Jelinek jest jak narkotyk

rozmowa z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim

Z Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim rozmawia Wiesław Kowalski

Wiesław Kowalski: W bydgoskim teatrze wciąż niesłabnącym powodzeniem cieszy się spektakl „O zwierzętach” Elfride Jelinek, tymczasem już 5 marca kolejna premiera tekstu autorki nagrody Nobla. Tyle, że „Babel” to utwór zupełnie w Polsce nieznany.

Maja Kleczewska: Jelinek od dawna chodziła nam po głowie. Wciąż krążyliśmy wokół niej, czytając jej rozmaite teksty, również przy okazji innych sztuk, nad którymi wspólnie pracowaliśmy. Ponieważ żadne z nas nie zna niemieckiego, zwróciliśmy się z prośbą do tłumaczki, Karoliny Bikont, by przeczytała nowe, dotąd nietłumaczone utwory Jelinek. W ten sposób zetknęliśmy się z 80-stronicowym, podzielonym na trzy monologi, tekstem „Babel”, który poznawaliśmy na początku we fragmentach i na ich podstawie wnioskowaliśmy o całej reszcie. To był bardzo długi proces, podczas którego musieliśmy się zorientować, czy jesteśmy potencjalnie tym tekstem zainteresowani. Szczerze mówiąc – zaryzykowaliśmy, zawierzyliśmy naszej intuicji.

W.K.: Co szczególnie Państwa w tym – w końcu niedramatycznym – utworze zainteresowało jako materii dającej budulec na teatralny spektakl?

M.K.: „Babel” jest ogromnym wyzwaniem formalnym dla teatru, dla aktorów, reżysera i dramaturga. Wymaga podjęcia radykalnych decyzji, jakim teatrem będziemy ten tekst opowiadać. Autor wywiera presję na twórcach spektaklu. Ta sytuacja była dla nas nie tylko ciekawa, ale i bardzo inspirująca. Przez długi czas nie wiedzieliśmy, jak się do tego zabrać, ponieważ z gęstego tekstu Jelinek można by zrobić nieskończoną ilość przedstawień. Wszystko zależy od doboru wątków, które nawzajem się przeplatają, niektóre tematy powracają jak refreny, inne rozwijają się, jeszcze inne nieoczekiwanie urywają… Ale są też tam takie cząstki, fragmenty i akapity, na podstawie których można konstruować całe sceny. Dlatego musieliśmy zdecydować, czy rozczytując tekst, dokopujemy się do jego jądra i wokół tego budujemy sceniczny świat, czy robimy spektakl peryferyczny, zajmujący się obrzeżami, które doprowadzą nas do centrum. „Babel” stawia też szalony opór przed czytelnikiem. Aby dokopać się do jego wszystkich sensów, trzeba ten utwór przeczytać bardzo wiele razy. Podczas jego lektury wytwarza się coś w rodzaju blokady, która wyłącza uważność. Wynika to z nadmiaru słów i chropowatości języka, do którego sensów trzeba się przedostać.

Łukasz Chotkowski – W takim drapieżnym rozczytywaniu tekstu pomogła nam bardzo prof. Monika Szczepaniak, organizatorka konferencji o twórczości Jelinek, która odbyła się w TPB podczas Aneksu Festiwalu Prapremier, poświęconego w całości Elfriede Jelinek.

W.K.: Co dla Państwa w tym gąszczu tematów jest najważniejsze: przemoc, żałoba, śmierć, wojna, ocalenie…

M.K.: Sam tekst z jednej strony jest monologiem ofiary, będącej strzępem ciała ludzkiego pozbawionego skóry, które zawisło na moście po eksplozji w Falludży. I ta zakrwawiona resztka człowieka bez głowy mówi. Ale ten strzęp człowieka staje się za chwilę amerykańskim żołnierzem, Apollem, Marsjaszem, rzeką. Dla Jelinek charakterystyczne jest to, że pamięć o ofiarach nie powinna nigdy wygasnąć. Po II wojnie światowej Heidegger, który sympatyzował z Hitlerem, rzekomo powiedział „Spadnie śnieg i wszystko przykryje białym puchem”, co oznacza, że możemy spokojnie zacząć życie na nowo. I to był na pewno dla Jelinek silny impuls, by dać głos tym, którzy nie mają głów, tym, którzy zakopani są głęboko pod ziemią, tym, z których nic nie zostało… Ona, dając im głos, wypowiada się w imieniu wszystkich ofiar. I w tym tkwi perwersja tych 80 stron tekstu, którego teatr nie może udźwignąć w proporcji 1: 1. Bo to jest rzeka, potok słów. Nie bez znaczenia jest też sam tytuł utworu, nawiązujący do przypowieści o wieży Babel. O tym jak ludzie zapragnęli być bliżej Boga, by z nim się zmierzyć i mu dorównać. I o tym jak srogo zostali za to ukarani. Druga, analogiczna przypowieść opowiada o Marsjaszu, który w zuchwałej pysze wyzwał samego Apollina na pojedynek w agonie muzycznym, a przegrawszy został powieszony na drzewie i odarty ze skóry. I te dwie historie, jedna zakorzeniona w Biblii, druga w antyku, stały się zrębem i impulsem do rozważań na temat przemocy stosowanej wobec człowieka. Jelinek prawując się z Bogiem, mówi o śmiercionośnej sile, która przekracza ludzkie rozumienie losu, o istocie świata i zasadzie jego istnienia. O tym, że człowiek, który konkuruje z Bogiem zawsze zostanie odarty ze skóry. I że wojna, towarzysząca nam od początku świata, nie jest żadnym ekscesem. Jelinek nie pyta, czy może być inaczej, bo inaczej być nie może. Ona pyta o sens życia i sens śmierci. Pyta: dlaczego? Czy Bóg jest ludożercą? I to są pytania ontologiczne dotykające sensu istnienia; w Jelinek nie ma zgody na to, że żyje się po to, by umrzeć.

Babel jest również tekstem o prymacie obrazów, które organizują percepcję współczesnego człowieka; autorka pisze o Internecie jako systemie informacji, który pozwala nam zobaczyć zdjęcia z Abu Ghraib, dekapitację z całą sonosferą temu towarzyszącą, zdjęcia z piwnicy Josepha Fritzla etc ; jesteśmy oślepieni obrazami, sami siebie oślepiamy. Oglądamy tak wiele, że serwer jest przeciążony, fotografujemy, dokumentujemy przemoc, mamy przymus uwieczniania, zapamiętywania i oglądania. Bezpiecznie ogląda się zdjęcia. „Na zdjęciu przynajmniej nie czuć smrodu. Jeszcze.”

W.K.: Kim będą bohaterowie Pani spektaklu?

M.K.: To był problem. W tekst wpisany jest dynamiczny wielogłos, rodzaj polifonii. W teatrze polifonię trzeba ucieleśnić, czyli rozpisać na postaci.

Wojna nie kończy się w momencie, kiedy przestają wybuchać bomby, a ciała są odnalezione i pochowane w ziemi. Wojna trwa w opłakiwaniu żałobnic, dla których koszmar nigdy się nie skończy.

Punktem wyjścia stało się dla nas mówienie o wojnie przez pryzmat matek, które opłakując synów, jednocześnie ich sakralizują. Jest w tym nawiązanie do chrześcijaństwa, gdzie ciało Jezusa przemienione w chleb, a krew w wino, przyjmowane podczas komunii, staje się na poziomie symbolicznym aktem ludożerstwa. I wokół tego Jelinek rozpisuje wariację, będącą marzeniem matki, która zjadając własnego syna daje mu szansę stania się nowym prorokiem czy też zbawicielem ludzkości. W ten sposób dotyka też problemu wyczerpania się dawnych mitów i potrzeby nowych. Dla niej esencją mitotwórczą staje się kobieta-pramatka, która poprzez miłość i utratę syna powołuje nowego Boga.

W.K.: Jak wygląda praca dramaturga przy pracy nad tekstem tak wieloznacznym i wciąż otwartym?

Ł.Ch.: Z Mają zrobiliśmy już kilka spektakli. I zawsze dążymy do wypracowania wspólnej wizji teatru, bo to jest dla nas kluczowe. Jedynym celem, jaki nam przyświeca jest spektakl, który musi być opowiedziany określonym językiem teatralnym. I cała nasza praca do tego zmierza. Jeśli wyobrażamy sobie jakieś sceny, to temu też podporządkowana jest strona dramaturgiczna. Przede wszystkim szukamy tego, co aktorowi będzie niezbędne w pracy, co będzie dla niego kontekstem i źródłem inspiracji. Wiele rzeczy tworzy się na bieżąco i wynika z potrzeby chwili. Nic nie jest raz ustalone od A do Z. Przy pracy nad Jelinek oglądaliśmy bardzo dużo dokumentów o śmierci, odchodzeniu, żałobie, detaliczne rejestracje egzekucji w Iraku, zdjęcia z Abu Ghraib, Ruandy, ale też oglądaliśmy eksperymentalne trashowe filmy, które są dla Jelinek wielką inspiracją. Czytaliśmy Zimbardo, „Trupa” Luisa-Vincenta Thomasa, Biblię, Koran, Torę, ale też tonę brukowców, przeglądaliśmy albumy Orlan.

M.K. : Dokonaliśmy potężnego research’u YouTube’a, żeby zobaczyć, co autorką wstrząsnęło i stało się impulsem do napisania tego tekstu.

Ł. Ch.: Jelinek nie wychodzi z domu, ze światem kontaktuje się za pomocą Internetu, sama mówi, że jest od niego uzależniona i oskarża się o to. Choć tak naprawdę Internet interesuje ją jako baza tworząca współczesną wrażliwość. Ona buszuje w sieci po to, by zrozumieć, kim jest dzisiaj człowiek. Buszuje i mówi: „Wszyscy państwo mają prawo odczuć to, o czym nie chcą państwo słyszeć”. Bo tak naprawdę nie ma co ściemniać, wszyscy kochamy Internet, za to, że jest w nim po prostu wszystko.

A wracając do tekstu, to jest on rzeczywiście cały czas otwarty, nadal nad nim pracujemy. Bo Maja daje dużą wolność aktorom i wiele zależy od ich propozycji. Dlatego egzemplarz sztuki cały czas się tworzy.

W.K.: Wiadomo, że Jelinek pisze z niezwykłą zdolnością językową. U niej każde zdanie jest barokowo-naturalistyczną metaforą, która u odbiorcy może wzbudzać niepokój, złość albo obrzydzenie. Lecz nikogo nie pozostawia obojętnym. Czy w związku z tym szukała Pani aktorów, którzy będą posiadali jakiś szczególny dar poruszania się w tej materii?

M.K.: Na początku zastanawiałam się, jak aktorzy sobie z tym skomplikowanym labiryntem rytmów, dziwnej składni i chropowatości poradzą; jak język Jelinek będzie musiał wejść w krwioobieg aktora, by stać się naturalnym. Dzisiaj już wiem, że to tylko kwestia czasu i że każdy aktor może wejść w ten świat pod warunkiem, że będzie obcował z nim odpowiednio długo. Bo ten język działa jak wirus.

Ł.Ch.: Jelinek jest jak narkotyk. Ona uzależnia; takich samych ekstremalnych stanów wymaga od siebie i od czytelników, twórców, którzy biorą się za jej teksty. Dlatego trudno się od niej uwolnić i odejść, nawet na chwilę.

W.K.: Dziękuję za rozmowę.

Wiesław Kowalski
ArtPapier
22 marca 2010
Prasa
artPAPIER

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia