Jesteśmy ludźmi czynu

"Bum" - reż. zespół - Teatr Realistyczny w Skierniewicach

O dzisiejszym teatrze alternatywnym wiem na pewno jedno: nie da się zrozumieć artystycznych działań grup tego nurtu, nie rozumiejąc kontekstu ich codziennej pracy. Nie jest to miejsce na dywagacje na temat charakteru alternatywnego ruchu, powiem więc o rzeczy podstawowej. Żyjemy w czasie, w którym alternatywa łapie drugi oddech po latach dziewięćdziesiątych, kiedy w potransformacyjnej rzeczywistości znalazła sobie nowego wroga - konsumpcjonizm - i zajmowała się głównie jego kontestacją, niekiedy z bardzo ciekawymi efektami. Nowe pokolenie młodych offowców zakasało rękawy i zaczęło rozszerzać swoją działalność. Niezwykle świadomie przyswoili w ostatnich latach trzeciosektorowy tryb pracy i wyraźnie uwierzyli, że sztuka jest silnym narzędziem zmiany społecznej.

Tę przemianę jak w soczewce pokazuje historia Teatru Realistycznego ze Skierniewic. Założony w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych przez skierniewickiego punka Robka Paluchowskiego, jako jeden z wielu zespołów kształtował oblicze potransformacyjnej sceny alternatywnej, tworząc kontestacyjne spektakle, oparte na silnych znakach wizualnych, mocno eksploatujące fizycznie aktorów i zadające pytania o możliwość wspólnoty w zepsutym żądzą zysku świecie. Gdy pięć lat temu charyzmatyczny lider skierniewickiego zespołu umarł, stery stworzonego przez niego Teatru przejęły jego wychowanki z Plantacji Teatru Realistycznego: Ilona Paluchowska, Anna Sadowska, Katarzyna Pągowska, Iwona Konecka i - dziś już nieobecna w składzie - Katarzyna Chojecka. Od śmierci Paluchowskiego stworzyły kilka autorskich spektakli, kontynuowały ideę Plantacji, ale też - co być może najważniejsze - rozwinęły działalność Fundacji Teatru Realistycznego, skupionej przede wszystkim na pracy z lokalną społecznością Skierniewic.

Skoro trzeci sektor, to i relacje z urzędnikami. A te, jak wiadomo, nie zawsze układają się harmonijnie. Modelowym wręcz przykładem udanej współpracy między teatrem offowym a miejskimi władzami jest goleniowska Brama, która dzięki wsparciu burmistrza niebawem przeniesie się do nowej siedziby na terenie dawnego dworca kolejowego. Realistyczny miał znacznie mniej szczęścia. Przez ostatnie lata siłą własnych rąk stworzył bogaty i różnorodny program warsztatowych działań edukacyjnych poprzedzony badaniami społecznymi, wykorzystujący nowoczesne metody edukacji poprzez sztukę, integrując zwłaszcza mieszkańców skierniewickiego osiedla Widok. Mimo niepodważalnych osiągnięć i lokalnego potencjału ich pracy, Urząd Miasta postanowił nie udzielić celowej dotacji na działalność pączkującego centrum kultury, przekreślając możliwość dalszego istnienia Fundacji w Skierniewicach i zaprzepaszczając wytworzony przez jej członkinie społeczny ferment. Ostatnie dni Realistycznego w ich mieście celnie i gorzko opisał Filip Springer w swojej świetnej książce "Miasto Archipelag". Potem grupa przeniosła się do Lublina, gdzie pod auspicjami lokalnego domu kultury pracowała z dziećmi i młodzieżą mieszkającymi w owianej złą sławą dzielnicy Stare Bronowice, realizując między innymi działania w ramach programu "Lato w teatrze". Współpraca skończyła się po roku - dziś Realistyczny znowu staje przed pytaniem o swoje miejsce i przyszłą działalność. Nie ma wątpliwości, że to jeden z trudniejszych momentów w dotychczasowej drodze grupy.

Spektakl BUM - zrealizowany dzięki konkursowi OFF: Premiery/Prezentacje 2016 poznańskiego Teatru Ósmego Dnia - wyrasta z tych właśnie doświadczeń. Choć nie opowiada o nich wprost, starając się je uniwersalizować, czuć w nim wyraźny ton rozczarowania nieprzychylną rzeczywistością, która utrudnia podejmowanie życiowych decyzji, czy wzięcia pełnej odpowiedzialności za własną dorosłość. Bohaterki "BUM" to po prostu członkinie Realistycznego, które mówią - to w alternatywie wciąż żywy zabieg - we własnym imieniu, tworząc coś w rodzaju wariantów siebie samych na scenie. Ubrane w dopasowane kostiumy sugerujące robocze kombinezony i buty na obcasach, otwierają spektakl karykaturalną rewią. Poruszając się jak modelki na wybiegu wypowiadają hasła niczym populistyczni politycy - "jesteśmy poruszone, że możemy się z wami spotkać", "wojna nie jest rozwiązaniem", "historia nie napisze się sama", "dla większej sprawy nie szkoda poświęceń", "dobra zmiana jest możliwa", wreszcie też znamienne: "jesteśmy ludźmi czynu". Wiedząc, skąd Teatr Realistyczny się wywodzi, jakie wartości wyznaje i jakiej pracy się ostatnio poświęca, ogląda się tę scenę z niepokojem - przecież duża część haseł, które w niej padają, aktorki mogłyby potraktować całkiem serio. Nie pierwszy raz zresztą alternatywa podważa samą siebie, poddając krytycznej próbie swoje własne idee - mam zresztą wrażenie, że to wytrącenie ze strefy komfortu jest jednym z głównych założeń tego spektaklu.

