Jak kamyk w strumieniu

Mieczysław Franaszek (1944 - 2019)

W Jemenie zachwycał się zapachem kawy i morza. O języku mówił, że posiada moc. Medytował w klasztorze. Mawiał, że na świecie są miejsca, które na niego czekają. I dlatego jeździł do nich. Fotografował ludzi spotkanych na świecie. Fascynowały go ich twarze. A na scenie tworzył postaci, które wracały z nami do domu.

Słowo jest orężem

Kiedy rozmawialiśmy o zjawisku, jakim jest moc wypowiadanego słowa, w kontekście książki Mikkela Birkegaarda „Biblioteka Cieni", Mieczysław Franaszek zwrócił uwagę na jej wpływ na naszą psychikę i działanie.
- Słowo jest orężem, potężnym argumentem. Kiedy chcę przekazać innym coś bardzo ważnego, najważniejszego na świecie, to istotny jest tu walor przekonywania. Jeśli do tego dodamy emocje, to szanse na porwanie słuchaczy są bardzo wielkie – mawiał. – Kiedy tekst czyta się głośno, to słowo zupełnie inaczej brzmi w warstwie fonetycznej. Ono rozlega się, istnieje niemal fizycznie, jakże jest inne od tego na papierze, które odbieramy wzrokiem i „czytamy" bez dźwięku.

Odniósł się wówczas i do stwierdzenia autora, który napisał, że „czytając na głos jakiś tekst, możemy nadać mu interpretację, jakiej sobie życzymy i w ten sposób wpływać na przeżycia słuchacza i jego stosunek do tekstu, którego słucha". – I tak jest w istocie, bo czytanie na głos to dar, umiejętność, która jest przywilejem. To według mnie rodzaj niezwykłej autosugestii – podkreślał aktor. – Jeśli chodzi o interpretację, to rzeczywiście jest tak, jak w zacytowanym wyżej zdaniu. Osoba recytująca może wygłaszać tekst nawet wbrew intencjom autora, może wpaść w interpretacyjne efekciarstwo, uciec od sensu tekstu. W związku z tym nasuwa się refleksja, czy aktor przypadkiem nie balansuje na granicy odtwórczości i twórczości. Odwołam się do słów Jerzego Stuhra, który uważa, że aktorska interpretacja tekstów jest ingerencją w wyobraźnię słuchających, a to dlatego, iż niejako narzuca własny sposób odczytania tekstu. A my przecież posiadamy własną wyobraźnię, smak, strukturę psychiczną i możemy ten sam utwór przeczytać sami.

Kiedy słowa stają się melodią

Mawiał też, że jako słowom zapisanym brakuje dźwięku, więc lubimy, gdy czyta je ktoś, kto posiada fascynującą barwę głosu. I wtedy słowa stają się dźwiękiem, melodią. - Głośne czytanie to niełatwa sztuka. Należy w niej respektować stylistykę obowiązującą w epoce, w jakiej dzieło powstało. Zupełnie inna poetyka obowiązuje w głośnym czytaniu wierszy romantycznych i współczesnych – kontynuował. – Nie zapominajmy, że piękno języka jest niewyobrażalne. Staropolszczyzna, barok mają swoje „literackie smaki". Najważniejsze, żebyśmy o nie dbali, a także i o to, by język, jakim się posługujemy nie był jednobarwny.

W poszukiwaniu rytmu Natury

Na Płaskowyżu Arabskim pomiędzy niebem a ziemią szukał rytmu Natury. Wyprawa do Jemenu była jak do snu o Oriencie. - Uciekam do dalekich miejsc. Jadę do nich sam, ponieważ tylko w ten sposób mogę się oczyścić, odpocząć i nabrać nowych sił. Kiedy podróżuję, jestem całkowicie odcięty od mojego otoczenia. Pobyt w zupełnie innym i nowym dla mnie świecie jest najlepszą forma odpoczynku duchowego. - I jak przyznawał, tylko tutaj doświadczył tak silnej obecności kilku materii, pojmowanych według Platona jako jedność przyrody. – W Jemenie wszedłem w jej świat i szybko przekonałem się, że jest monolitem zbudowanym z elementów materialnych, pierwiastków idealnych oraz duchowych – kontynuował swą opowieść pan Mieczysław. – Taką materią jest glina, która kolorystycznie decyduje o krajobrazie i jego architekturze. Symbol kruchości, nietrwałości tutaj zamienia się w najbardziej trwały i wytrzymały znak ludzkiej egzystencji. Wszystko, co jest na tej ziemi wytworzone z gliny, kojarzy się od setek lat z poczuciem bezpieczeństwa, własnym miejscem na ziemi.

Barwy i zapach morza

- Miejscem, w którym jak w soczewce mogłem zobaczyć wszystkie barwy Jemenu są bazary, zwane „suk" – mówił pan Mieczysław. – Płynie z nich do duszy Europejczyka bardzo wiele różnych bodźców. Stoiska z ziołami i naturalnymi środkami uzdrawiającymi oblegane są od rana do wieczora. Bazar to także setki kupujących. Przyglądałem się ich twarzom. Były fascynujące i tak wiele wyrażały. W Jemenie żyje wiele etnicznych narodowości. Są Etiopczycy, Somalijczycy. Bliskość tych ludzi, rozmowy z nimi były dla mnie metafizyczną siła napędową dająca wiarę w siebie i we własne możliwości.

- Zapach morza jest obecny w każdej uliczce nadmorskich miast, nawet w tej najwęższej – wspominał. – Tutaj, patrząc w jego bezkresną dal odczuwa się je jako pozostałość pramaterii, burzliwego i bezkształtnego Chaosu, w końcu ujarzmionego. Poczułem nagle, że to dalekie, egzotyczne morze zacząłem odbierać jako źródło życia, odrodzenia i energii. To było dla mnie zupełnie nowe przeżycie. A ponieważ każda moja podróż jest ucieczką od siebie, opuszczeniem skorupy swego ciała, własnych przemyśleń i refleksji, zakodowanych wyobrażeń, pomyślałem, że obecność morza jest dla mnie pewnego rodzaju oczyszczeniem. Tutaj zapomniałem o swojej tożsamości, bezgranicznie wtapiałem się w ten wyjątkowy dla mnie świat i wszystkie przeżyte tu zjawiska i doznania traktowałem w kategoriach mistycznych. Natura zodiakalnego bliźniaka, jaką w sobie noszę, oscyluje pomiędzy Europą a Orientem. A Orientem zaraziłem się na zawsze.

Idź do miejsca, w którym nie byłeś

Jakże inna była wyprawa Mieczysława Franaszka do Tybetu. - Kiedy znalazłem się w Dolinie Kaszmiru otoczonej szczytami Himalajów zrozumiałem sens słów Dalaj Lamy, nakłaniającego, żeby raz w roku iść do miejsca, w którym nie było się nigdy wcześniej - opowiadał.

Wyruszenie w drogę ma znamiona pielgrzymowania i ma w sobie potrzebę poszukiwania, odkrywania. Na samym początku pojawia się impuls. Jeśli go nie poczujemy, możemy wiele stracić. Trzeba wsłuchiwać się w zdarzenia, jakie pojawiają się nieoczekiwanie wokół nas, a także w słowa skierowane do nas. A przede wszystkim w swoje pragnienia i marzenia. Mieczysław Franaszek potrzebę poznawania świata nosił w sobie niemal od dziecka. Praca nad monodramem „Poznam sympatycznego Boga" według książki Erica Weinera wyzwoliła w nim chęć bliższego poznania buddyzmu. – Wyprawa do Tybetu przekonała mnie, że wrażenia, które wydają się nam bardzo odległe i obce, stają się bliskie - wyjaśniał.

Oddzielony od reszty świata

– Tybet był jedynym miejscem, w którym poczułem się całkowicie „oddzielony" od reszty świata. Najbardziej w kontekście duchowym. Wspinając się po szlaku w górę, podziwiałem rozciągający się wokół mnie „energetyczny krajobraz". Wtedy też poczułem jego pozytywną moc sprzyjającą duchowemu skupieniu. Człowiek na tej wysokości ma wrażenie, że otwiera się na wpływy niebios.
- W swych podróżach szukam odpowiedzi na wiele nurtujących mnie pytań. Każda z moich wypraw to nie tylko zwiedzanie miejsc mistycznych, to również poznawanie miejscowych obrzędów i rytuałów. W Północnych Indiach chciałem zobaczyć w jakich formach objawia się buddyzm - kontynuuje. – Ciekawy byłem konfrontacji moich dotychczasowych wrażeń i doświadczeń z regionem, zamieszkałym przez buddystów. Chciałem chłonąć prastary klimat, poczuć wyjątkowość buddyjskich klasztorów, być blisko wielu uroczystości i obyczajów. Wiedziałem, że tylko wyprawa do tej części Tybetu, do Kaszmiru pozwoli mi na dogłębne przeżycie miejsc, które zamierzałem poznać. Wprawdzie byłem już w Indiach w latach osiemdziesiątych, ale potrzeba wyjazdu była bardzo silna.

Święto Maski

- Chciałem zobaczyć klasztory usytuowane w niedostępnych miejscach, sprawiających z daleka wrażenie jakby zawieszonych pomiędzy niebem a ziemią. Świątynia Hemis z XVII wieku w Dolinie Indusu zafascynowała mnie biblioteką i ściennymi malowidłami - opowiadał. – Tutejsi mnisi celebrują co roku Święto Maski. Lepią z mąki jęczmiennej, masła i wody figurki jako danie ofiarne dla bogów. Już kilka dni wcześniej ściągają tu z najdalszych okolic pielgrzymi i turyści. Podczas rytualnych tańców mnisi poruszają się niczym w transie. Kołyszą się w rytm muzyki wygrywanej na cymbałach, bębnach. A dzwonki jasnymi i czystymi dźwiękami wyznaczają rytm. Ich szeroko rozłożone ręce prawie szybują w powietrzu. Śpiewają na jednym dźwięku oraz niskimi głosami recytują mantrę. W ten sposób czczą również Padmasambhavę, centralną postać buddyzmu w Himalajach. Zamieszkujące ten region plemiona pierwotne, obchodziły w tym czasie zwycięstwo ciepłej wiosny nad chłodną zimą. Wierzyli także, że w ogniu spalają się złe duchy. Tancerze podczas tego misterium mają na głowach nakrycia. Ich twarze zasłonięte są metalowymi maskami. Wyglądają groźnie, ale przecież grają ogólnie pojęte Dobro. Tutaj każdego roku w czerwcu odbywają się tradycyjne misteria, które przyciągają tysiące pielgrzymów i turystów.

Wkroczyłem do innej przestrzeni

- W klasztorach i rozsianych wokół nich niewielkich osadach panuje trudny do zdefiniowania bieg czasu. Miałem wrażenie, że egzystuje tu prastary rytm dnia, odmierzany nie przez wskazówki zegara, ale przez pory dnia czy roku. Tutaj życie toczy się jak w innym wymiarze, całkowicie innym od świata, jaki pozostawiłem w kraju. Czułem się tak, jakbym wkroczył do innej przestrzeni. Osobliwej natury były to doznania, uzmysławiające mi potęgę natury, jej monumentalność wobec której czujemy się jak mali wędrowcy, jak kamyki w strumieniu. Jakbyśmy stawali się cząstką tej nowej dla nas przestrzeni. Czy to ma coś wspólnego z naszymi życiowymi doświadczeniami? Chyba wiele, bo uzmysławia nam nie tylko odrębność tego świata, ale także rodzące się z nim poczucie wspólnoty. Zdawałoby się, że wrażenia, jakich doświadcza się w miejscach nowych są nam obce, niedostępne. Tak nie jest; one przemawiają do naszego wnętrza. Przewartościowanie dotychczasowych wrażeń jest chwilami jak przecięcie nieba przez błyskawicę. Wrażenia zbierane przeze mnie podczas podróży magazynują się bez udziału woli, by po pewnym czasie dojść do głosu.

Tybetańscy mnisi w klasztorach podczas modlitwy są bardzo skupieni. Podejrzewam, że my Europejczycy nie potrafimy się tak skoncentrować. Odciąć się od świata. Napisał o tym Eric Weiner. Całkowicie się z nim zgadzam. Buddyzm jest filozofią, sposobem postrzegania świata, myślenia. A także milczenia. Chwile ciszy mają swój specyficzny sens. Właśnie cisza tak bardzo jest nam potrzebna. Do rozmowy z sobą, by usłyszeć swój wewnętrzny głos, mówiący o naszych potrzebach, marzeniach. Bo jak mawiają w Tybecie – cisza bywa najlepszą odpowiedzią.

Teatrum indonezyjskich wulkanów

Z kolei w Indonezji już z pokładu samolotu podziwiał kratery wulkanów i teatr cieni, w którym obecne są cienie przodków. Mawiał, że majestatyczność wulkanów sprawia, iż krajobraz nieruchomieje i zastyga, niczym pogrążony we śnie. Szczególnie nad ranem odczuwalny jest tu spokój i cisza. Surowość emanująca niemal z każdego rowkowatego zbocza gór determinuje panującą dokoła atmosferę. Unoszące się nad kraterami chmury są stalowo-ołowiane. Bo tu nawet koloryt nieba harmonizuje z barwami wulkanicznego pejzażu. Tak opisywał swoje pierwsze wrażenia po przyjeździe. – Miałem wrażenie, że widzę nierealną krainę, fascynującą swoją odrębnością – mówił. - A jednocześnie mającą tak bardzo dużo cech wspólnych z ziemskim życiem. Szczególnie wtedy, gdy w tę grafitową zimną przestrzeń powoli wpełzały coraz to jaśniejsze promienie słońca. I tak, po pewnym czasie, ten niezwykły panoramiczny obraz wypełnił się najpiękniejszym wschodem słońca, jaki mogłem sobie wyobrazić. – Ta pozorna martwota kojarząca się z krainą zamieszkałą przez duchy, napełniała się życiem.

Teatr ze światła i cienia

Także w Indonezji podziwiał teatr cieni „wayang", nazywanym też teatrem duchów. - Warto wiedzieć, że ten rodzaj teatru w Indonezji jest bardzo silnie związany z wiarą w duchy przodków, które chronią żywych, ostrzegają przed nieszczęściem i roztaczają opiekę nad żywymi. Dlatego przy pomocy cieni proszą ich o wszelką pomoc. Warto wiedzieć, że teatr cieni pojawił się w czasach dynastii chińskiej Han panującej przed naszą erą. Historyk Sima Qian donosił o człowieku imieniem Shaoweng, który dla panującego wówczas cesarza stworzył osobliwą „grę cieni", w której „przywołał" do świata żywych jego zmarłą ukochaną żonę. I tak, tajemnicza gra światła i cienia tworząca nierealną, zagadkową przestrzeń fascynuje do dzisiaj. Teatr ten związany z tradycją, religią i kulturą Chin, Indonezji oraz Indii nadal przyciąga tłumy widzów - wspominał.

- W Chinach podziwiałem Operę Pekińską. Tutaj zobaczyłem też tańce balijskie, które są prawdziwym artystycznym zjawiskiem w kulturze azjatyckiej. Wszakże typ lalki jawajskiej, stworzonej na Jawie, obecny jest w teatrach lalkowych na całym świecie. W moim odczuciu Azja jest od dawien dawna swego rodzaju zaczynem postępu w dziedzinie nauki i kultury. Dla mnie jako aktora spotkanie z indonezyjskim teatrem cieni w jego klasycznej formie było bardzo poznawcze – wspominał Mieczysław Franaszek. –Podczas przedstawienia obserwowałem jak zręcznie jeden człowiek manewruje płaskimi lalkami. Ożywia je, daje im głos, konstruuje tajemnicze misterium ze światła i cienia. Teatr cieni, „wayang kulit" odwołujący się do doświadczeń religijnych, dotykający spraw egzystencjalnych, do dzisiaj wykorzystywany jest podczas wielu ceremonii w wielu świątyniach. Mity z czasów silnych wierzeń animistycznych nie popadły w zapomnienie, lecz integrowane są z hinduistycznymi opowieściami.

W „Galerii Autorskiej"

Mieczysław Franaszek opowiadał o swoich podróżach poprzez fotografię w bydgoskiej „Galerii Autorskiej" Jana Kai oraz Jacka Solińskiego, z którą związany był od lat. Dzielił się ze mną swoimi spostrzeżeniami na temat zalet technicznych aparatów fotograficznych, opowiadał jak „łapie" obiektywem ulotne chwile. Jego wystawy prezentujące najciekawsze zdjęcia wykonywane podczas licznych podróży zawsze przyciągały tłumy. Ale do Galerii szło się także na jego monodramy. Na rozmowy prowadzone z nim po części artystycznej. Cieszył się również dużą popularnością wśród studentów Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, w której wykładał. Kilka razy w „Galerii Autorskiej" wystawiał razem z nimi przedstawienia dyplomowe.

Osobista spowiedź i modlitwa

Warto dodać, że podejmując się jakiegokolwiek projektu czy to o charakterze podróżniczym czy artystycznym, zawsze wykonywał go rzetelnie, zagłębiając się w jego struktury.

- Nie podejrzewałem, że przygotowania do wystawy związanej z moimi podróżami, w której chciałem pokazać religijność panującą w różnych regionach świata, zaprowadzi mnie w konsekwencji do Klasztoru Kamedułów na krakowskie Bielany – powiedział kiedyś podczas naszego spotkania. – Wyprawy do Północnych Indii to buddyzm, na Półwysep Arabski, to spotkanie z islamem. Byłem wprawdzie w różnych sanktuariach europejskich, także w Asyżu, związanym z świętym Franciszkiem, ale były to jednak czasy odległe. Poza tym, zdjęcia robiłem aparatem analogowym i ich jakość nie nadawała się do prezentacji. A ja chciałem nie tylko przeżyć nowe emocje związane z chrześcijaństwem, ale także zrobić zdjęcia miejsc, w których dotykałbym tajemnicy Boga. Dlaczego to było dla mnie takie ważne? Ponieważ fotografie miały stanowić wizualne tło dla mojej bardzo osobistej „spowiedzi" związanej z problemami nurtującymi współczesnego człowieka. Z istnieniem Boga, z zagadnieniem śmierci, z naszą ziemską egzystencją oraz z pozaziemską duchowością. Niektórzy taką jednostronną rozmowę z publicznością nazywają monodramem, ale dla mnie jest to osobista rozmowa z drugim człowiekiem. Poza tym, czułem potrzebę wyciszenia siebie, pomedytowania nad wielką tajemnicą świata. Chciałem odkryć swoją wewnętrzną ścieżkę duchową. Przeczuwałem, że najbardziej odpowiednim miejscem będzie klasztor o bardzo surowej regule.

Silentium

- I któregoś dnia stanąłem przed klasztorną bramą, nad którą widnieje napis „Silentium". Ta brama to jednocześnie metafora i dosłowność. Poczułem, że oprócz tego, iż wejdę przez nią na wewnętrzny dziedziniec klasztoru, to również przejdę do innego świata – wspomina.

