Jak to minister z sekretarką swawoli

"Okno na parlament", Teatr Polski w Szczecinie

I do tego z nie swoją, tylko sekretarką opozycji, z to już gruba przesada. Ale po kolei.

Scena Teatru Polskiego przerobiona na luksusowy apartament, gdzie wstęp mają tylko nieliczni. Do tych nielicznych z całą pewnością należy minister brytyjskiego rządu, będący jednym z pupilków samego premiera. Posiada on opinię „dobrego człowieka”, z zasadami, ceniącego wartości rodzinne etc. Nie przeszkadza mu to jednak, by prawie pod okiem żony, romansować z sekretarką, która wygląda bardzo stereotypowo nosi dłuuuugie doczepiane blond włosy, ma szczupluteńką figurę, ubrana jest w kuszącą, czarną, koronkową bieliznę. Zaś jej inteligencja nie przekracza IQ szympansa. To chyba podnieca ministra najbardziej. W trakcie ich swawolnych, okraszonych erotyzmem rozmów (słynne: „Może Ci pomóc? Nie? No to Ci pomogę!”) i innych miłosnych atrakcji, rozochocony mężczyzna przez przypadek odsłania zasłonę i …..widzi trupa, wiszącego na parapecie. To niezwykle szybko studzi zapał obojga i prowokuje lawinę przezabawnych zdarzeń. 

Na szczęście minister ma swoją prawą rękę – sekretarza Piageta, który musi wykaraskać swego chlebodawcę z groteskowej sytuacji z nieboszczykiem w tle, zwłaszcza, że minister powinien w tym momencie być na bardzo ważnym posiedzeniu rządu. Oboje ustalili (Piaget z większymi obiekcjami, ponieważ musiał wracać „do domu, do mamusi”), że sekretarz wynajmie pokój obok ministerialnej garsoniery, tam w podobnej pozycji ułożą martwego mężczyznę, panna sekretarka wyjściem ewakuacyjnym opuści hotel, nieszczęśnika odnajdzie Piaget, formalnie niezamieszany w aferę i tak oto podejrzenia jakiegokolwiek romansu nie spłyną na przebiegłego ministra. Niestety, w życiu nie ma tak prosto… 

Do akcji wkracza właściciel hotelu, zaniepokojony nowinami, jakoby jakiś włamywacz miał się wkradać do prywatnego apartamentu dostojnika, Piaget musi zarezerwować pokój obok wraz z ….kochanką ministra, niestety jest on przez całą sztukę poszukiwany przez potwornie zazdrosnego męża kobiety, któremu minister wmawia, że to właśnie Piaget przyprawia mu rogi. Gdy do gry dochodzi Pamela - żona ministra, pragnąca swoim przyjazdem zrobić mu niespodziankę, sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej, albowiem minister wmawia jej, że jego kochanica to tak naprawdę żona sekretarza…. 

Ale przekomicznie zaczyna być wtedy, gdy nieboszczyk okazuje się być jak najbardziej żyw! Wówczas z niemałym trudem udaje mu się przypomnieć, że jest prywatnym detektywem, którego wynajął przewidujący mąż sekretarki, chciał wejść oknem, by złapać parę na gorącym uczynku, ale okazało się to niemożliwe, bowiem to wejście było felerne - okno spadało na wchodzącego lub wychodzącego nim delikwenta, powodując utratę przytomności. Przypominając sobie wszystko, detektyw dowiaduje się od ministra, że jest jego bratem Piaget to jego lekarz, kochanka to pani Piagetowa, mąż kochanki to zazdrosny spekulant etc. Uf!

Na uwagę zasługuje postać kelnera – drugoplanowej, ale bardzo ważnej w odbiorze całej sztuki postaci. Jest on „zawsze pod ręką”, służy radą i pomocą (a to wózek inwalidzki sprowadzi, a to pannę młodą w ślubnym uniformie), za co oczywiście każe sobie sowicie płacić, o czym z przekąsem informuje minister: „Ty jesteś już najbogatszą osobą w tym hotelu”. 

Prawdziwy galimatias! Piszę z premedytacją bardzo lekko o „Oknie na parlament”, ponieważ inaczej się nie da. Nie da się podejść inaczej niż z sympatią do wszystkich bohaterów; współczujemy zdradzanemu mężowi, ale nasze współczucie wywołane jest poprzednimi farsami niewiernej żony i jej permanentną głupotą, nie potrafimy smucić się nad losem pseudo martwego detektywa, gdyż same postaci traktują ewentualne zwłoki bardzo po macoszemu (trup w szafie, trup „udający” pijanego brata Piageta czy niepełnosprawny trup na wózku inwalidzkim). 

Tytułowe okno to bardzo przydatny element niezbędny w każdym pomieszczeniu, gdzie pragnie się coś ukryć. Funkcje okna bohaterowie odkryli z czasem. Zastanawiające jest to, że każdy z nich nie wiedział jak ono działa, ale wszyscy wykorzystali je w tym samym celu - żeby „zamknąć komuś usta”, kogoś na chwilę ogłuszyć, by pozbyć się obciążających dowodów, zastanowić się nad odpowiedzią na niewygodne pytanie. Myślę, że „Okno na parlament” to nie tylko zlepek słów, które pasowały autorowi do koncepcji spektaklu. Jest to symboliczny przekaz jak często jesteśmy zdolni ukryć nasze niedoskonałości, przywary i wady, a spadające z hukiem okno to przysłowiowe przymknięcie oka na to, co dzieje się wokół.

Jest to jedno z lepszych przedstawień, jakie ostatnimi czasami miałam okazję oglądać. To nieskomplikowana komedia sytuacyjnych pomyłek – tak lekka, a zarazem niebanalna w swej formie i treści. Kiedy powiedziałam moim znajomym, że wybieram się na tę sztukę usłyszałam w odpowiedzi od jednej studentki: „Moja pani doktor zawsze chadza na „Okno…” żeby poprawić sobie humor”. Wychodząc uśmiechnięta z teatru przypomniałam sobie te słowa i bardzo chętnie się z nimi zgodziłam.

Małgorzata Maciejewska
Dziennik Teatralny Szczecin
19 lutego 2009

Książka tygodnia

Aktorki. Odkrycia
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak
Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia