Jak umierała Wanda R.

"Ostatnie 300 metrów" - reż. Bartosz Kulas - Teatr Bagatela w Krakowie

W języku polskim słowa „zaginęła/ zaginął" są jednymi z najbardziej tajemniczych. Jeśli ktoś „zaginie", to oznacza, że stało się z nim coś niewyjaśnionego. Szczególnie, jeżeli (nawet po długich poszukiwaniach) nie odnaleziono ciała. W szczególny sposób odnosi się to do himalaistów. W górach wysokich z człowiekiem, który „zaginął" mogło zdarzyć się wszystko. Może zamarznąć, spaść, wpaść do szczeliny, może go zabrać lawina... Monodram „Ostatnie 300 metrów" w reż. Bartosza Kulasa próbuje odpowiedzieć na pytanie, co działo się z Wandą Rutkiewicz w ostatnich chwilach jej życia.

Zaczynamy słyszeć ogłuszający świst wiatru. Równocześnie na ekranie, umieszczonym na horyzoncie sceny, widzimy zamieć śnieżną. W tę zamieć wkracza na scenę realna postać, ubrana w charakterystyczny kombinezon himalaistów. Głowę ma schyloną, jakby chroniła się przed wiatrem. Jej cień odcinający się na tle śnieżycy to piękny obraz. Po chwili postać zaczyna mówić. Słyszymy kobiecy głos – to Lidia Olszak jako Wanda Rutkiewicz, walcząca z żywiołem w ostatnich minutach życia.

Śnieżyca cichnie, a bohaterka prostuje się, ściąga rękawiczki, gogle i zrzuca kaptur. Teraz widzimy jej twarz: pewny siebie wyraz twarzy kobiety skoncentrowanej na celu. Wchodzi na mały, czarny podest, w którym ukryta jest bieżnia – i zaczyna iść. Będzie już tak do końca, przez godzinę, nieustannie iść po pustej, surowej przestrzeni. Jest ubrana w pełny strój wspinacza wysokogórskiego: gruby kombinezon, wielkie, ocieplane buty. Na piersiach przewiązaną ma linę, przy boku czekan. Kombinezon jest żółty, obuwie niebieskie. Pod szyją ma zawiązaną białą chustkę. Przez cały spektakl zdejmie tylko czapkę. Po godzinie pot będzie lał się z niej ciurkiem, a obraz już po kilkunastu minutach stanie się nieznośny.

W monologu słyszymy, że prześladują ją wspomnienia: odtwarza strzępy rozmów, myśli o najmocniejszych i najważniejszych rzeczach, które spotkały ją w życiu. Dużo mówi o towarzyszących jej emocjach na różnych etapach życia. Śnieżna zamieć na ekranie zamienia się w szare okręgi na białym tle: iluzja podążania w głąb białego tunelu, który zdaje się nie mieć końca. Cały tekst wypowiadany jest płaczliwym głosem człowieka, który niemal doszedł do granicy swojej rozpaczy. Samotny dramat jednak niedługo się skończy.

Kilka miesięcy temu miałam okazję oglądać monodram „Wanda" w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Wyreżyserowały go Maria Sadowska wraz z Joanną Grabowiecką, a odtwórczynią roli Wandy była Anita Jancia-Prokopowicz. Ta realizacja to teatralny majstersztyk, zarówno pod względem formy, jak i treści. W godzinie zamknięta była złożoność osobowości tej wspaniałej i ważnej postaci. Realizacja Teatru Bagatela jest gdzieś na drugim biegunie.

Nawet, jeśli Wojtek Kurtyka określił himalaizm jako „sztukę cierpienia", to Bartosz Kulas w „Ostatnich 300 metrach" zostawił samo cierpienie. Brak tu radości, a większość myśli jest depresyjna. Przez godzinę nic się nie zmienia, a tylko ostatni fragment tekstu jest ciekawy, metaforyczny, wnosi fragment duszy. Cały monodram jest męczący, nieznośny. Chcemy, żeby bohaterka mogła choć na chwilę przystanąć. Na jej twarzy widać wielki wysiłek, niemal podążanie wbrew sobie. Tekstu przestajemy słuchać, na aktorkę nie chcemy patrzeć. To jest wyzwanie ponad siły. Zarówno dla widza, jak i dla aktora.

Joanna Marcinkowska
Dziennik Teatralny Kraków
19 września 2018
Portrety
Bartosz Kulas

Książka tygodnia

Teatr lalek w dawnej Polsce
Fundacja Akademii Teatralnej i Akademia Teatralna
Marek Waszkiel

Trailer tygodnia