- Podczas pobytu w klasztorze pomyślałem, że moje dotychczasowe podróże do różnych regionów świata, które odbywam zawsze sam, bo z natury jestem samotnikiem, to również swego rodzaju jednoosobowe rekolekcje. Byłem w wielu miejscach, z dala od ludzi, w których myśli rodziły się same, napływały do mnie zewsząd, budziły określone refleksje. To w nich ogromna przestrzeń uwalniała moje myśli. Ale tutaj, w klasztorze zakonu o tak ścisłej regule, kiedy już zostałem sam w przydzielonej mi na czas pobytu celi, pomyślałem, że będzie to czas spędzony na rozmowie tylko z sobą i z Bogiem. Jestem bowiem człowiekiem wierzącym i wierzę w Boga – kontynuował.

Pytania w czasie medytacji

- W klasztorze odczułem, jak bardzo na człowieka oddziałuje taki rodzaj całkowitej izolacji. Sprawia, że odczuwamy, jaka jest w istocie relacja pomiędzy pojedynczym życiem ludzkim a niepojętą przestrzenią wszechświata. Porównanie człowieka do pyłku zawieszonego w tajemnicy, tam na górze nasuwa się samo. Bo jesteśmy mikrokosmosem w makrokosmosie. Nie tylko w celi, ale też stojąc przed kościelnymi kryptami, odkrywałem z jednej strony sekretności życia, a z drugiej - tę logiczną korelację pomiędzy nami a czasem. Jesteśmy tu i teraz, a gdy spojrzymy wstecz, dostrzegamy ludzi podobnych do nas, którzy żyli, a dzisiaj ich już nie ma. A kiedy patrzymy w przyszłość to widzimy tych, którzy przyjdą po nas. Czy to też nie jest pewien rodzaj zmartwychwstania? Czy nasze dzieło, obojętne w jakiej postaci, czy będą to dzieci, czy efekty artystyczne lub też głoszone przez nas idee nie są kontynuacją nas samych? Czy pozostawione przez nas ślady nie będą czytelne dla przyszłych pokoleń? Czy nie jest to jedna z form naszego ocalenia? Czy nauki Jezusa Chrystusa nie przetrwały przez setki lat? Czyż nie dał nam tego, co jest potrzebne do życia? Takie pytania pojawiały się we mnie podczas medytacji. Przekonałem się, że czas rekolekcyjny skłania ludzi do wielu refleksji. Po to został nam dany, by mieć czas na rozmowę ze sobą, na uzmysłowienie, że warto odgrodzić się od świata, by odbyć pielgrzymkę do własnej duszy. Mogę powiedzieć, że po raz pierwszy tak głębokie duchowe procesy przeżyłem tu, w klasztorze Kamedułów.

Na scenie Teatru Polskiego

Mieczysław Franaszek na scenie Teatru Polskiego w Bydgoszczy pojawił się w roku 2001. „Zadebiutował" rolą Łuki w spektaklu „Złoty sen w stanie nieważkości" Maksyma Gorkiego w reżyserii Adama Sroki. W Bydgoszczy obchodził 35-lecie oraz 45-lecie pracy artystycznej. Jego aktorskie kreacje na długo pozostawały w pamięci widzów. Wspaniale zagrał w „Historiach bydgoskich", cyklu spektakli związanych z Bydgoszczą, w reżyserii Pawła Łysaka. Anita Nowak napisała wówczas. „-Znakomite obeznanie z trudną sztuką monodramu zaprezentował Mieczysław Franaszek jako narrator historii o Łuczniczce". Pamiętam też z jaką głęboką wrażliwością i spokojem zagrał w spektaklu „Mleko" w reżyserii Pawła Łysaka przeznaczonym dla najmłodszych widzów.

Ilona Słojewska
Dziennik Teatralny Bydgoszcz
1 sierpnia 2019

Książka tygodnia

Kwiatkowska. Żarty się skończyły
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Marcin Wilk

Trailer tygodnia

Artyści w spocie przec...
Andrzej Seweryn, Magdalena Boczarska,...