Jak pokazać nic

"Nic" - reż. Krzysztof Garbaczewski - Narodowy Stary Teatr w Krakowie

„Nic" Krzysztofa Garbaczewskiego (adaptacja i reżyseria), jedna z ostatnich premier aktualnego sezonu teatralnego w krakowskim Narodowym Teatrze Starym, to widowisko złożone i trudne do oceny. Poczynając od tytułu przez otwarcie podany kontekst literacki, do którego nawiązują twórcy widowiska, budzi ono ciekawość, przyciąga uwagę i uruchamia w odbiorcach myśli głęboko uśpione i dotąd nieuświadomione refleksje.

Zdecydowanym plusem spektaklu jest budzenie zainteresowania widzów i przyciąganie ich uwagi od samego początku, a właściwie jeszcze przed jego rozpoczęciem. Pierwszym rekwizytem, który widz może nie tylko obejrzeć, ale też wziąć do ręki jest sześcian, położony na każdym siedzeniu na widowni, będący dosyć nietypowym w teatrze prezentem dla widza, ale też elementem wyraźnie nawiązującym do scenografii i tych jej fragmentów, które pozostają na scenie, organizując poszczególne plany wizualne przedstawienia od pierwszej do ostatniej jego minuty. Drugim elementem przyciągającym uwagę zbierających się na widowni widzów jest postać aktora poruszającego się w swoistym rytmie i prowadzącego dyskurs z publicznością wyłącznie gestem, a przy tym pozostającego na widowni od momentu pojawienia się pierwszego widza do końca spektaklu.

Od samego początku widać też, a sposób organizacji sceny dodatkowo to wrażenie podkreśla, że reżyser nawiązuje do teatru formy. Łączy ze sobą przekazy pozornie odległe, abstrakcyjne, jak „Czarny kwadrat na białym tle" Kazimierza Malewicza, do którego nawiązuje koncepcja scenograficzna (Robert Mleczko, Jan Strumiłło), ale też w pewnym zakresie muzyka (Jan Duszyński) z fragmentami tekstów poetyckich Leśmiana, Miłosza i Celana, filozofią Heideggera, projekcjami multimedialnymi wyświetlanymi w przestrzeni czarnego kwadratu otwartego na widownię, który zwielokrotnia pokazywane obrazy za pomocą luster, wprowadzając w dyskurs o tytułowej nicości niejednoznaczność, odmienność, pytanie o rzeczy ostateczne, ale też o minioną rzeczywistość historyczną: holocaust, obozy koncentracyjne, śmierć i to, co po człowieku pozostaje.

Obraz i tekst splatają się tu z przetworzoną muzyką instrumentalną (fortepian), ze swoistym kontrastem aktorskiej gry raz monotonnej, spokojnej, bazującej na lustrzanym odbijaniu i powtarzaniu tych samych gestów i układów choreograficznych, by za moment burzyć tę monotonię nagłą dynamiką gry, zmianą w schemacie powtarzanych elementów.

Cechą charakterystyczną tego widowiska jest nadmiar. Obejmuje on nie tylko ilość tekstów historii i kultury, do których w pełni świadomie odsyła zamysł reżysera, ale też efekt zwielokrotnienia poszerzający granice interpretacji, a jednocześnie otwierający zestawione z sobą teksty na nowe znaczenia.

Mam przy tym nieodparte wrażenie, że reżyserowi chodziło właśnie o ten efekt otwarcia na nowe, dotąd niedostrzegane lub pomijane w dyskursie o ludzkiej egzystencji i śmierci znaczenia. W prezentowanej realizacji połączył konkret znanych i uznanych tekstów kultury o różnej proweniencji z wytworami sztuki abstrakcyjnej (drzewo złożone z ludzkich ramion, lustra umieszczone z boku sceny, lustrzany czarny sześcian, na którym wyświetlane są projekcje multimedialne, zwielokrotniający pojawiające się w nim obrazy, papierowa biała rama przesuwana przez jednego z aktorów – to w kierunku widzów, to znowu w kierunku umieszczonego w głębi sceny lustrzanego sześcianu – kadrująca w odpowiedni sposób to, co dzieje się na scenie i zwracająca uwagę widzów na konkretne obrazy, które się na niej pojawiają) rozbijające dosyć zwarty przekaz językowy, oscylujący wokół zagadnień bycia, bytu, śmierci, ich rozumienia i odczuwania.

„Nic" w wersji Garbaczewskiego trwa 140 minut. Sporo jak na synonim pustki wypełniony dodatkowo licznymi, często sprzecznymi, zderzanymi ze sobą i przykuwającymi uwagę widza obrazami. Znaczna część widowiska wypełniona jest scenami zbiorowymi, w których ruchy aktorów doskonale wykreowane i zgrane tak, by robiły wrażenie ruchu jednego organizmu, niemal całkowicie niwelują sens mówienia o jednostkowości czy indywidualności tak znamiennej dla życia. Zdarzają się jednak kreacje indywidualne budzące uznanie. Na mnie największe wrażenie zrobiła Olga Belinskaia. Kreowana przez nią postać kobieca ubrana w pasiak wyraźnie nawiązuje do wydarzeń historycznych związanych z II wojną światową i obozami zagłady, a mimiczna gra aktorki, której twarz raz przypomina maskę zmarłego, raz żywą, pełną emocji twarz człowieka, wyraźnie sugeruje usytuowanie tej postaci gdzieś między światem żywych i światem cieni. Ta postać jest stałym elementem kadru, bo przemieszcza się wraz z białą ramą, zbliżając i oddalając od widzów zgodnie z rytmem poruszania się człowieka, snującego refleksję o nicości.

Spektakl jest trudny w odbiorze. Nie tylko dlatego, że jest długi i brak w nim przerwy dla widzów na złapanie oddechu i odprężenie, ale też dlatego, że sposób prezentacji przywołanych tekstów, dźwięków i form abstrakcyjnych wymaga silnego skupienia nie tylko na samym przekazie wizualnym i językowym, ale i na zrozumieniu przesunięć semantycznych i efektów przez nie wywołanych.

Jest ciekawym, przyciągającym uwagę i być może wartym podjęcia dalszych prób eksperymentem, niemniej warto byłoby przemyśleć czas jego trwania oraz ilość i jakość włączonego do niego materiału tak, by widz był w stanie nie tylko przeżyć emocjonalnie to, co dzieje się na jego oczach, ale też mógł ten przekaz w trakcie jego trwania zrozumieć.

Iwona Pięta
Dziennik Teatralny Kraków
13 czerwca 2019

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia