Jaka była tegoroczna Feta?

20. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta


Jaka była tegoroczna Feta?

XX Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych Feta w Gdańsku. Pisze Łukasz Rudziński w portalu trojmiasto.pl.

«Tradycji stało się zadość - na Fecie, jak co roku, padało. Tym razem rozmiary czwartkowej ulewy przeszły jednak wszelkie oczekiwania. Potem była dobra pogoda, tłumy na bastionach i Starym Przedmieściu oraz poznawanie dzięki spektaklom nowych terenów festiwalu na Dolnym Mieście. Co zapamiętamy z 20. Festiwalu Feta?

Ulewa miesza szyki, ale przegrywa z teatrem

To była największa nawałnica w historii Fety. Co roku impreza miewa jakiś deszczowy akcent, który czasem komplikuje życie organizatorom i artystom zaproszonym na festiwal. Jednak nigdy jeszcze Feta nie przeżyła takiego deszczu, jak ten, który doprowadził do paraliżu Trójmiasta w czwartkowy wieczór i praktycznie cały następny dzień. Odwołano czwartkowe spektakle grupy Cie Abozeta, która nielicznej, zmokniętej publiczności dała zamiast nich 45-minutowy koncert pod namiotem w Centrum Festiwalowym, przerwany tylko na chwilę przez oficjalną inaugurację festiwalu i rozstrzygnięcie Konkursu Foto Feta. Pogodzie nie sprostał też obchodzący na festiwalu jubileusz 30-lecia Teatr Snów, który nie mógł ostatecznie pokazać widzom 20. Fety swojego "Remusa".

Pomimo ulewy dla kilkudziesięciu widzów przedstawienie "Carmen Funebre" zagrał za to w ulewnym deszczu teatr Biuro Podróży z Poznania. Tę szaloną, ale odważną decyzję (uzależnioną od elektryka zespołu, który zgodził się podłączyć prąd) podjął szef teatru Paweł Szkotak, wiedząc, że spektaklu nie można przenieść na inny termin, bo Biuro Podróży w weekend grało już w zupełnie innym miejscu. Od deszczu się zaczęło i na deszczu się skończyło - w niedzielę przed godziną 22, akurat w czasie ostatniego spektaklu Fety - "Syndromu sztokholmskiego", ponownie deszcz zmoczył publiczność Fety. Tym razem jednak były to niewielkie i przelotne opady, dzięki czemu las parasoli ograniczał widzom widoczność tylko przez część spektaklu.

Artyści z charyzmą i szalone spektakle

Feta ma tak skonstruowany program, by każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Kilka teatrów przyjechało tu z produkcjami, które zachwyciły publiczność w ostatnich latach i na które widzowie chętnie wybrali się ponownie. Nieustająco zachwyca Holender Bram Graafland w swoim kuchennym show "De Gillende Keukenprins". W inny wymiar (i to dosłownie, bo na ścianę) teatr przeniósł włoski eVenti Verticali ze swoją komedią kryminalną "Wanted". Za pomocą video mappingu, projekcji wideo i koordynacji ewolucji dwóch akrobatów powstał niezapomniany wizualnie spektakl z pogranicza filmu i teatru. I chociaż stary jak świat wątek policjantów i złodziei tu gdzieś się po drodze gubi, to wrażenia, jakie dają dwaj akrobaci zawieszeni kilkanaście metrów nad ziemią i chodzący po ścianie w "poziomie" (patrząc z perspektywy widza), są wyjątkowe.

Oczywiście największą furorę zrobili punkowi, przezabawni Szwedzi z Burnt Out Punks. Ich widowisko "Syndrom sztokholmski" ma wprawdzie fabułę, która jest tylko pretekstem do pokazania kolejnych ewolucji, czy sztuczek z pogranicza cyrku, fireshow i kabaretu. Jeśli chodzi jednak o umiejętność prowadzenia show i rozpalenia widowni, Burnt Out Punksi nie mają sobie równych. Żonglerka płonącymi piłami mechanicznymi w numerze "Frytki", imponujące układy z wykorzystaniem ognia i fajerwerków (zainstalowanych m.in. na kurtce i pilotce jednego z akrobatów) czy wybuchowy finał spektaklu na pewno na długo pozostaną w pamięci widzów.

Podobnie jest z najbardziej zwariowanym spektaklem tegorocznej Fety. Ulicą Łąkową i przez okoliczne podwórka przeszedł szalony kondukt żałobny z prawdziwą trumną. "Pogrzeb mamy" Francuzów z Cie Cacahute pomimo smutnego przecież wydźwięku, bawił do łez. Tak było podczas nieudanej próby samobójczej zrozpaczonego syna (położył się na drodze, ale przejeżdżający motocykl ominął go), czy podczas szukania alternatywy dla niesienia trumny. Z pobliskiej Biedronki "wypożyczono" w tym celu wózki spożywcze, które później zamieniono na jeden ze śmietników z pobliskiego podwórka. I choć żarty dosłownie ocierające się o humor fekalny momentami były bardzo mało wybredne, robiły wrażenie na tłumie widzów towarzyszącym spektaklowi.

Frekwencja i klimat imprezy

Po pierwszym dniu, gdy z powodu deszczu w Fecie uczestniczyła garstka widzów, pojawiły się obawy, że tegoroczna Feta może mieć skromniejszą niż dotąd frekwencję. Nic z tych rzeczy. Już w piątek popisy artystów śledziło mnóstwo osób, których liczba w sobotę urosła do kilkunastu tysięcy (około 5 tysięcy śledziło ostatni nocny sobotni spektakl w wykonaniu Burnt Out Punks). W niedzielę widzów było już może nieco mniej, jednak wszystkim udzielał się niepowtarzalny urok bastionów, Starego Przedmieścia i Dolnego Miasta, które jako niezwykły zakątek Gdańska sąsiadujący z Głównym Miastem, doskonale pasują do Festiwalu Feta. Impreza dzięki powrotowi w tę lokalizację odzyskała charakter prawdziwego teatralnego święta, czego nieco jej brakowało na terenach Centrum Hewelianum i szczególnie na Placu Zebrań Ludowych.

Dwie dzielnice, dwa serca festiwalu

Pomysł, by Feta bardziej zaistniała w przestrzeni Dolnego Miasta, to konsekwencja wielkości festiwalu. Tak duża impreza musi odbywać się w kilku miejscach jednocześnie, najlepiej znajdujących się od siebie w pewnej odległości. W tym roku jednak nowe "płuco" imprezy, czyli Dolne Miasto, wyglądało jak ubogi krewny sprawdzonego już w poprzednich latach Starego Przedmieścia. Wystarczyło porównać ruch w centrach festiwalowych na Placu Wałowym i placu przy ul. Fundacyjnej by zauważyć, gdzie tak naprawdę toczyło się życie festiwalowe. Piękna architektura i niepowtarzalny klimat Dolnego Miasta to świetne uzupełnienie festiwalu.

Minusem otwarcia imprezy na drugą dzielnicę są coraz większe odległości między poszczególnymi spektaklami, które szczególnie dla starszych widzów mogą okazać się sporym wyzwaniem. Nieprzypadkowo też wielu widzów wybrało rower jako swój środek lokomocji. Największym zyskiem obok niewątpliwych walorów architektonicznych - jest ogromna przestrzeń na Reducie Wyskok, mogąca pomieścić kilka tysięcy ludzi.

Co do poprawki?

Zabrakło na imprezie nowości. Oczywiście to świadoma decyzja organizatorów, by pokazywać właściwie tylko to, co już było, jednak skupiono się na ostatnich pięciu latach, czyli przedstawieniach stałym bywalcom Fety dobrze znanych i przez nich pamiętanych. Przez to właściwie nie było niespodzianek - spektakle oglądane ponownie nie robią przecież takiego wrażenia jak za pierwszym razem. Bez żalu i z uczuciem ulgi pożegnamy ten model festiwalu.

Rozczarowaniem okazał się spektakl formacji antagon theaterAKTion "Ginkgo" [na zdjęciu], który był o wiele za spokojny, statyczny i przez to za długi jak na ostatni nocny spektakl dnia. Piękne wizualnie obrazy (jak wtedy, gdy z kokonu wykluwa się "ludzka" larwa lub finał z piękną konstrukcją z aktorów podczas triumfu natury nad ludzkim zniszczeniem i destrukcją) poprzedzane były niepotrzebnie przedłużanymi scenami. Rozczarowali też Francuzi z Cie Kumulus - w ubiegłym roku prezentujący atrakcyjnych wizualnie i przez wydźwięk polityczny "Squames" - istoty człekokształtne trzymane w klatkach, w tym roku efektowna charakteryzacja i kostiumy okazały się jedynym mocnym punktem spektaklu "Silence Encombrant".

Co dalej z Fetą?

Powrót na Stare Przedmieście, dużo mocniejsza niż dotąd obecność na Dolnym Mieście okazały się bardzo dobrym pomysłem. Dobrze więc, że będzie on kontynuowany. Jak zapowiedział dyrektor festiwalu Szymon Wróblewski podczas finału Fety, spotkamy się w tym samym miejscu za rok.»
"Jaka była tegoroczna Feta? Podsumowanie festiwalu"
Łukasz Rudziński
www.trojmiasto.pl

Łukasz Rudziński
trojmiasto.pl
18 lipca 2016

Książka tygodnia

Historia męskości
Wydawnictwo słowo/obraz terytoria Sp. z o.o.
Praca zbiorowa

Trailer tygodnia