Jestem niezależny

rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Rozmowa z Andrzejem Sewerynem

Łukasz Maciejewski: Niedawno otrzymał Pan specjalną nagrodę miesięcznika "Kino", przyznaną nie za dokonania artystyczne, tylko za "aktywną działalność antykomunistyczną". Odmówił Pan jej przyjęcia.

Andrzej Seweryn: Nie chciałem przyjąć nagrody artystycznej za działalność polityczną. Prezydent Lech Kaczyński przyznał mi już za tę działalność wysokie odznaczenie państwowe. Wprawdzie zdarzało mi się być w niełasce władz tamtego okresu, ale jak można to porównać z prawdziwymi prześladowaniami Jacka Kuronia i wielu moich przyjaciół, na przykład z Teatru Ósmego Dnia. Ja w tamtych latach pracowałem regularnie w teatrze, telewizji i w kinie, wyjeżdżałem za granicę. Z honorem i wdzięcznością przyjąłbym nagrodę za dokonania aktorskie, ale za działalność publiczną? Nie. - Pana "otwarty list" skierowany do jurorów tej nagrody, a wcześniej np. udział w "Paradzie Równości", przypomniał o Andrzeju Sewerynie, który wymyka się jakimkolwiek pewnikom. Wielu chciałoby widzieć w Panu czołowego konserwatystę polskiego kina i teatru, tymczasem co jakiś czas udowadnia Pan, że "definitywne" zamknięcie Pana w jakiejkolwiek kategoryzującej szufladzie nie może się udać. - Dawno nie usłyszałem równie sympatycznej opinii... 

Przed naszym spotkaniem przeczytałem kilkanaście wywiadów z Panem. Zdumiało mnie, że wszyscy dziennikarze pytają Pana o "perfekcjonizm". A przecież to żadne osiągnięcie. Wszyscy aktorzy powinni być "perfekcjonistami".

- Otóż to. Łatwiej operować gotowymi schematami, niż próbować analizować określone zjawisko indywidualnie. Tyle że dla mnie nie ma to wielkiego znaczenia. Bardzo proszę, mogę być "perfekcjonistą", "konserwatystą" albo "liberałem". Co kto woli. O wiele ważniejsze jest poczucie sensu tego, co robię.

Nawet w okresie intensywnej działalności aktorskiej we Francji nie zerwał Pan kontaktów z polskim kinem. Ostatnio wystąpił m.in. w "Różyczce", zagrał prezydenta Juliana Szczęsnego w "Ekipie" Agnieszki Holland, wyreżyserował "Kto nigdy nie żył...". Zna Pan dobrze nowe polskie filmy? 

- Niestety, mam za mało czasu, żeby nadrobić wszystkie zaległości. Czytam recenzje, sprawdzam opinie w internecie, ale, niestety, niewiele rzeczy widziałem.

Po tym jak zapadła decyzja, że obejmuje Pan dyrekcję Teatru Polskiego w Warszawie, siłą rzeczy wszyscy pytają Pana przede wszystkim o teatr albo o "wojnę w polskim teatrze". 

- Cieszę się, kiedy przytrafia mi się okazja do... naśladowania Petera Brooka. Na pewnej konferencji prasowej w Polsce, zapytany o jego stosunek do teatru polskiego i jego reżyserów, Brook odpowiedział, że ponieważ nigdy nie mówi źle o swych konkurentach, to nie może też mówić o nich dobrze. Bardzo potem tego żałował... 

Mam oczywiście własne gusty, przekonania, są teatry, które podobają mi się bardziej, inne zdecydowanie mniej, ale nie jestem skandalistą, to nie mój styl. 

Ale porozmawiamy o Teatrze Polskim? 

- Wolałbym nie. Jeszcze za wcześnie. Na razie szukam mądrych sojuszników. Sprawa każdego teatru, również Teatru Polskiego, nie jest zadaniem dla jednego człowieka. Wszyscy jesteśmy za nią odpowiedzialni. 

Ale zdaje Pan sobie sprawę, że Pana osoba jest gwarantem, iż "Polski" będzie nadal teatrem tradycyjnym, klasycznym. 

- To ogólniki. Pojęcie teatru "tradycyjnego" oznacza wszystko i nic. 

To co jest w teatrze ważne? 

- Odpowiadając możliwie najprościej - zawodowy charakter miejsca. W dobrym teatrze aktorzy są przygotowani do zawodu, mają doskonale opanowany warsztat. Taki teatr potrafi zbudować dekoracje, uszyć odpowiednie kostiumy, oświetlić scenę, zapanować nad dźwiękiem, wreszcie jest w stanie równie dobrze i profesjonalnie wystawić sztukę współczesną, jak i dramat napisany trzysta lat temu. 

To lista życzeń perfekcyjnego dyrektora administracyjnego teatru. A gdzie miejsce na duchowość? Na eksperymenty? Pytam o bez żadnej ironii.

- Rozumiem, tyle że znowu brniemy w jakieś sztampy, ogólniki. Duchowość w teatrze to temat na osobny wywiad albo głęboką rozprawę filozoficzną - nie można zbyć tego byle frazesem, dlatego zamiast brnąć w pięknoduchowskie epitety, wolę zadowolić się podstawami. W teatrze warto najpierw przyswoić sobie pierwsze litery alfabetu: a, b i c, żeby potem pomyśleć o całej reszcie.

*** 

Comédie-Française, czyli francuski teatr narodowy, z którym jest Pan związany, uważany jest powszechnie za ostoję tradycjonalizmu. Jednak w Polsce scena ta nie ma dobrej prasy. Jeżeli czytam o spektaklach Comédie-Française, z reguły są to opinie pisane w ironicznym tonie, piętnujące konserwatyzm, zaściankowość i schematyzm spektakli. 

- Proszę przyjechać do Paryża, serdecznie zapraszam - wtedy wyrobi pan sobie własną opinię. W wywiadach, już przed laty, udowadniałem z listą przedstawień i liczbą spektakli w ręku, że prawda o Comédie-Française jest inna niż utarte banialuki, które pan cytuje. Niech mi pan wybaczy, ale nie lubię siebie cytować i dlatego tylko ponawiam zaproszenie. Proszę przyjechać do Paryża... 

We Francji grał Pan w spektaklach Claude\'a Régy, w "Peer Gyncie" Ibsena w reż. Patrice\'a Chereau, stworzył Pan szeroko komentowaną kreację Mistrza w "Mistrzu i Małgorzacie" Bułhakowa w reż. Andrei Şerbana, Antoine Vitez obsadził Pana w "Zamianie" Paula Claudela. Same wielkie nazwiska... 

- Można moje role teatralne ocenić tak albo inaczej, ale trudno polemizować z faktem, że miałem szczęście pracować z największymi współczesnymi reżyserami teatralnymi. 

Szczególne miejsce w tej grupie zajmuje Jacques Lassalle.

- Dzięki sukcesowi tytułowej roli w "Don Juanie" w reżyserii Lassalle\'a, definitywnie przestałem być we Francji uważany za przybysza z Polski. Pracowaliśmy wspólnie również nad znakomicie przyjętym i wielokrotnie nagradzanym "Trudnym człowiekiem" Hofmannsthala, wystawianym w paryskim Théâtre National de la Colline, wreszcie nad Molierowskim "Mizantropem", z którym przyjechaliśmy do Polski. Wspaniałe wspomnienia.

We Francji od lat regularnie występuje Pan również w filmach. Chodzi o znaczące role i wybitnych partnerów. Dlaczego tak mało wiedzieliśmy o tych wszystkich filmach? 

- Nie wiem, nikt mnie wcześniej o to nie pytał... 

W zeszłym roku zagrał Pan również jedną z głównych ról, Slotana, w autorskiej adaptacji głośnej "Możliwości wyspy" Michela Houellebecqa. Film był głośno komentowany we Francji, zebrał jednak fatalne recenzje.

- Gotowego filmu nie widziałem, ale samą pracę z Houellebekiem wspominam jak najlepiej. Michel był świetnie przygotowany, doskonale pracował z aktorami, to na pewno nie była przypadkowa praca ani żadna fanaberia znanego pisarza.

Ceni Pan pisarstwo Houellebecqa? 

- Czytałem wyłącznie "Możliwość wyspy". Intrygująca literatura. Houellebecq nie ma we Francji lekko. Z taką samą zaciekłością bywa chwalony, co atakowany. W wielu środowiskach budzi gwałtowny sprzeciw. Być może klapa "Możliwości wyspy" miała również pozaartystyczne źródła. 

Niedawno obejrzałem ponownie "Dyrygenta" Andrzeja Wajdy. To zaskakujące, jak doskonale się ten film ogląda po latach. Kim naprawdę był tamten młody człowiek, Andrzej Seweryn, który w roli Adama w "Dyrygencie" tak się szarpał: ze światem i z sobą?

- Mam do niego dużą sympatię i wyrozumiałość. Był ciekawy świata i bardzo ambitny. Tylko być może niepotrzebnie tak często odwracał się od ludzi. Był zbyt nieufny.

A jaki dzisiaj jest Andrzej Seweryn? 

Jest niezależny. 

***

Adam Warczewski, grany przez Pana bohater filmu "Różyczka" w reż. Jana Kidawy-Błońskiego, to postać wzorowana m.in. na Pawle Jasienicy. Kim dla Pana był Jasienica?

- "Polska Piastów", "Polska Jagiellonów", cykl "Rzeczpospolita Obojga Narodów"... - książki Pawła Jasienicy uczyły moje pokolenie polskości w najszerszym tego słowa znaczeniu.

Adam Warczewski jest jednak również naiwny, nierozważny, nieroztropny itd. 

- Jeżeli usiłuje mnie pan sprowokować do oceny postawy Pawła Jasienicy, uprzedzam, że to się nie uda. Sprowadzanie biografii pisarza wyłącznie do jego późnej, tragicznej miłości jest jałowe. Przecież w "Różyczce" nie chodziło nam o trywializowanie jego życiorysu. Był dla nas jedynie inspiracją. To film na zupełnie inny temat. Miłość Warczewskiego jest tłem dla opowieści o pewnym okresie w dziejach mojego kraju: o 1968 roku, "Dziadach" Dejmka, prześladowaniach opozycji, antysemickiej nagonce itd. Trzeba być naprawdę źle usposobionym do "Różyczki", żeby nie dostrzec tych aspektów.

Moim zdaniem wątek Marca \'68 został dobudowany do "Różyczki" na siłę. Odebrał wiarygodność historii prywatnej: romansu opozycyjnego pisarza z agentką SB.

- Bez tego, co pan nazywa "wątkiem Marca \'68", ten film nie miałby sensu. "Różyczka" to coś więcej niż zmysłowa fascynacja starszego pana młodą, seksowną dziewczyną. Film Kidawy--Błońskiego pokazuje sytuację, w której życie osobiste zostało zawłaszczone przez sprawę i historię: pisaną raz wielką, raz małą literą. PRL był światem, w którym zakłamane donosy i szczere, płomienne wyznania miłosne tworzyły jednię, a źle brzmiące nazwisko oznaczało wilczy bilet. Można się było w tej sytuacji pogubić, można było zwariować... 

Adama to nie dotyczyło. Jest w filmie monolitem. Kocha Polskę i kocha tę dziewczynę - bez żadnych zastrzeżeń. Nie jest przy tym gwiazdą warszawskich salonów. Wiarygodność Pana kreacji opiera się na maksymalnym wyciszeniu aktorskiej ekspresji.

- Nie grałem kabotyna. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, zarówno Słonimski, jak i Brandys, Kijowski, Stryjkowski czy Turowicz nie byli kabotynami. Poznałem w tym czasie wielu mądrych i odważnych obywateli naszego kraju, którzy usiłowali zabierać głos również w sprawach istotnych dla Polski. Gdyby jednak Kidawa-Błoński realizował film o Iredyńskim lub o Hłasce, koncepcja głównej roli byłaby prawdopodobnie inna (śmiech). 

***

"Historia nie grzeszy nadmiarem logiki w potocznym tego słowa znaczeniu. Posiada własną i stosuje się do niej w sposób rygorystyczny" - pisał Jasienica w "Rozważaniach o wojnie domowej". Z perspektywy czasu, Marzec 1968 roku wydaje mi się absurdem, w który nie potrafię uwierzyć.

- Zazdroszczę panu niewinności. W przeciwieństwie do pana, doskonale pamiętam ten okres. Byłem częścią tamtej rzeczywistości. Nikt z nas nie zastanawiał się wówczas, co jest logiczne, a co absurdalne. Staraliśmy się po prostu zachowywać uczciwie. Jedni bardziej, inni mniej. Mam nadzieję, że to samo jest dla nas ważne dzisiaj, pomimo zmiany systemu politycznego.

W 1968 roku, razem z Małgorzatą Dziewulską i Ryszardem Perytem, organizował Pan manifestację przeciwko zdjęciu z afisza Teatru Narodowego "Dziadów", za co trafił Pan do aresztu. Kilka miesięcy później, za kolportowanie ulotek z protestem przeciwko inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, przesiedział Pan prawie pół roku. To były bardzo realne konsekwencje "postawy"... 

- Kreowanie siebie na bohatera jest czcze i niepotrzebne. Wolę myśleć o jutrze, nie odnosić się ciągle do tego, co było wczoraj, a już szczególnie w PRL-u.

Miłość głównego bohatera "Różyczki" do dziewczyny, która okazuje się lojalną agentką Służby Bezpieczeństwa, nie była niczym wyjątkowym. Tego typu sytuacje zdarzały się wtedy w wielu miejscach. Dlatego jest mi oczywiście miło, kiedy kolejni dziennikarze wyciągają moje szlachetne "młodzieńcze wybryki", ale z drugiej strony wydaje mi się, że najważniejszą lekcją wynikającą z takich wspomnień będzie docenienie wartości naszej niedoskonałej demokracji. 

- Dzisiaj za poglądy nikomu nie grozi więzienie, ale może tam trafić były wicepremier Andrzej Lepper, oskarżony o hańbiące i kompromitujące zachowanie w stosunku do kobiety. Ta sprawa jest według mnie doskonałą lekcją demokracji.

Znamienne, że pomimo wielu podjętych prób, w przeciwieństwie do innych krajów z tak zwanego obozu wschodniego, w Polsce nie znaleziono zbyt wielu przypadków aktywnych TW Służby Bezpieczeństwa ze znanymi nazwiskami. 

- To pokrzepiające. Okazuje się, że Polaków było zdecydowanie trudniej zwerbować do współpracy lub przekupić. Jak dotąd nikomu nie udało się skompromitować wielkiego społecznego ruchu o nazwie Solidarność i zdetronizować jego przywódców. Poza nierozsądnymi przeciwnikami politycznymi Pana Prezydenta Lecha Wałęsy, nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzył w jego agenturalną działalność. Trudno o to samo oskarżać Gwiazdę i Walentynowicz, albo Bujaka czy Frasyniuka.

SB poniosła klęskę.

- O tym właśnie opowiadał znakomity spektakl "Teczki" Teatru Ósmego Dnia. To było przedstawienie o zwycięstwie nad SB. W PRL-u zrobiono naprawdę wiele, żeby nas zdeprawować, ale zadanie na szczęście okazało się niewykonalne.

Konwicki w "Kalendarzu i klepsydrze" pisał o tamtej rzeczywistości: "Było wcale nie tak pięknie, jak komuś może się wydawać, było nie tak paskudnie, jak komuś innemu może się wydawać".

- Nasz "barak" bywał naprawdę wesoły. Inaczej rozmawialiśmy publicznie, inaczej w domach - nawet zdając sobie sprawę z istniejącego wszędzie podsłuchu. Dziwnym trafem powstawały wtedy filmy, które celnie wskazywały wszystkie idiotyzmy systemu: począwszy od komedii Barei, po wybitne tytuły Andrzeja Wajdy. Ale poza tym, to były przecież lata mojej-naszej młodości. Czas szczególnej żarliwości, wzmożonej aktywności, wielkiego apetytu na życie. Żadna polityka nie mogła temu przeszkodzić. 

***

Sprostowanie

Zgodnie z art. 31 ustawy prawo prasowe prosimy o zamieszczenie sprostowania opublikowanych przez Państwa nieprawdziwych informacji: 

W wywiadzie z Andrzejem Sewerynem, pochodzącym z Tygodnika Powszechnego pada pytanie: Niedawno otrzymał Pan specjalną nagrodę miesięcznika "Kino", przyznaną nie za dokonania artystyczne, tylko za "aktywną działalność antykomunistyczną". 

1. Nagroda Specjalna im. Zbyszka Cybulskiego przyznana została p. Sewerynowi nie przez miesięcznik KINO ale przez Fundację KINO i Telewizję Kino Polska.

2. Nagrody Specjalne nie były wyróżnieniem za działalność polityczną. Przyznane zostały "za cały dorobek twórczy wybitnym aktorom, którzy w czasach PRL-u nie mogli być uhonorowani Nagrodą im. Zbyszka Cybulskiego z powodów pozaartystycznych".

Z poważaniem
Jacek Cegiełka
Prezes Zarządu - Fundacja KINO

Łukasz Maciejewski
Tygodnik Powszechny
1 kwietnia 2010
Portrety
Andrzej Seweryn

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia

Maskarada – Międzynaro...