Jak się nie zgubić w chmurze danych

"Y" - reż. Paweł Passini - Teatr Muzyczny Capitol we Wrocławiu

Twórców "Y" porwał motyw nieograniczonych możliwości wirtualnej materii i artystyczna swoboda, z jaką mogli połączyć ze sobą poszczególne tematy i postaci - Steve'a Jobsa i Beatlesów. To świetnie, gdy artyści czerpią ze swoich wolności pełnymi garściami, ale nie mogą przy tym zapominać o widzu, którego zaproszą do oglądania efektów swojej pracy. Oglądając "Y", odniosłam wrażenie, że Paweł Passini właśnie o tej istotnej kwestii nie pamiętał, zachłystując się kipiącym od znaczeń tekstem Artura Pałygi i scenicznymi możliwościami, jakie dało mu tworzenie spektaklu w Teatrze Muzycznym Capitol.

Pretekstem do powstania spektaklu "Y" było zestawienie ze sobą postaci Steve'a Jobsa i członków zespołu The Beatles. Dwie legendy, które zawładnęły umysłami rzeszy ludzi spotkały się na Scenie Ciśnień Capitolu, aby snuć opowieść o chmurze danych, interfejsie, możliwościach najnowocześniejszych iphonów. Rzadziej opowiadają o losach Beatlesów, a szkoda, bo są to najciekawsze momenty przedstawienia. Uwiera niewykorzystany potencjał projektu - połączenie Beatlesów z Jobsem okazuje się bowiem tematem nośnym i pozwalającym na poszukiwanie nie tylko interesujących analogii, ale również na postawienie wielu aktualnych, istotnych pytań. Tymczasem Y pomyślane przez Passiniego nie stawia pytań, nie formułuje tez czy wreszcie nie wyłuszcza żadnego problemu, a jedynie ukazuje świat jako pewien system informacyjny, będący kolejną z potencjalnych nowinek technicznych Jobsa. Powtarzane bez przekonania sformułowania o swobodnym dostępie do informacji i o nieograniczonym bycie w wirtualnym świecie nie doprowadzają do żadnych konkluzji, a nawet nie wskazują kierunku, w którym za taką potencjalną konkluzją można byłoby podążać. Jeśli z natłoku niespójnych informacji prezentowanych przez artystów na scenie niczego się nie dowiadujemy, to analogia do wirtualnej chmury danych przestaje być funkcjonalna.

W spektaklu reżyserowanym przez Pawła Passiniego doszło do połączenia dwóch zjawisk, które teoretycznie powinny się wypierać - chaosu i nudy. Chaotyczna jest cała narracja. Tekst Artura Pałygi nie broni się na scenie, bo brakuje pomysłów na jego ożywienie i zaprezentowanie. Trafne staje się za to stworzenie szumu informacyjnego - jeśli taki był zamysł twórców - w formie którego przedstawiane są kolejne wiadomości z dziedziny technologii, przeplatane z rzadka faktami z biografii Lennona i jego przyjaciół z zespołu. Jest to intrygujący dramat z wieloma trafnymi spostrzeżeniami, ale sceniczna interpretacja Passiniego mocno zakłóca ich odbiór. Proroczy okazał się fragment tekstu, w którym jeden z Beatlesów wchodząc na scenę mówi: "Zostaliśmy wrzuceni w sytuację trochę, że tak powiem, z dupy". Oznaczałoby to, że dramaturg miał świadomość, że jego dzieło w zderzeniu ze sceniczną rzeczywistością będzie musiało sprawiać wrażenie silnie abstrakcyjnego, natomiast taka abstrakcja oczywiście nie jest wadą spektaklu samą w sobie. Prawdziwą wadą jest to, że jego oglądanie staje się na przemian nużące - a to ze względu na wałkowane bez końca te same tematy, wywody o chmurach danych i o mordercach, które nie zostają zwieńczone żadną konkluzją - i irytujące - gdy za chaotycznie wprowadzanymi na scenę postaciami po prostu trudno nadążyć.

Ratunek mogliby przynieść artyści Capitolu - szczególnie czwórka pań wcielających się w Beatlesów - bo ich wokalne umiejętności prezentowane w technice śpiewu a'capella to fantastyczny popis. Tyle tylko, że reżyser nie pozwala rozbłysnąć tej perle, bo niemal za każdym razem, gdy śpiewana jest piosenka, ktoś w tle - najczęściej Steve Jobs - deklamuje swoje wydumane teorie na temat interfejsu. W efekcie nie można poświęcić uwagi ani wygłaszanym oracjom, ani śpiewanym utworom - można za to po raz kolejny zadać sobie pytanie - tytułowe "why?". Wielka szkoda, bo autorskie interpretacje Łukasza Wójcika przebojów takich jak choćby "Strawberry Fields Forever" zasługują na dużą uwagę. Ze względu na to, że wokalistkom nie pozwolono, aby stały się najjaśniejszym punktem spektaklu, została nim debiutująca na deskach teatralnych Katarzyna Janiszewskiej. Studentka PWST, która w ciekawy i konsekwentny sposób wygłasza długą litanię, przywodzącą na myśl tekst Sarah Kane z "Łaknąć" lub jeśli ktoś woli - ten sam tekst jako monolog Renate Jett z "Oczyszczonych" Warlikowskiego. Na ten krótki moment, już pod koniec spektaklu, warto przeczekać serię niefortunnych zabiegów reżyserskich - ale czy warto dla jednego udanego monologu przyjść na niemal dwugodzinne przedstawienie?

Katarzyna Mikołajewska
Magazyn Internetowy Teatralia online
21 stycznia 2016

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...