Jak wyzwolony reżyser zamordował Wyspiańskiego

"Wyzwolenie" - reż. Krzysztof Garbaczewski - Teatr Studio w Warszawie

Po premierze w warszawskim Studio zastanawiam się, co złego uczynił reżyserom Stanisław Wyspiański, że tak bezkarnie nim pomiatają.

Najpierw było bydgoskie "Wesele" Marcina Libera, gdzie w rymy wieszcza "wtrącał się" Paweł Sztarbowski, potem "Klątwa" w warszawskim Teatrze Powszechnym, gdzie z samego tekstu Wyspiańskiego Oliver Frljić pozostawił niewiele, a teraz mamy "Wyzwolenie". Pod reżyserią podpisał się Krzysztof Garbaczewski, twórca modny.

Gdybym po tym spektaklu miał oceniać jego artystyczny geniusz, uznałbym, że przyznana mu Nagroda im. Leona Schillera jest raczej żartem. Na szczęście jest autorem takich spektakli jak "Opętani" czy "Życie seksualne dzikich". Potraktujmy więc "Wyzwolenie" jako wypadek przy pracy. Inaczej mówiąc - pudło.

To ostatnie określenie ma w tym spektaklu wymiar całkiem materialny. A powiedzieć, że Krzysztof Garbaczewski potraktował Wyspiańskiego nonszalancko, byłoby niepotrzebnym eufemizmem. To "Wyzwolenie" nie ma żadnej dramaturgii, a najbardziej dominującym uczuciem jest żenada.

Wyspiańskiego cytuje się tu strumieniami, tyle że nie przeradzają się one w rwące potoki czy orzeźwiające źródła. Woda tu raczej mętna. Pierwszy słowociąg płynie z głośnika, reflektor punktowy oświetla scenę, gdzie w tyle stoi grupa aktorów. To oni w strojach Indian amerykańskich i robotników tworzą konstrukcje wyimaginowanego państwa San Escobar. Po chwili cała scena zabudowana jest ścianą kartonowych pudeł.

Rzezi na Wyspiańskim dokonuje Anna Paruszyńska, w zamierzeniu reżysera Konrad-dziewczyna. Bez zrozumienia, monotonnie recytuje monologi Konrada z Maskami i inne fragmenty utworu. Monolog trwa godzinę, która staje się wiecznością. Ładunek emocjonalny, przesłanie artysty wędruje do kosza, a raczej tym razem do pudła. Paruszyńska klepie słowa wieszcza, stojąc na proscenium ze słuchawkami podpiętymi do laptopa. Prawdopodobnie powtarza mechanicznie to, co słyszy w słuchawkach.

Trudno więc bardziej ośmieszyć aktora, niż to zrobił reżyser. Gdy mówi o wyzwoleniu jako odrodzeniu, w oknie kartonowej ściany zaczyna się teatrzyk kukiełkowy dla dzieci z warzywami w rolach głównych. Jest też minikabaret współczesny oraz totalna demolka. I znów głośnik sączy mechanicznym głosem strofy Wyspiańskiego.

A widz powtarza za Konradem: "O, Boże, pokutę przebyłem", ukradkiem zerkając na zegarek.

Jan Bończa-Szabłowski
Rzeczpospolita
29 marca 2017

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia