Jak oni śpiewają?

"To idzie młodość..."- reż.: Maciej Englert - Teatr Współczesny w Warszawie.

"To idzie młodość..." w reż. Macieja Englerta w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Michał Mizera w Teatrze.

"Znajdowaliśmy się w pałacu z fałszywego złota i sztucznych kamieni. Wrażenie, że ktoś robi ze mnie durnia, było tak silne, że ogarnięty furią, usiłowałem dowiedzieć się, kto to jest, żeby go zabić. A jednocześnie nie mogłem tej furii okazać i wykrzywiałem gębę w fałszywym uśmiechu do publiczności []" - wspomina w "Baltazarze" Sławomir Mrożek Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów w Warszawie (wiosna 1955 roku), na który został wysłany z Krakowa jako korespondent "Dziennika Polskiego". Dobrze oddaje to sytuację wielu młodych ludzi, którym obce było zarówno zaślepienie komunistyczną ideologią, jak i mniej lub bardziej otwarte kontestowanie obowiązującego wówczas ustroju. Nieźle też może ilustrować konsternację widzów Teatru Współczesnego, przynajmniej tych, którzy nie pamiętają tamtych czasów lub liczyli na teatralne uniesienia. 

Scenariusz Krzysztofa Zaleskiego koncentruje się na polskiej rzeczywistości lat 1952-1956. Zbudowany jest według sprawdzonego schematu narracji oplatającej kolejne piosenki, pieśni czy songi. Wśród nich: zapomniane socjalistyczne agitki i budzące do dziś żywe reakcje evergreeny. "Piosenka o planie 6-letnim" obok "Les feuilles" Jacques\'a Préverta, "Brzydula i rudzielec" obok "La vie en rose" Edith Piaf, "Na strażnicy" obok "Boogie Woogie Bugle Boy" Magiczne lata pięćdziesiąte. Magiczne? Raczej szare, przytłaczające, odbierające nadzieję i odzierające ze złudzeń. Czasy realnego socjalizmu, jedynej słusznej ideologii, zdobywającej kolejne rejony życia. Czasy indoktrynacji młodych i tych kilku niewielkich wentyli, którymi znajdowała ujście młodzieńcza potrzeba wolności i buntu: jazzu, "dżolerów" i amerykańskich tańców, które przyprawiały smutnych panów o zawrót głowy. Dość wspomnieć, że ludowa pieśń gruzińska "Suliko", rzewnie wyśpiewana przez Macieja Zakościelnego, była ulubionym utworem Iosifa Wissarionowicza Dżugaszwilego. W latach trzydziestych cały Związek Radziecki budził się przy jej dźwiękach. W tym kontekście nic już nie jest jednoznaczne: ani tamte czasy, ani ocena przedstawienia. 

Spektakl zaczyna się tytułową piosenką Tadeusza Sygietyńskiego i galerią postaci, spośród których wyróżniają się trzy grupy: Towarzysze, Studenci Zetempowcy i Bikiniarze. Kończy się Październikiem \'56 i słynnym przemówieniem Józefa Cyrankiewicza ("Każdy prowokator lub szaleniec"). Pośrodku dwa najważniejsze wydarzenia: śmierć Stalina i właśnie Festiwal Młodzieży. To pierwsze było czymś, co chętnie nazywamy "doświadczeniem pokoleniowym". Krzysztof Zanussi świetnie sportretował ten moment oczami ucznia podstawówki w autobiograficznym "Cwale". Z kolei Krzysztof Jasiński wspominał nieraz, jak w liceum wyniósł popiersie Stalina i posadził na toalecie. Skończyło się wyrzuceniem ze szkoły i odsiadką. A takich śladów, wspomnień, doświadczeń przekazanych ustnie, utrwalonych na piśmie oraz taśmach radiowych czy filmowych, jest przecież mnóstwo. Takim doznaniem wspólnotowym większego formatu był także Festiwal Młodzieży, to niespodziewane otwarcie na świat, które wymknęło się władzom spod kontroli, mimo że zaproszono głównie młodzież postępową Chusty festiwalowe projektowali m.in. Pablo Picasso, Jan Lenica i Henryk Tomaszewski. Te i inne pamiątki z imprezy cieszą się dziś dużym powodzeniem u wszelkiej maści zbieraczy, na Allegro chodzą po kilkaset, i więcej, złotych. Moda? Tak, moda na socrealizm. Temat rzeczywiście od jakiegoś czasu wisi w powietrzu, o muzycznej wersji powieści Leopolda Tyrmanda "Zły" wspominają w swoich planach, zupełnie niezależnie od siebie, Wojciech Kępczyński w Romie i Jan Prochyra w Rampie. 

Tymczasem przedstawienie Macieja Englerta wywołuje uśmiech, a nawet nostalgię. Paradoksy życia codziennego budzą zdrowy śmiech, a nie grozę. Scenariusz stawia te sprawy ostrzej, mocniej, dosadniej niż jego sceniczna realizacja. Pierwotny pomysł zawiera w sobie rodzaj oskarżenia: "zabraliście nam naszą młodość!", spektakl zaś kipi od sentymentalizmu, a nawet ociera się o gloryfikację młodości jako takiej. Różnicę widać w proporcjach humoru: u Zaleskiego jest on jedynie koniecznym kontrapunktem, ukazującym absurdalność i arbitralność zniewolenia. U Englerta stał się zasadą obowiązującą, nakazem szukania kolejnych gagów i puszczania oczek do publiczności. Zaleski oparł swój pomysł o postacie, motywy, powiedzenia z prozy Marka Nowakowskiego. Pisarz ten, twórca "realizmu peryferyjnego", umiał dostrzec i sportretować zwykłych ludzi: sprzedawczynie, studentów, ludzi na granicy prawa, złodziei i meneli. Potrafił także oddać klimat warszawskich podwórek, placów i kamienic. Dodatkowo dobrze i mądrze skonstruowany przez Jadwigę Adamowicz program daje jeszcze szersze tło literacko-kulturowe epoki, przywołując opinie i teksty m.in.: Marka Hłaski, Sławomira Mrożka, Romana Polańskiego, Agnieszki Osieckiej i Wojciecha Młynarskiego, a nawet wiersz Seweryna Polaka "Na legitymację zetempowską córki". Takie to były czasy Nie wiem, jak było naprawdę, ale chcę wierzyć, że Zaleskiemu nie chodziło o miły niedzielny wieczór w teatrze. A publiczność Współczesnego opuszcza przedstawienie w doskonałych humorach, w dodatku poruszona kiczowatą piosenką finałową. "Ten czas jest w nas" śpiewa radośnie cały zespół w kierunku widowni. Ktoś nas tu robi w konia, myślę sobie. 

Miły niedzielny wieczór, oparty na bliźniaczo podobnym pomyśle, zrealizował sześć lat temu Janusz Józefowicz, wystawiając "Ukochany kraj" w Teatrze Studio Buffo (do dzisiaj utrzymuje się w repertuarze). To bezpretensjonalna składanka hitów, uzupełniona fragmentami kronik filmowych (było przecież śmiesznie i strasznie), ułożyła się w muzyczną historię PRL-u. Zatańczona i zaśpiewana perfekcyjnie, wprawdzie w dobrze znanym, przaśno-zgranym stylu reżysera, niemniej porównanie samej strony wokalno-choreograficznej wypada dla Teatru Współczesnego miażdżąco. I choć spektakl nie schodzi poniżej granicy warsztatowej poprawności, przyzwoitości i wykonawczej uczciwości, choć aktorzy rzetelnie, pracowicie i profesjonalnie realizują swoje zadania, to przecież uderzający jest konserwatyzm środków reżyserskich i zwłaszcza scenograficznych, ledwie przyzwoitość kostiumowa, zbyt oczywiste i nieatrakcyjne oświetlenie, bardzo tradycyjne myślenie o montażu poszczególnych etiud... 

Podstawowym problemem jest przestrzeń: niewielka rozmiarowo scena Współczesnego oferuje przecież skończoną ilość aranżacji tradycyjnej sceny pudełkowej (warto zwrócić uwagę, że podobne kłopoty dotyczą pozostałych stołecznych "konserw": Ateneum i Powszechnego). Co więcej - w gruncie rzeczy zamyka aktorów, nie pozwalając im doświadczyć innych rozwiązań, innych form kontaktu z widzem. Usypia aktorską czujność wykonawców, którzy znają każdy sęk w teatralnej podłodze. Podobny mechanizm działa w przypadku scenografii. Marcin Stajewski, przecież znakomity scenograf, zna tę scenę jak własną kieszeń, zna jej ograniczenia i chwyty, za pomocą których z nimi walczyć. Najwyraźniej staje się to obciążeniem po tylu latach dekoratorskiego kombinowania w tej samej przestrzeni. Rozkład pomieszczeń (akademik męski, sala dziewcząt, warszawska kamienica, ulica, mieszkanie Przechodnia, pokój SB, rozgłośnia radiowa) jako żywo przypomina rozwiązania zastosowane w "Procesie", by sięgnąć tylko po przykład przedostatniej premiery. To nawet diabelski pomysł: gdyby te podobieństwa zostały wygrane wyraziściej, to takie nawiązanie do Kafki mogłoby nadrobić braki, o których była mowa powyżej. Bo przecież nad sceną wciąż góruje portret Józefa Stalina, który walczy o miejsce z gołąbkiem pokoju. Po twarzy ludobójcy ścieka biała struga. Nie wiadomo, czy to biała farba chlapnięta przez jakiegoś zbuntowanego studenta, czy też widomy znak ptasiej dezynwoltury.

Na uznanie zasługują świetne, nierzadko odświeżające, aranżacje Janusza Bogackiego i więcej niż przyzwoite wykonanie muzyki na żywo przez zespół pod jego kierownictwem. Ale już same piosenki rzadko wykraczają poza szkolną poprawność. Klasę mistrzowską wciąż prezentuje Stanisława Celińska, która w "Summertime" dała sobie spokój ze ściganiem innych legendarnych wykonań i po prostu zaśpiewała ten standard po swojemu. Spokojnie, bez napięcia, od niechcenia. Zrobiło wrażenie. Ale już jej rola Przechodnia, który wspomina dawne czasy, być może także samą siebie, okazała się papierowa i bez pomysłu. W tej roli, Celińskiej Sprzed Lat, można widzieć Annę Czartoryską, bowiem większość swoich pieśni wykonują one razem, na czele ze wspomnianym "Summertime" i "Bésame mucho". W pierwszym świetna jest Celińska, w drugim młoda aktorka dokonuje rzeczy niezwykłej, i muzycznie najciekawszej w całym przedstawieniu. To jedno z najprostszych, najuczciwszych i najpiękniejszych wykonań tego światowego szlagieru, jakie znam. Doprawdy, mogłyby sobie obie nie przeszkadzać nawzajem w tych numerach. Niezła Monika Węgiel w piosence Piaf, bardzo dobry Wojciech Machnicki w "Zakochanej tokarce", znakomici bikiniarze, czyli Monika Pikuła (Jadźka Tirlituda), Dariusz Dobkowski (Król pikiety), Wojciech Żołądkowicz (Bikiniarz), Sebastian Świerszcz (Małolat Tolo). Owszem, pyszny jest Damian Damięcki w roli umęczonego ubeka, wzdychającego ciężko "Jezus Maria" na wieść o nadejściu rządów Chruszczowa, ale robi to trzema dobrze znanymi minami, dwoma gestami i znanym tembrem głosu. Jak na aktora tego formatu: repetytorium z elementarnych zadań aktorskich. Wielkim znakiem zapytania okazał się Zakościelny, przed którym wreszcie postawiono ciekawsze zadania aktorskie niż tylko wyglądanie. Ale ledwie sobie z nimi radzi. Widoczne starania rozbijały się o niedostatki warsztatu - położyć taki hicior jak "Kuba wyspa jak wulkan gorąca" to samobójstwo i dla roli, i dla spektaklu. Ten młody, utalentowany aktor szybko powinien trafić w ręce nowego, dobrego reżysera, inaczej zginie! 

Wszystko to prowadzi do niezbyt krzepiącego (i niezbyt już odkrywczego) wniosku, że Teatr Współczesny coraz bardziej przestaje być współczesny. Szkoda, że tytuł scenariusza dał dyrektorowi asumpt jedynie do sentymentalnego spojrzenia w przeszłość A przecież konfrontacja czasów została wpisana w scenariusz. Nieźle pomyślana (choć banalnie zrealizowana, za pomocą teatru cieni) scena odgrzewania międzywojennych szlagierów estradowych i kabaretowych wyraźnie pokazuje, że Maciej Englert chętnie konfrontuje się z czasem minionym. Sentymentalny powrót w lata pięćdziesiąte - czasy młodości reżysera, autora scenariusza i Stanisławy Celińskiej - okazał się wehikułem zaprogramowanym tylko na tę jedną podróż. Powrót do młodości jest tu tematem, jest wyzwaniem, jest wreszcie pułapką. Wyzwaniem, bo trzeba się z nią zmierzyć. Zarówno in medias res, że się tak wyrażę, jak i z perspektywy dojrzałości, a zwłaszcza - starości. Jest pułapką, bo samo wspominanie, bez refleksji na dziś i na jutro, nie daje wielkiego pożytku. Przecież zrezygnowany Towarzysz intelektualista (Piotr Garlicki) jednoznacznie macha na te wspomnieniowe sceny ręką: to już było, to nie pasuje, trzeba czegoś nowego Przedwczesna śmierć autora scenariusza i niedoszłego reżysera tworzy symboliczną klamrę między samym faktem odejścia a tytułem spektaklu. Płynie z tego wniosek może mało oryginalny, ale bodaj rzadko uświadamiany: życie człowieka zamknięte jest w określonych ramach, na które zasadniczo nie ma on wpływu. Nie wybieramy ani momentu, ani miejsca urodzin. I nie możemy zrobić nic, jeśli śmierć zapuka do nas niespodziewanie. Banalne? Tak, ale tym bardziej oryginalna, własna, niepowtarzalna powinna być odpowiedź, jak wypełnić te z góry narzucone ramy. To już w znacznej mierze zależy od nas. W każdym razie dziś, w tym kraju, nieporównanie więcej niż pięćdziesiąt lat temu. 

Michał Mizera - doktorant Instytutu Europeistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego; przygotowuje rozprawę doktorską poświęconą idei teatru narodowego.

Michał Mizera
Teatr nr 2/02.2009
1 kwietnia 2009
Portrety
Maciej Englert

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia