Jest taki aktor

Felieton Wojciecha Majcherka

Nazywa się Krzysztof Szczepaniak. Zapamiętałem go z muzycznego spektaklu dyplomowego MP4 w Akademii Teatralnej, który ukradł koleżankom i kolegom z roku, choć ci też mocno walczyli o uwagę dla siebie. Po szkole znalazł się w Teatrze Dramatycznym, gdzie wyrósł w ciągu kilku sezonów na pierwszoplanową postać w zespole. Ponieważ teatr Tadeusza Słobodzianka nie należy do ulubieńców krytyki, zwłaszcza tej postępowej, to i Szczepaniak nie trafia do aktorskich rankingów. Jak jest zdolnym aktorem wiedzą jednak ci, co do Dramatycznego chodzą.

Nie widziałem go we wszystkich rolach, ale to, co zrobił w tym sezonie jest naprawdę imponujące. Najpierw Arlekin w Słudze dwóch panów w reżyserii Tadeusza Bradeckiego. Można było żywić obawy jak zawsze, gdy przychodzi nam oglądać nadwiślańskie próby komedii dell'arte (ostatnio zresztą coraz rzadsze), ale tutaj stała się niespodzianka. Bradecki zrobił spektakl stylowy, jednak rzecz by się nie udała, gdyby nie miał w roli Arlekina Szczepaniaka. A ten z wielkim wyczuciem formy uruchomił komiczną postać z całym jej sztafarzem gestów i ruchów. Właśnie to wyczucie formy wydaje mi się cechą charakterystyczną aktorstwa Szczepaniaka.

Widoczne to jest również w najnowszej roli aktora, czyli drag queen Loli w musicalu Kinky Boots w reżyserii Eweliny Pietrowiak, który miał premierę w weekend. Arlekin i Lola może są podobnymi zadaniami aktorskimi w tym sensie, że w obu przypadkach postaci są bardzo silnie zewnętrznie charakteryzowane. Lola przecież ma też swoją maskę. Ale trzeba ją umieć pokazać. Przegięcie drag queen musi być przegięciem, w które powinniśmy uwierzyć. I Szczepaniak bez pudła łapie widza w pułapkę. Co ważne potrafi również wydobyć, co się kryje pod maską. I nawet jeśli musical w sentymentalno-bajkowy sposób rysuje bohaterów, to jakaś głębsza prawda życia młodego mężczyzny za sprawą Szczepaniaka się odsłania.

Myślę, że Dramatyczny będzie miał hit na dużej scenie. Spektakl niesie taki rodzaj pozytywnego przekazu, który chyba dzisiaj widowni jest potrzebny. W to zapotrzebowanie utrafili wcześniej Monika Strzępka z Pawłem Demirskim robiąc Tryumf woli. W Kinky Boots zawiera się inny rodzaj „amerykańskiego snu", niż ten, który snuł się z przemówienia prezydenta USA na pl. Krasińskich. Nie wiem, czy publiczność zgromadzona na tamtym spektaklu, dałaby się uwieść Loli z Kinky Boots. Choć kto wie?

A karierę Krzysztofa Szczepaniaka warto śledzić. Ciekawe, że jak do tej pory słabo wykorzystuje go film (więcej pracuje w Teatrze Polskiego Radia). Może nie być mu łatwo, ponieważ typ aktorstwa, który uprawia, nie jest obecnie w modzie. Gdyby snuł się po scenie przez dwie godziny, szemrząc coś do mikroportu i od czasu do czasu zdejmował majtki, to pewnie byłby gwiazdą nowego teatru. Ale ponieważ potrafi coś więcej, to nie jest.

Wojciech Majcherek
Blog Wojciecha Majcherka
9 lipca 2017

Książka tygodnia

Trailer tygodnia

"Edyta Stein" - Synago...
Roberto Skolmowski