Jakub Szela jest już w Jankach

"W imię Jakuba S." - reż: Monika Strzępka - Teatr Dramatyczny w Warszawie

Jakub Szela zapisał się w historii jako zdrajca polskości, opłacany przez zaborcę rzeźnik i bratobójca. Sztuka duetu Strzępka/Demirski nie jest jednak opowieścią o owianym złą legendą przywódcy rabacji galicyjskich z XIX w. Historia Szeli staje się jedynie punktem wyjścia do rozważań o współczesnym społeczeństwie, które tkwi w gruncie rzeczy w tych samych relacjach mimo mijających lat i zmieniających się ustrojów. Nie ma różnicy czy scenografia oznacza upiorną XIX-wieczną zimę na piszczącej od nędzy wsi galicyjskiej, czy też piaski egipskiego kurortu, gdzie wakacje spędzają dzisiejsi, przepracowani i wypierający się własnej tożsamości potomkowie chłopów.

Tylko 10% Polaków należało do stanu szlacheckiego, ale grupa ta radykalnie zawłaszczyła naszą kulturę i tradycję. Potomkowie chłopów są na lekcjach ojczystego języka zmuszani do recytowania fragmentu inwokacji do Pana Tadeusza, eposu narodowego. Ale czy to ich naród? Większość współczesnych świąt i wartości nie odwołuje się do historii przodków zdecydowanej większości obywateli, lecz stanowi raczej reprodukcję niegdysiejszych stosunków pańszczyźnianych. Mało kto pamięta o dacie 1864 r., oznaczającej zniesienie pańszczyzny w największym z zaborów (rosyjskim), co oznaczało de facto zdelegalizowanie niewolnictwa większości Polaków. Każde dziecko, będące przeważnie potomkiem niegdysiejszego chłopstwa, będzie natomiast umiało obudzone w nocy wyrecytować datę bitwy pod Grunwaldem, w której wbrew powszechnej wiedzy nasi przodkowie walczyli po obu stronach. Zresztą niekoniecznie nasi, bo byli tylko owych 10%. Do panteonu narodowych i dyskutowanych przez wszystkich świąt przechodzą wydarzenia odseparowane od tradycji ludu, jak popularny w ostatnim czasie 11 listopada. Święta narodowe nie są naszymi świętami, a jedynie datami upamiętniającymi hegemonię mniejszościowej grupy.

Dramat Demirskiego przenikliwie ukazuje analogie pomiędzy epoką pańszczyzny a współczesną Polską. Ci sami aktorzy, którzy w jednej ze scen odgrywają role młodych chłopów w chwilę później staną się współczesnym, młodym małżeństwem. Klientami banku, który podsuwa im lichwiarski kredyt hipoteczny, zniewalający niczym niegdysiejszy dziedzic. Tymczasem szykujący się do patetycznego, narodowego (tj. szlacheckiego) powstania arystokraci ze zdumieniem spoglądają na rozwścieczonych chłopów. Dziwią się, nieracjonalnemu zachowaniu ludzi, którzy przestają chcieć pracować za darmo dla swoich panów. Jedynie malarz, który z karocy widział "na jedno oko" biedę galicyjskiej wsi uznaje, że widoczne za oknem dworku ubóstwo wspaniale nadaje się na nowy obraz. To wyżyny refleksji do jakiej zdolni są przedstawiciele warstwy uprzywilejowanych. Poirytowany żądaniami Szeli szlachcic stwierdzi, że to się jemu nie podoba, ale najlepszym pomysłem na zdrową gospodarkę jest pańszczyzna i szubienica. On nie jest z tego dumny, ale tak przecież piszą podręczniki ekonomii. Ma je jeszcze po dziadkach. To naukowe twierdzenia, a jak można dyskutować z obiektywnymi kryteriami?

"W imię Jakuba S." pokazuje jak podobna to sytuacjach do współczesności, gdzie władza odpowiedzialnością finansową za kryzys wywołany przez bankierów obarcza najuboższych. Tak jak niegdysiejsza szlachta, tak i obecni włodarze tłumaczą się językiem dawnych sekretarzy KC, objaśniających, że obecne problemy to jedynie przejściowe trudności. Tak musi być, to potwierdzony naukowo, bezalternatywny system. Oporni powinni go zaakceptować, chociaż sami panowie ani myślą się do niego dostosować.

