Jego pierwsza śmierć z miłości

"Moja pierwsza śmierć w Wenecji" - reż. Tomasz Cyz - Teatr Dramatyczny m.st. Warszawy

Idąc do Teatru Dramatycznego na „Moją pierwszą śmierć w Wenecji" w reżyserii Tomasza Czyza, miałam w głowie oczywiście genialne opowiadanie Tomasza Manna, ale również jego przepyszną adaptację filmową zrealizowaną przez Luchino Viscontiego. Jak się okazało – słusznie, ponieważ dramat Justyny Bargielskiej jest w „Śmierci w Wenecji" silnie zakorzeniony, - i niesłusznie, ponieważ spektakl Czyza zaczyna się dokładnie w tym momencie, w którym opowiadanie Manna się kończy: główny bohater patrzy tęsknie na Wenecję (oczyma duszy oczywiście, bowiem dobrze wiemy, że żadnej Wenecji w teatrze nie ma), i umiera.

Wydawałoby się, że to już wszystko, co może się wydarzyć – główny bohater nie żyje. Ale przygotowywany do ostatniej drogi przez grabarzy (Władysław Kowalski i Sławomir Grzymkowski), gwałtownie przeczy oczywistemu faktowi swojej śmierci. Grabarze zatem (może Posłańcy, jak u Kafki?) odgrywają przed nim farsę o wydarzeniach weneckich: trochę się z nim przekomarzając, trochę się z niego naśmiewając, trochę ziewając z nudów, ale nie tracąc przy tym szacunku, jaki należy się zmarłemu. A. (Autor? Artysta? Aschenbach?), którego gra Adam Ferency, odbywa retrospektywną podróż z pozycji, w której wszystko już wiadomo, wszystko się już rozegrało i niczego nie da się zmienić: spotyka się z chłodną emocjonalnie matką (Agnieszka Warchulska), odwiedza Wenecję, która ani przez chwilę nie jest Wenecją, i oczywiście – poznaje Tadzia (Eliza Rycembel). Tadzio jest ogrywany bardzo pomysłowo: pojawia się jako cień, przemyka poza sceną i rozbudza naszą ciekawość (podobnie jak ciekawość i pragnienie A.) na długo przedtem, nim wkroczy do akcji i okaże się zwykłym, ślicznym chłopcem w marynarskim ubraniu.

Całość jest zagrana bardzo sprawnie. Adam Ferency jest... Adamem Ferencym, z jego modulacją głosu, głębokimi westchnieniami i znaczącymi spojrzeniami w dal – kto raz widział go na scenie, jakby widział wszystko, choć przyznaję, że zawsze jest to duża przyjemność. Znakomita jest Agnieszka Warchulska, podobała mi się również Eliza Rycembel. Władysław Kowalski jest klasą samą w sobie i jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Nawet Mateusz Łapka (student Akademii Teatralnej w Warszawie) w roli trzeciego grabarza, czy też trzeciego Mężczyzny, jak chcą didaskalia, jest dobry, ma osobowość sceniczną i ogląda się go przyjemnie. Na koniec zostawiłam sobie Sławomira Grzymkowskiego, ponieważ aktor ten – zawsze świetny – tym razem skradł kolegom cały spektakl. Kiedy na pierwszym planie odgrywały się sceny podniosłe, mające wagę, chwytające za serce, a na drugim (a nawet trzecim!) planie Grzymkowski siedział na leżaku i oganiał się od muchy – nie sposób było patrzeć na nikogo innego. W mistrzowski sposób przełamywało to zasadę decorum i sprowadzało ludzkie życie (tak ważne dla jednostki) do epizodu we wszechświecie. Mówi się, że mistrzostwo polega na wykonywaniu najtrudniejszych rzeczy tak, jakby nie wymagały żadnego wysiłku – Grzymkowski posiada tę umiejętność. Kiedy jest na scenie, nie da się oderwać od niego oczu, nawet jeśli towarzyszą mu równie znakomici koledzy.

Scenografia „Mojej pierwszej śmierci w Wenecji" jest prosta: kilka krzeseł, długi stół, który staje się katafalkiem i łóżkiem w razie potrzeby i papierowa ściana, za którą rozgrywa się teatr cieni, a także – grób, z prawdziwą ziemią, którą nieustannie rozkopuje trzeci grabarz, przejmującym dźwiękiem przypominając nam o tym, dlaczego tu jesteśmy.
W spektaklu ważną rolę odgrywa również muzyka – nic w tym dziwnego, gdy reżyserem jest uznany muzyczny krytyk. Być może muzyki jest nawet zbyt dużo i komentuje ona znaki, które w teatrze powinny pozostawać jedynie znakami.

„Moja pierwsza śmierć w Wenecji" to spektakl równy, dobrze zrobiony i świetnie zagrany. Tekst jest dowcipny, a lekkość, z jaką został potraktowany trudny i ważki temat, pozwala na oswojenie go. Zakończenie natomiast uświadamia nam, że tytułowa „pierwsza śmierć" nie nastąpiła wcale w prologu sztuki, lecz znacznie, znacznie wcześniej – i zrozumie to natychmiast każdy, kto kiedykolwiek prawdziwie kochał.

Maja Margasińska
Dziennik Teatralny Warszawa
21 marca 2016
Portrety
Tomasz Cyz

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia