Jakiś Czechow jakiemuś Tołstojowi coś tam powiedział

"Czechow..."-Scena Polska Teatr Cieszyński

Częstokroć narzekamy na to, że teatry, miast wystawiać sztuki współczesnych autorów, nieustannie sięgają po wymiętoszoną już na wszystkie strony klasykę - ile już Hamletów widzieliśmy? Ileż to już razy Romeo cierpiał miłość do swej małoletniej Julii? O, przepraszam - oto pani Małgorzata Siuda gościnnie udzielająca się na Scenie Polskiej czesko-cieszyńskiego teatru, sięga po autora współczesnego. Ba! Żywego jeszcze.

Miro Gavran to pisarz bałkański o zaiste imponującym dossier – uznany za najwybitniejszego współczesnego pisarza chorwackiego, w 1999 roku za najlepszego dramatopisarza Europy Środkowej i nagrodzony międzynarodową nagrodą "Central European Time" przyznawaną przez międzynarodowe jury w Budapeszcie. I zdobywca prestiżowej EUROPIAN CIRCLE AWARD w dziedzinie kultury. Ot, gwiazda.  

Także temat sztuki "Czechow Tołstojowi powiedział żegnam" niezwykle intrygujący - oto konfrontacja dwóch wielkich osobowości: jeden u końca swej drogi, syty, doceniony, utwierdzony przez naród w swym geniuszu, a zarazem wypalony, zgorzkniały, tęskniący za dawną literacką werwą; i drugi, nie mniej utalentowany, ale jeszcze niesyty, niedoceniony, wciąż oczekujący w poczekalni swej sławy, pełen twórczej mocy, natchnień i uniesień, które już dawno przebrzmiały w umyśle tego pierwszego. Zderzenie dwóch geniuszy literatury – będzie wielka burza pełna grzmotów, wichrów i piorunów. 

A tu mały deszczyk, kapuśniaczek ledwie - widz spodziewający się smakowitych dialogów, błyskotliwych ripost godnych dwóch arcymistrzów słowa zostaje okrutnie rozczarowany. Postaci są, co prawda, ostro i dosadnie zarysowane – arogancki i cyniczny Tołstoj z jednej oraz skromniutki i wręcz do obrzydzenia szlachetny Czechow ze strony drugiej stanowią kontrast ładny i jaskrawy, lecz to, co najważniejsze - kwestie przez nich wypowiadane - są jakieś takie... zwyczajne, mdłe, by nie powiedzieć: nudne. I chyba dlatego sztuka w swej większej części ciągnie się niemiłosiernie - coś tam się mówi, o czymś się rozmawia, o coś tam niby chodzi, a widownia wierci się na krzesłach i pokasłuje. Wygląda to niestety tak, jakby głosy pod artystów słowa podkładał pozbawiony polotu rzemieślnik. 

A to dlatego, że nie idzie tutaj o to, by oddać sprawiedliwość złożonym charakterom wielkich pisarzy, lecz by nadać pozór wyższego literackiego smaczku tej jakże schematycznej i sztampowej farsie. Już sama konstrukcja sztuki jest stricte farsowa - autor prowadzi dwa symetryczne wątki które, przenikając się i krzyżując, odbijać się mają w sobie jak w krzywym zwierciadle, co ma być źródłem komizmu. Niestety owo źródełko nieco rachityczne, przez większą część sztuki leniwie ciurka, by dopiero w scenie finałowej -  na ostatniej wspólnej kolacji - wybuchnąć perlistym strumieniem, dając zmęczonej widowni odrobinę zabawy. Lecz, nawet rozpatrując to w kategoriach czystej rozrywki, nie można było powiedzieć by ubaw był po pachy. 

I nawet tak fascynujący kontekst dzieła jak Rosja, szaleńcza dusza rosyjska z jej niepochamowaną emocjonalnością, z jej szaleńczym popadaniem od skrajności w skrajność, nie został tu nawet odrobinę wykorzystany. W zasadzie, gdyby akcję przenieść do Anglii czy Francji, głównych bohaterów nazywając Wildem czy Proustem nie zrobiłoby to żadnej różnicy.  

Co do samego wykonania sztuki, to rzec trzeba niestety, że interpretacja dopasowała się poziomem do swego przedmiotu, czyli jest nijako. Kreacje poprawne choć bez fajerwerków i w zasadzie trudno kogokolwiek z aktorów zdecydowanie wyróżnić czy skarcić. Może Anna Konieczna w kolejnej roli ukazuje swą niezwykłą zdolność przepoczwarzania się w najróżniejsze postaci, może Lidia Chrzanówna w roli żony Tołstoja bywa pociągająco cyniczna i zblazowana, jednakże nikt tu wybitną kreacją nie porywa. Ale bądźmy szczery - tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Scenografia równie skromna i nijaka, tak umowna, że nie zasłania nawet elementów technicznych sceny - reflektorów, platform, mostów oświetleniowych i innego teatralnego żelastwa, co choć pewnikiem było świadomym zabiegiem, sprawia wrażenie szkolnej amatorszczyzny. 

Niestety, choć z sympatią śledzę dokonania Sceny Polskiej w Czeskim Cieszynie, stwierdzić muszę, że tym razem się po prostu nie udało. Począwszy od nietrafnego doboru tematu, poprzez brak polotu w interpretacji, aż po całkowicie bezbarwną reżyserię dostajemy ostatecznie potrawę jałową i pozbawioną smaku. Nawet obligatoryjna porcja braw jakby cichsza niż zwykle.

Michał Raszka
Dziennik Teatralny Katowice
24 września 2009

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

Film balkonowy
Paweł Łoziński
Czy każdy może być bohaterem filmu? C...