Szela nie odniesie sukcesu na dłuższą metę, a jego dorobek zostanie odrzucony przez własnych potomków. Wstydzą się oni tej tożsamości, powiązanego z rodzimą wsią obciachu. Obwinią starca za osobiste frustracje: przepracowanie, niskie pensje, brak perspektyw. Zgorzkniały, topiący rozczarowanie w alkoholu ojciec będzie przez nich traktowany jako wróg. Pokornie przyjmą narrację dawnych ciemiężycieli, krytykując rewolucję jako bezsensowną rzeź, która prowadzi jedynie do chaosu. Postawę przodka zredukują do pełnego zabobonów prowincjonalnego konserwatyzmu, wyrazu głupiego, klerykalnego oporu wobec odnoszącej sukcesy modernizacji. Zupełnie zignorują uwagi, że przecież nie o to chodziło, a zbuntowani chłopi zwalczali także kler. Czy nie tak zachowuje się dzisiejsza lewica, która walczy o kwestie światopoglądowe, wstydząc się pracowniczego dziedzictwa? Akceptuje szokową terapię jako dziejową konieczność i zrzuca winę za niepowodzenia na wykluczonych, którzy niezbyt wystarczająco dostosowali się do nieustających transformacji. Demirski nie unika bolesnych tematów współczesności: fatalnej sytuacji mieszkaniowej, dotykającej zwłaszcza młodego pokolenia, dla którego elastyczne stosunki pracy okazały się przekleństwem zamiast wyzwolenia. Również reprywatyzacji, która tysiącom osób grozi eksmisją na bruk.

Przedstawienie imponuje tym w jak odważny i bezpośredni sposób atakuje akceptowane powszechnie świętości, tak odległe od rzeczywistej wolności i obce naszemu pochodzeniu. Bohaterowie sztuki wprost atakują kapitalizm i zwracają uwagę na społeczną niesprawiedliwość, objaśnianą masom jako konieczność, z którą należy się pogodzić, unikając rewolucji zdolnych jedynie do burzenia. Jednak nie tylko odważne przesłanie jest atutem tej inscenizacji. Znakomity, pełen czarnego humoru tekst, to przykład tego w jak porywający sposób można sprzedać szerokiej publiczności hasła jeszcze nie tak dawno pogardliwie spychane na margines apolitycznej sztuki. Doskonała jest też gra aktorów. Po raz pierwszy od dawna miałem okazję oglądać obsadę, w której absolutnie nikt nie budził zastrzeżeń. Znakomite, pierwsze skrzypce grają niewątpliwie Krzysztof Dracz (Szela) oraz Sławomir Grzymkowski (Howard Wagner ze Śmierci Komiwojażera Arthura Millera, jako galicyjski szlachcic i współczesny biznesmen zarazem). Ale to jedynie fakt, iż między ich postaciami rozgrywa się główna oś sporu uwypukla ich role. Trudno mieć zastrzeżenia do pozostałych członków dość młodej obsady. Rzadko kiedy trafia się na tak dojrzałe i dopracowane kreacje aktorów młodego pokolenia. Fantastycznie wypada monolog Dobromira Dymeckiego jako niechcianego, zbłąkanego wędrowca, który żali się w cudzą jak zwykle Wigilię, że żadne, choćby i najbardziej osobiste święto nie jest jego własnym. Opisanie wszystkich godnych polecenia scen najpewniej zepsułoby zupełnie przyjemność z odbioru spektaklu.

Tytułowy Szela parę razy upadnie przygnieciony kolejnymi restauracjami dawnych stosunków społecznych, jak i niechęcią potomków, wylewających za niego pomyje za wszystko, co usiłował zwalczyć. Jednak fakt, że tę walkę kilka razy już przegrywał bynajmniej nie świadczy o tym, jakoby pokornie powinniśmy znosić nasz los, na złamanie karku pędząc ku realizacji marzeń pochodzących z katalogu cudzych życzeń. Chociaż panowie szlachta znowu tryumfalnie objaśniają nam ze swoich szczytów jak zbawienne dla współczesnej gospodarki są wysokie PKB i ich dobrobyt zbudowany naszą pracą, to jednak warto jeszcze raz podjąć tę walkę, która w końcu się powiedzie. Jakub Szela jest już w Jankach - czytamy na koniec. Już zmierza do Warszawy, gdzie przy wiecznie zakorkowanej wylotówce ze stolicy potomkowie chłopów tłoczą się w monstrualnym kompleksie handlowym, mozolnie, kupując wyposażenie swoich zadłużonych domów, po raz kolejny zaczynając wszystko od nowa.

Bilety na lutowe spektakle w Warszawie rozeszły się na pniu, a publiczność Teatru Dramatycznego uhonorowała aktorów owacją na stojąco. Zasłużenie!

Łukasz Drozda
Lewica.pl
10 lutego 2012

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia