygodnie. Poza tym komplementy mówi się, niestety, przeważnie wtedy, kiedy jest źle i dlatego one zawsze są trochę podejrzane. Tym bardziej że u nas każdy sukces jest wspólny, porażka też. To jest cena, jaką płacimy za całkowicie świadomy zresztą wybór, czyli za stworzenie marki Strzępka/Demirski.

Wspólnie z Pawłem Demirskim tworzy najsłynniejszy polski duet teatralny. On pisze, Monika Strzępka reżyseruje. Oboje radykalni i charakterni. Każdy spektakl to ważny głos w dyskusji społecznej. We wrześniu w TVP premiera ich autorskiego serialu "Artyści".

Magdalena Żakowska: "Artyści" skojarzyli mi się z "Domem".

Monika Strzępka: - Wspaniale, bo to była nasza wielka inspiracja. Zakodowaliśmy zresztą kilka znaków, które to sugerują, np. nasz portier teatralny nazywa się Popieł, na cześć Popiołka. Szukaliśmy takiej przestrzeni, gdzie można znaleźć w jednym miejscu ludzi z różnych klas społecznych. I żeby łączyła ich jakaś wspólna sprawa, w tym wypadku losy ich teatru. Nie ma już takich kamienic jak w serialu Jana Łomnickiego. Ludzie się pogrodzili.

Różnorodność macie też w obsadzie: od Ewy Dałkowskiej z teatru Warlikowskiego przez Tomka Karolaka z serialu "Rodzinka.pl", po Andrzeja Seweryna, dyrektora Teatru Polskiego.

- Bardzo nam zależało na tym, żeby to było przedsięwzięcie, w którym możemy się wspólnie zgromadzić mimo różnic estetycznych, które między nami występują. W teatrze pracujemy na podobnej zasadzie. Gdyby takie podejście przełożyć na życie, byłoby nam wszystkim znacznie fajniej. Gdyby mniejszą uwagę przywiązywać do tego, co nas dzieli, a większą do tego, co nas łączy, na czym nam wspólnie zależy - świat byłby lepszym miejscem do życia. Nie znałam wcześniej dobrze na przykład Agnieszki Glińskiej, jej teatr jest zupełnie inny niż mój i Pawła, ale okazało się, że to nam nie przeszkadza w tym, żeby razem pracować i się lubić.

Nie baliście się, że ten teatralny świat będzie dla widzów zbyt hermetyczny?

- Oczywiście, myśleliśmy o tym. Z drugiej strony moim ulubionym ostatnio serialem jest "Dolina Krzemowa". Opowiada o grupie programistów, którzy zajmują się start-upami i marzą o karierze w stylu Marka Zuckerberga, a jednocześnie są zagubieni i nieprzystosowani do życia. Ich świat jest mi obcy, nie znam go i nie rozumiem, ale emocje, jakie przeżywają, kupuję natychmiast. I dowcip! Wielką popularnością cieszą się seriale o lekarzach, jak "The Knick", a przecież nie wszyscy znamy się na chirurgii.

Widzę, że w serialach jesteś biegła.

- Bardzo długo w to z Pawłem nie wchodziliśmy. Ale w pewnym momencie poczuliśmy się jak trędowaci wszelkich społeczności. Okazało się, że są dwa dominujące tematy, które wcześniej czy później pojawią się w każdej sytuacji towarzyskiej - jedzenie i seriale. Nie mieliśmy podstawowych narzędzi do operowania w grupie. Zaczęliśmy oglądać, najpierw chyba "Mad Men", i zachwyciło nas to, że te historie są tak pięknie snute jak nie przymierzając u Dostojewskie-go. Bo współczesny serial to przecież odpowiednik XIX-wiecznej powieści w odcinkach. Na fali tego zachwytu zrobiliśmy serial teatralny, czyli "Klątwę". Potem pojawił się pomysł, żebyśmy zrobili z "Klątwy" serial telewizyjny, ale my już mieliśmy zarys "Artystów".

Oglądacie z Pawłem te same seriale?

- Tak, chociaż ja pomijam te o rycerzach.

A on ogląda "Girls"?

- Nie. I ja też nie! Kompletnie mnie nie ciągnie do tak zwanych seriali kobiecych. Jak wiem, że będzie romans, że o miłości, to mnie nie przekonasz. Teraz zachwycam się "Wikingami", ale uwielbiam też "Mr Robot" o genialnym hakerze, "Peaky Blinders" o cygańskim gangu w Londynie w latach 20., "The Knick" o początkach chirurgii.

Z teatru, który ma jednak niszową oglądalność, przechodzicie do mainstreamu - serial w telewizji publicznej. Tysiące widzów zamieniacie na miliony.

- Dopiero podczas pokazu pierwszego odcinka w Narodowym Instytucie Audiowizualnym dotarło do mnie, że nie będę mogła obserwować reakcji wszystkich widzów. Spektakle do tej pory podglądałam schowana gdzieś w kulisach, ale przecież nie da się zgromadzić tych wszystkich widzów TVP przed jednym wielkim telewizorem. Szkoda... Na razie nie czuję adrenaliny związanej z masowym widzem, ale może przyjdzie w dniu premiery? Albo jak trochę zwolnię i ochłonę. To był strasznie intensywny rok. Nie pamiętam już, kiedy ostatni raz odpoczywałam. Zeszłe wakacje to nie były wakacje, bo Paweł pisał "Artystów".

Jak Paweł pisze, to w domu panuje cisza?

- Śmiejemy się z Jeremim, że "cicho, bo tata pisze", ale generalnie tak jest u pisarzy w domu - że muszą mieć ciszę. Paweł, pisząc, często przestawia się na tryb nocny. Wtedy widujemy się tylko w okolicach śniadania. On właśnie kładzie się spać, a ja i Jeremi zaczynamy dzień.

Jak mu nie idzie, to kładzie się wkurzony?

- Tak. A jak mu idzie dobrze, to wydaje takie śmieszno-triumfalistyczne odgłosy - trochę jak wiking w boju. Bardzo długo było tak, że stresowałam się, że nic na rano nie napisze i nie będziemy mieli z aktorami na próbach materiału do pracy. Zasypiałam dopiero wtedy, kiedy słyszałam, że on uderza w klawiaturę. Oczywiście dość szybko się zorientował, że to tak działa, i zaczął usypiać mnie specjalnie, uderzając w przypadkowe klawisze. Po prostu stukał.

A jak ty pracujesz, to Paweł zajmuje się dzieckiem i przemyka cicho pod ścianą?

- To niestety nie działa w dwie strony. Bo ja pracuję głównie w teatrze. Nie mam w domu taryfy ulgowej. Swoje biureczko ustawiłam w kuchni. Niedawno dotarło do mnie, że to nie jest jednak sprawiedliwe. I że nie ma innego uzasadnienia mojego przebywania w kuchni poza tym, że jest blisko do lodówki.

Zrobiliście w rok serial i dwa spektakle. Niezłe tempo.

- I tak jest od lat...

Robicie średnio trzy spektakle rocznie, na dodatek w różnych miastach. Czy takie tempo byłoby możliwe, gdybyście nie byli parą?

- Pewnie nie. Paweł na pewno powinien mniej pisać. Ja też myślę o tym, żeby zwolnić.

Nie boisz się, że to tempo odbija się na dziecku?

- Totalnie! Każde dziecko w pewnym momencie orientuje się, w jakim świecie żyje, jak ten świat różni się od świata jego rówieśników. Jeremi już się zorientował. Dopóki nie chodził do szkoły, to sprawa była prosta - wszędzie go zabieraliśmy. W mieście, w którym pracowaliśmy, znajdowaliśmy nową nianię i przedszkole. Ma za sobą chyba dziewięć przedszkoli.

Rzadko które dziecko lubi takie życie.

- On też nie lubił. Kiedy poszedł do pierwszej klasy, powiedział: "Tylko nie zróbcie mi tego więcej. Już się nigdy nigdzie nie przeniosę". Mamy więc teraz całe stado kochanych wujków, cioć i babć. Zajmują się nim, kiedy nas nie ma. Ale bardzo do nas tęskni, a my do niego. Trudne sprawy. I mamy świadomość, że gdybyśmy pracowali z Pawłem oddzielnie, to moglibyśmy się przy nim zmieniać. Nie byłby sam. Moja mama urodziła sześcioro dzieci - miała prawo czasem któreś zaniedbać. A ja mam jedno dziecko i wciąż jest zaniedbywane.

A wasz związek na tym tempie nie cierpi?

- W okolicach pracy nad spektaklem "Courtney Love" prawie się rozpadł. Byliśmy już tak zmęczeni, że zaczęliśmy sobie skakać do gardeł. W zasadzie na jakiś czas się rozstaliśmy - gdybyśmy byli małżeństwem, to powiedziałabym, że byliśmy w separacji. Czasem żartuję, że gdybyśmy nie byli razem, to byśmy ze sobą nie pracowali, a gdybyśmy ze sobą nie pracowali, to byśmy nie byli razem. Kiedy ludzi łączą nie tylko uczucia, ale też praca, to - nie oszukujmy się - trudniej się rozstać. Szczególnie jeśli jest dziecko. I kredyt do grobowej deski.

Kłócicie się?

- Ciągle.

O pracę?

- Też.

O za słoną zupę?

- Nigdy! W tym temacie mam megakomfort - jestem w domu doskonale żywiona. Paweł genialnie gotuje. Kiedy jest między nami źle i on ugotuje coś ekstra, to myślę sobie: "Ty głupia! Przecież on wcale nie jest taki najgorszy". Ale są też złe strony jego kulinarnego geniuszu, bo jestem w domu nieustannie upokarzana zdaniami w rodzaju: "Monika, nie po to powołano cię na świat, żebyś robiła jajecznicę". Znoszę to z godnością.

"Ale ty jesteś zdolny!", "Nie, to ty jesteś świetna" - mówicie sobie tak jeszcze?

- Czasem. Ale żartem! Oboje jesteśmy cynikami. Jak staram się powiedzieć Pawłowi jakiś komplement, to patrzy na mnie z politowaniem i mówi: "Weź się nie sil". Po tylu latach nie wypadam już wiarygodnie. Poza tym komplementy mówi się, niestety, przeważnie wtedy, kiedy jest źle i dlatego one zawsze są trochę podejrzane. Tym bardziej że u nas każdy sukces jest wspólny, porażka też. To jest cena, jaką płacimy za całkowicie świadomy zresztą wybór, czyli za stworzenie marki Strzępka/Demirski.

Dziś jesteście już jednym artystycznym bytem, ale na początku byliście rozliczani z tego, czyja zasługa większa.

- Długo tak było. Sama już nie wiem, ile razy usłyszałam, że weszłam do teatru na plecach Demirskiego. To były dla mnie trudne momenty. Jak Paweł nie zareagował na taką opinię, to czułam się zdradzona. Ale z drugiej strony ile razy można reagować na takie brednie? Mocno czułam, że w takich łatwych ocenach sytuacji, których się nie zna, jest coś bardzo niesprawiedliwego. "Demirski napisał i samo się zrobiło".

Czy fakt, że jesteś kobietą, miał twoim zdaniem wpływ na to, że to on był częściej doceniany w waszym duecie?

- Chyba nie. Był czas, kiedy o Pawle mówiono "E, to tylko pisarz". Sporo czasu zajęło nam wyrównanie zarobków, bo to zawsze mnie proponowano więcej.

Powiedziałaś kiedyś, że już w dzieciństwie "byłaś krnąbrną, wredną pizdą", w podstawówce kwestionowałaś decyzje nauczycieli, szkołę teatralną rzuciłaś, bo wkurzyłaś się na panującą tam przerośniętą biurokrację. Masz trudny charakter?

- Nie mogłabym powiedzieć pewnie, że mam charakter idealny, ale to się zmienia. Inną osobą byłam na studiach, inną jestem dzisiaj, a inną, kiedy urodziłam dziecko. Nie poznawałam samej siebie.

To znaczy?

- No wiesz, jak to jest - empatia rozrasta ci się do patologicznych rozmiarów. Paweł jest wędkarzem, kiedy się poznaliśmy, zaczęliśmy łowić wspólnie. Byliśmy nałogowcami wędkarskimi. Potrafiliśmy biec w kaloszach sześć kilometrów, bo ostatni sklep wędkarski zamykali za 15 minut, a nam się skończyła przynęta. Kiedy urodził się Jeremi, pojechaliśmy wszyscy razem na Kaszuby. Biegliśmy jak wariaci nad jezioro. W deszczu, przez pokrzywy, z trzymiesięcznym dzieckiem w wózku. 
I nagle okazuje się, że nie jestem w stanie nabić robaka na haczyk. Po porodzie robaka nie nabijesz. Wracając do twojego pytania o krnąbrny charakter: oczywiście, przez życie można przejść, przyjmując to, co jest, podporządkowując się temu. Ale można też się na to nie zgadzać. A czasem nie zgadzać się fundamentalnie.

W tym sensie idealnie się z Pawłem dobraliście. Dwoje fajterów.

- Tak, to jest super. Możemy się wyzywać nawzajem od koniunkturalistów, co zresztą często robimy, ale ponieważ oboje jesteśmy na to wyczuleni, to motywujemy się nawzajem, żeby się nie dać. To jest bardzo ważne, szczególnie wtedy, jak się osiąga sukces. A nie ma co gadać, w teatrze sukces odnieśliśmy. Niebezpieczny moment: jest pokusa, żeby - jak to się mówi - odcinać kupony, bo przecież wiemy już, co robić i jak robić, żeby było dobrze.

Boicie się rutyny...

- ...i zdziadzienia - nie w sensie wieku, tylko w sensie artystycznym. To nasz wspólny lęk. Mamy coraz większe doświadczenie i boimy się tego momentu, kiedy przestanie nam się chcieć walczyć, gdy zatęsknimy za tym, żeby usiąść z ulubioną książką przed kominkiem. W polskim teatrze dzieje się teraz mnóstwo ciekawych rzeczy, cieszę się, że jesteśmy z Pawłem w tej ekipie, ale czasami, jak przyglądam się temu, co robią koleżanki i koledzy, to myślę sobie: "Cholera, czy ja nie jestem zbyt konserwatywna?!".

Ale wasz teatr się zmienia. Na początku był gniewny, teraz pojawił się w nim ton melancholii, poczucia bezsilności.

- Mniej więcej od "Courtney Love".

To się bierze z refleksji nad rzeczywistością, z wieku czy szukacie innego języka?

- Każde przedstawienie powstaje w aktualnych okolicznościach zewnętrznych, ale także naszych wewnętrznych. Robisz z tego miejsca, w którym jesteś. Tak, czuję zmianę pulsu w swoim życiu. Oboje czujemy się przesyceni tak zwanym krytycznym spojrzeniem na rzeczywistość. Teraz zdecydowaliśmy, że zrobimy coś ultrapozytywnego. W Starym Teatrze pracujemy nad spektaklem "Triumf woli". Nie ma on nic wspólnego z Leni Riefenstahl, będzie - mamy nadzieję - najbardziej radosnym spektaklem, jaki zrobimy. Afirmacja człowieka. Zachwyt nad tym, jaki człowiek potrafi być fantastyczny.

Powiedziałaś "zdecydowaliśmy, że zrobimy spektakl". Wspólnie ustalacie, o czym Paweł napisze?

- Różnie. Zdarza się, że ustalamy, a zdarza się, że Paweł zamyka się i pisze bez konsultacji. Czasem jedno z nas ma wątpliwości i infekuje nimi to drugie. Pawłowi często zdarza się "blok pisarski". Aktorzy, z którymi pracujemy któryś tam raz, znają ten mechanizm, są przygotowani, że przyjeżdżamy na próby bez tekstu, że przez trzy tygodnie robimy cztery sceny, bo Paweł ma blok i nic nowego nie pisze. Często odwołujemy próby.

Wkurzasz się wtedy na niego?

- Strasznie. Ale nie na niego. Wkurzam się, bo wiem, że nie mogę mu pomóc. Bo on jest z tym sam i nie ma rady, musi napisać. Mogłabym go uspokajać, ale to na Pawła działa jeszcze gorzej. Ale najbardziej wkurzam się tym, że on w takiej sytuacji wyłącza telefon - jeśli go ma, bo właśnie z niego zrezygnował - a ja muszę pójść do aktorów i im znowu powiedzieć, że nie mamy materiału do pracy. Nienawidzę takich momentów.

Macie czasami ochotę zrobić coś osobno?

- Tak. I robimy. Ja reżyseruję spektakle dyplomowe, Paweł coś tam pisze, ale nie kończy, a przynajmniej mi nie mówi.

Nie jesteś zazdrosna, że to nie dla ciebie?

- No co ty, przestań, to jest o miłości, przecież nie będę robiła sztuk o miłości?! Jeśli mnie coś martwi to to, że on może o tym pisać!

Naczynia połączone, ale bez przesady?

- No jasne. Mamy swoje oddzielne światy. On ma swój anarchizm, ja mam swoje chłopstwo.

Paweł jest anarchistą...

- Był. Takim z tych najsmutniejszych, z gdańskiej Żabianki.

A ty urodziłaś się...

- ...na wsi pod Tarnowem. Jako dziecko robiłam w polu. Wszystko to już opowiedziałam przy okazji pracy nad spektaklem "W imię Jakuba S.". I nie chcę tego fetyszyzować. Wydaje mi się, że zbyt łatwo jest zbudować na tym tożsamość. W momencie, w którym robiliśmy "W imię.." taki chłopski coming out był dużo trudniejszy i przez to dużo przyjemniejszy. Dziś już za łatwo i za wygodnie bym się w tym poczuła. I w ogóle nie lubię analizować siebie. Ja dziś, ja kiedyś, jak się zmieniłam i jaki to miało wpływ na moją twórczość - niech się tym zajmują teatrolodzy.

Magdalena Żakowska
Uroda Życia
12 sierpnia 2016
Portrety
Monika Strzępka

Książka tygodnia

Kantor Nie/Obecność
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Katarzyna Fazan

Trailer tygodnia