Jesteśmy wielofunkcyjni

Rozmowa z Markiem Brandem

- Przez lata gry ze swoim Teatrem Zielony Wiatrak nauczyłem się korzystać z tego, co mam. Jestem przyzwyczajony do przestrzeni nieteatralnych - mówi Marek Brand, koordynator działającego w gdańskiej Plamie Teatru w Blokowisku.

Jeśli Zaspa jest dzielnicą artystów, to jej serce bije przy Pilotów 11. W Klubie Plama Gdańskiego Archipelagu Kultury spotykają się artyści i widzowie. Z Markiem Brandem, koordynatorem działającego w Plamie Teatru w Blokowisku rozmawiamy o tym wyjątkowym przedsięwzięciu.

Łukasz Rudziński:
Klub Plama bardzo szybko zaczął się zaprzyjaźniać z teatrem. Co doprowadziło do tego, że na Zaspie wyrósł Teatr w Blokowisku?

Marek Brand: W Plamie pracuję do stycznia 2009 roku, ale teatr w klubie przy Pilotów 11 , był obecny dużo wcześniej. W starej części klubu, na małej scence, odbywały się przedstawienia dla dzieci i dorosłych. W październiku 2007 roku, na festiwalu Windowisko prezentowałem spektakl "Zamiana", który oglądała Elwira Twardowska, ówczesna szefowa Plamy. Po przedstawieniu zaproponowała mi, bym w Plamie pokazał ten spektakl, wspominając, że za kilka miesięcy oddana zostanie do użytku nowa scena. Kilka miesięcy później rozstawałem się z Sopocką Sceną Off de BICZ, a w Plamie właśnie skończył się remont nowej części budynku (obecnie tu mieści się scena Teatru w Blokowisku i pracowania malarstwa). Elwira zaproponowała mi przygotowanie premiery spektaklu inaugurującego działalność nowej sceny.

Tą premierą było "Szaleństwo we dwoje" Eugne'a Ionesco.

- To był pomysł Elwiry. Zaproponowała mi tekst Ionesco i obsadę - Iwonę Fijałkowską i Macieja Szemiela. Pod koniec czerwca 2008 roku odbyła się premiera. Zagraliśmy tylko dwa spektakle, bo nadchodziły wakacje, a wraz z nimi wytężona praca nad Festiwalem FETA. Po premierze Elwira zaproponowała mi pracę w Plamie jako koordynator projektów teatralnych.

Teatr w Blokowisku od początku wyróżniał się na tle innych repertuarowych trójmiejskich teatrów nie tylko oryginalną lokalizacją. Dlaczego?

- Zaczęliśmy się z szefową Plamy zastanawiać jak nazwać tę scenę i kiedy będziemy grać. W obsadzie "Szaleństwa we dwoje" był wspomniany Maciej Szemiel, aktor Teatr Wybrzeże, który w swoim teatrze miał wolne poniedziałki, więc pomyślałem "czemu nie poniedziałek?". I na tych poniedziałkach stanęło, chociaż ostatnio - na życzenie widzów - testujemy przynajmniej raz w miesiącu grę w niedzielne wieczory. Przygotowując pierwszą premierę zastanawialiśmy się również nad nazwą sceny. Chcieliśmy, by nawiązywała do lokalizacji. W końcu Elwira zaproponowała "Teatr w Blokowisku". I tak zostało.

Dostałeś przestrzeń i zacząłeś tworzyć teatr repertuarowy pomiędzy blokami. To duże wyzwanie?


- Nic nie przychodzi łatwo. Stworzenie spektaklu to wysiłek grupy ludzi, produkcja przedstawienia w takich warunkach wymaga determinacji, której nam tutaj nie brakuje. Bo to nie jest teatr zawodowy - nie mamy na etacie oświetleniowca, akustyka, garderobianej - wszystko robimy własnymi siłami. Jednak przez lata gry ze swoim Teatrem Zielony Wiatrak nauczyłem się korzystać z tego, co mam. Jestem przyzwyczajony do przestrzeni nieteatralnych. Pierwsza premiera Zielonego Wiatraka odbyła się w piwnicy, później była sala gimnastyczna Technikum Chemicznego, potem strych... Przez całe życie robię własny teatr, który pozwala mi na inscenizację moich i nie tylko moich tekstów, ale za wolność artystyczną płaciłem amatorskimi zasadami współpracy z teatrami. Warunki, jakie mamy w Teatrze w Blokowisku, są w tym kontekście bardzo dobre.

Jaka publiczność przychodzi do Teatru w Blokowisku? Widzowie do was wracają?

- Wiemy, że tak jest. Zaczęło się od studentów i licealistów, najczęściej spoza Zaspy. Nasze działania promocyjne początkowo były bardzo skromne. Rozdawaliśmy ulotki na uniwersytecie, czy przy stacji SKM. Nie mam z tym problemu, by rozdawać ulotki na własne spektakle. Jak trzeba, to sprzedaję bilety lub sprawdzam je przy wejściu na widownię. Jesteśmy wielofunkcyjni. Z tego powodu od początku miałem też bezpośredni kontakt z widzami. Gdy repertuar zaczął się rozrastać, publiczność zaczęła się zmieniać. Zaczęli przychodzić ludzie starsi, w tym mieszkańcy Zaspy. Był przypadek, gdy wpadła do nas po bilety pani w kapciach, która mieszka w sąsiednim bloku. Przyjeżdżają też ludzie z Gdyni. Mamy wcześniejsze rezerwacje dla grup zorganizowanych spoza Trójmiasta, np. z Wejherowa. Obecnie jest to publiczność zróżnicowana, a część widzów dopytuje się o kolejne premiery. To bardzo miłe.

Łatwo wystąpić na scenie Teatru w Blokowisku? Jesteście otwarci na propozycje innych teatrów?

- Zawsze oceniam to, na co zapraszam. Mamy pewien poziom propozycji artystycznej, którego nie chcę zaniżać. Spektakl może być kontrowersyjny, ale musi być zrobiony na określonym poziomie. Osobną kwestią są finanse. Pamiętajmy, że robimy teatr, ale działamy w Plamie w strukturach domu kultury. Nasze produkcje są tworzone niemal po kosztach, dlatego możemy zaproponować bilety w cenie zaledwie 10 zł. Pokaz gościnny to przeważnie większy koszt. Dlatego też inne teatry zapraszamy dość rzadko, ale mimo to raz na miesiąc, dwa prezentujemy spektakle gościnne. Poza tym jesienią organizujemy ogólnopolski Festiwal Monoblok. Ciągle też jesteśmy odkrywani przez trójmiejską publiczność. Z szacunku do widzów, którzy do nas przychodzą, bardzo uważam na to, by nie zapraszać kiczu. By publiczność nie zraziła się do naszej sceny. Bo zadowolony widz wraca, niezadowolony dużo rzadziej.

Listopadowy Festiwal Monoblok to okazja, by rzadko w Trójmieście oglądany teatr jednego aktora zobaczyć w dużej dawce w jednym miejscu.


- Po dwóch latach działalności Teatru w Blokowisku, doszedłem do wniosku, że powinien się tu odbywać jakiś przegląd, spotkania lub festiwal. Był to akurat czas, gdy realizowałem monodram "Nosorożec w jeżynach", a gościnnie wystąpił u nas Jacek Majok z monodramem "Słowo o Jakubie Szeli". I doznałem olśnienia, że mamy niszę, którą można wypełnić. Tym bardziej, że odbywający się w Słupsku festiwal monodramów "Sam na scenie" przeszedł właśnie do historii. Nasz festiwal jest świetną okazją, by przyjrzeć się temu, co się dzieje w polskim monodramie. Okazuje się, że wielu twórców zawodowych chętnie pokazuje swoje monodramy poza rodzimym teatrem. Tak było podczas ubiegłorocznej edycji Monobloku, która została zbudowana w oparciu o aktorów zawodowych. To jest dla mnie moment oddechu. Wrzucamy inne teatry na naszą scenę i sami jesteśmy ciekawi, co z tego wyniknie.

Jakie artystyczne plany przed Teatrem w Blokowisku?


- Na pewno utrzymamy repertuar poniedziałkowy dla dorosłych (spektakle o godz. 19), a w niedzielę (godz. 17) repertuar dla dzieci. Jeszcze w maju chcę zaprosić Grzegorza Szlangę z monodramem "Lolita" w reżyserii Stanisława Miedziewskiego. Pod koniec maja planujemy premierę - będzie to tekst o teatrze, piętnujący szmirę w sztuce. Tytułu nie podam, bo chcę skonsultować z autorem sztuki pewne zmiany, jakie wprowadzam do tekstu w swojej realizacji. Później przerwa wakacyjna. Do teatru wracamy w październiku, a 9-10 listopada zapraszamy na kolejną, trzecią edycję Monobloku. Po festiwalu będzie premiera na podstawie mojego autorskiego tekstu "Łoni" - dwie główne postaci to "Łon" i "Łona", które dopiero pod koniec sztuki zyskują swoje imiona.

Będziemy więc kontynuowali to, co zaczęliśmy w 2008 roku. Myślę, że ciągle jesteśmy tajemnicą dla wielu osób. Szczególnie cenne są dla mnie te momenty, gdy spotykamy się z zupełnie nieznaną widownią, nie tą premierową, a właśnie codzienną, po roku grania tytułu. Gdy nieznani mi ludzie zostają po spektaklu, by pogratulować i zapewnić, że chętnie znów do nas zajrzą. Dla nich przecież stworzyliśmy ten teatr.

"Głos z Plamy" jest cyklem artykułów o charakterze sponsorowanym, publikowanych raz w miesiącu i mającym na celu przybliżenie profilu placówki kultury Plama GAK i ludzi wokół niej skupionych.

Łukasz Rudziński
http://kultura.trojmiasto.pl
12 kwietnia 2012
Portrety
Marek Brand

Książka tygodnia

Sztuka aktorska Aleksandry Śląskiej
Uniwersytet Gdański
Marta Cebera

Trailer tygodnia