Jerzy Jarocki: do teatru chodzę dla tekstów

Rozmowa z Jerzym Jarockim

Mam zwyczaj doglądania swojego spektaklu. Widzę dobre i złe rzeczy. Jak dostrzegam mankamenty, to przy najbliższej próbie wznowieniowej staram się je skorygować. Teatr jest ciągle w stanie ruchu, bo aktorzy inaczej grają, coś nowego przychodzi im do głowy, z nowymi sytuacjami w swoim życiu osobistym się spotykają, co oczywiście ma odbicie na scenie. Dlaczego miałbym na to nie reagować? - mówi reżyser Jerzy Jarocki, którego spektakl "Tango" z Teatru Narodowego w Warszawie zakończy Festiwal Wybrzeże Sztuki.

Szczególną rolę w pracy nad spektaklem powierza Pan aktorom...

Jerzy Jarocki: Bazuję na aktorach. Wszystko jest rezultatem decyzji, jaki teatr ma się na myśli. Czy ma to być teatr związany z aktorem, czy poświęcony inscenizacji i w pewnym sensie uniezależniony od aktora, a wspomagany różnymi środkami - filmem, światłem, wymyślnymi konstrukcjami scenicznymi... Prawdopodobnie mógłbym robić właśnie taki teatr, ale postanowiłem zająć się aktorem. Pewnie dlatego, że sam rozpoczynałem od aktorstwa. I chociaż nie widziałem dla siebie przyszłości w tym zawodzie, to doświadczenie, wiedzę i znajomość tej profesji od podszewki oczywiście wykorzystuję w pracy reżysera.

Tylko najstarsi widzowie mogą kojarzyć jedyny Pana spektakl, przygotowany dla Teatru Wybrzeże przeszło pół wieku temu. Pamięta Pan jak do niego doszło?

Umożliwiłem debiut Ireneuszowi Iredyńskiemu. Napisał on sztukę, której nikt nie chciał mu wystawić, a ja po znajomości (bo znałem go już wcześniej jako młodego poetę z Krakowa), postanowiłem mu pomóc. Zadzwoniłem do swojego kolegi Jerzego Golińskiego, który wówczas akurat pełnił rolę kierownika artystycznego Teatru Wybrzeże, i zaproponowałem "Męczeństwo z przymiarką", którą tu wystawiliśmy. Nie była to szczególnie pamiętna premiera, bo ten tekst na to nie pozwalał, ale co się dało, to wspólnie ze scenografem Marianem Kołodziejem zrobiliśmy.

Chętnie Pan wraca do naszych XX-wiecznych klasyków: Gombrowicz, Różewicz, Mrożek, Witkacy. Dlaczego?


Proszę zwrócić uwagę na jeden istotny fakt - ja jestem już człowiekiem starym. Gdy pierwszy raz wystawiałem Różewicza czy Mrożka, nie byli jeszcze znanymi dramatopisarzami. To byli debiutanci. Więc z jednej strony faktycznie realizuję sztuki uznanych autorów, ale ja ich wypróbowałem zanim tacy się stali. Miałem już wtedy kilku-, kilkunastoletnią praktykę teatralną, a oni - tak jak Sławomir Mrożek - nie mieli jej praktycznie wcale i jeszcze nie zdążyli liznąć teatru. A co do powrotów do tych samych tekstów - nie możemy wypuszczać z ręki czegoś, co stanowi duży atut naszego teatru, naszej dramaturgii. To przecież autorzy, którzy zostawili uniwersalne ślady w postaci sztuk, które napisali. Staram się pokazać, że kilkadziesiąt lat później te sztuki są ciągle żywe.

Często zmienia Pan język i styl wypowiedzi bohaterów sztuk, które Pan wystawia. Niekiedy Pana ingerencje w tekst są dość poważne. Z czego do wynika?

Zmiany i korekty w sztukach, które wystawiam, przeprowadzam praktycznie od zawsze. Dopóki zmiany te dotyczyły tekstów młodych, początkujących dramaturgów, to im nie przeszkadzały. Jednak, gdy ci autorzy stali się dojrzałymi, uznanymi twórcami, niekiedy są z tego powodu niezadowoleni. Na przykład Mrożek miał do mnie pretensje za zmiany w mojej inscenizacji jego "Miłości na Krymie" (2007). W tym wypadku były one wymuszone przez wady tego dramatu, które nie tylko ja dostrzegłem. Jego przyjaciele i bliscy byli dużo bardziej krytyczni niż ja zaraz po opublikowaniu tekstu. Następny mój spektakl - "Tango" (2009), które właśnie przywiozłem do Gdańska - nieco się różni od tego, co napisał Mrożek, ale mój scenariusz został osobiście zaakceptowany przez autora.

Śledzi Pan polskie życie teatralne? Co Pan myśli na temat tego, co się dzieje w polskim teatrze?

Czasami czuję niepokój, zauważając wśród młodych twórców tęsknotę, by instytucja gwarantowała powodzenie ich dzieła. To właściwie próba powrotu do realiów socjalizmu. Nie ulega jednak wątpliwości, że prawdziwe talenty powinny być wspomagane, bo obowiązkiem władz miasta i ministerstwa kultury i dziedzictwa narodowego powinno być inwestowanie w uzdolnioną młodzież. Niezależnie od tego życie teatralne jest teraz naprawdę interesujące, chociażby dlatego, że stało się międzynarodowe. W tej chwili kontakt z zagranicznym teatrem jest dostępny nie tylko dla twórców teatralnych, ale też dla publiczności. To daje możliwość porównania, a w tej dziedzinie, którą uprawiam już ponad 50 lat, niesłychanie istotne jest właśnie porównanie. To rozszerza horyzonty, wyrabia smak na inne rodzaje teatru. Poza tym, wśród młodszych polskich reżyserów jest co najmniej kilkanaście nazwisk, którym warto się przyjrzeć.

Chodzi Pan do teatru, ogląda pracę młodszych kolegów?

Coraz rzadziej bywam w teatrze, bo mam na to coraz mniej czasu. Ciągle jestem czynny zawodowo, więc muszę czegoś nie zrobić, by mieć czas na wizytę w teatrze. Oczywiście mimo wszystko chodzę do teatru, na przykład dla tekstu. Czasami zainteresuje mnie jak określony reżyser wystawi jakąś sztukę. Co mu przychodzi na myśl, gdy podejmuje się wystawić taką, a nie inną literaturę? Poza tym, wśród młodego pokolenia jest wielu moich byłych studentów, asystentów i stażystów, którzy zapraszają mnie na swoje premiery, co też bywa powodem, bym poszedł do teatru. Mam również zwyczaj doglądania swojego spektaklu. Gdy grane jest moje przedstawienie, można mnie zazwyczaj spotkać na jego widowni.

I co Pan widzi, obserwując swoją pracę po raz kolejny?


Widzę dobre i złe rzeczy. Jak dostrzegam mankamenty, to przy najbliższej próbie wznowieniowej staram się je skorygować. Teatr jest ciągle w stanie ruchu, bo aktorzy inaczej grają, coś nowego przychodzi im do głowy, z nowymi sytuacjami w swoim życiu osobistym się spotykają, co oczywiście ma odbicie na scenie. Dlaczego miałbym na to nie reagować? Czemu nie zatrzymać nowych wartości i usunąć to, co stało się manieryczne, automatyczne, nieświeże? Publiczność ma prawo wymagać, żeby ten spektakl, na który idzie do teatru, nie był ramotą, w niektórych wypadkach sprzed 5-7 lat. Uważam, że widz ma prawo oczekiwać, by przynajmniej raz w ciągu tych dwóch-trzech miesięcy reżyser widział, co teatr sprzedaje w jego imieniu publiczności i zgłosił swoją aprobatę lub veto.

Pracuje Pan nad kolejnym spektaklem?

Tak, przygotowuję się do kolejnej premiery w Teatrze Narodowym w Warszawie, ale jeszcze nie rozpocząłem prób. W kręgu moich zainteresowań jest teatr, aktorstwo, rewolucja i Witkacy.

Łukasz Rudziński
Trojmiasto
8 maja 2012
Portrety
Jerzy Jarocki

Książka tygodnia

Mewa. Egzemplarz reżyserski Krystiana Lupy
Akademia Sztuk Teatralnych
Krystian Lupa

Trailer tygodnia