Realistyczny mówi w "BUMie" o "wyprzedaży dla wszystkich", o tym jak wartości i idee potwornieją w ustach demagogów, lub przeciwnie - rozcieńczają się w powierzchowności medialnych przekazów. Nie ma komu ufać i nie ma w co wierzyć, tym trudniej robić swoje, nie podejmując zwulgaryzowanego języka, jakim posługują się "gadające głowy". Bohaterki spotykają się podczas grupowej terapii - dręczą je bezsenność i stany lękowe. Frustracja rodzi w nich potrzebę działania, dlatego podejmują decyzję tyleż radykalną, co straceńczą - wysadzają w powietrze Polskę. Oglądamy potem długą projekcję, w której światowe autorytety pochwalają ten gest, wynosząc cztery dotąd anonimowe młode kobiety na piedestał. Pod tą karykaturalną fantazją o zrównaniu z ziemią naszego kraju, pulsują jednak poważne pytania. Czego trzeba, żeby zwrócono na nas - na naszą pracę, ideę, wartości - uwagę? Czy trzeba zaistnieć na okładkach kolorowych magazynów, żeby w ogóle dostać głos do mówienia o tym, co naprawdę istotne? I kto zdecyduje, jak ten głos wybrzmi? Co się zyskuje, a co się traci, biorąc udział w tej grze? W kolejnej sekwencji bohaterki starają się jak najefektowniej wypowiedzieć, w co wierzą - robią to jednak, jakby brały udział w castingu. Jedna z nich zaczyna od fikołka i mówi z rozłożonymi szeroko rękami: "Nam chodzi o władzę każdego człowieka nad sobą, to rodzi odpowiedzialność, a to wartość, której teraz brak". Karci ją głos z offu: "Zrób coś z tym łamiącym się głosem. Przecież w to wierzysz - tak czy nie?".

Choć przez cały spektakl w centrum sceny migają nieprzyjemnie ledowe lampy, które układają się w kształt polskiego terytorium, bohaterki nie chcą się użalać, czy zwalać winy za swój trud na jakichś złych "onych". Chciałyby jak sądzę - i chyba przede wszystkim to jest stawka o jaką walczą - móc wziąć swoje życia we własne ręce, czy mówiąc najprościej - wejść w dorosłość. Te tematy skupia figura pluszowego misia, którego jedna z bohaterek w pierwszej części spektaklu puszcza do góry na wypełnionym helem balonie. Miś wraca w drugiej części spektaklu, ale już jako wielki potwór, który najpierw przebiega z pistoletem wśród widzów, potem zaś obezwładnia bohaterkę i wypruwa z jej brzucha watę. W finale, kiedy "jego głos dociera w końcu do milionów", wypowie hurraoptymistyczny monolog o nadziei, wspólnocie i walce o wolność. Ale jak niemal wszystko w spektaklu Realistycznego, także i ten głos jest wzięty w cudzysłów - znów nie wiemy, czy pod kostiumem pluszowego misia jest ktoś, komu można zaufać.

Przy całej tej przemyślanej intelektualnie narracji, "BUM" ma słabości. Wybrzmiewa ze zdecydowanie mniejszą mocą, niż wcześniejszy "Manifest", który został zrealizowany według podobnej formuły, ale był znacznie bardziej precyzyjny w swojej konstrukcji i przebiegu, miał w sobie też więcej wykonawczego nerwu. W "Bumie" niejednokrotnie gubię się w jego otwartej strukturze - nie zawsze rozumiem kto jest kim, jakie są przyczynowo-skutkowe zależności między kolejnymi sekwencjami - trochę też fałszywie brzmi zbyt deklamacyjny ton niektórych dialogów. Mam jednak świadomość, że spektakle offowych grup często przeobrażają się w trakcie eksploatacji - praca nad nimi zwykle nie kończy się w dniu premiery, ale jest kontynuowana przez cały czas wystawiania. Stąd niejednokrotnie przedstawienia te swoją pełnię osiągają po roku, czy nawet dwóch latach grania. Rozumiem w końcu, że "BUM" wyrósł z potrzeby, by ambitnie i bez taryfy ulgowej zmierzyć się z tym, co dziewczyny z Realistycznego dotyka dziś najmocniej. I w tym sensie jest prawdziwy.

Szymon Kazimierczak
e-teatr.pl
20 marca 2017

Książka tygodnia

Tragedie I: Eurypides
Towarzystwo Naukowe KUL
Eurypides

Trailer tygodnia

Dziadek do orzechów
Jurij Grigorowicz
W wielu krajach nie ma Bożego Narodze...