Język ciała

"Historia miłosna" - reż. Natalia Sołtysik - Teatr Współczesny w Warszawie

Jak dzisiaj opowiedzieć historię miłosną, nie ocierając się o kicz i banał - zastanawiał się już Roland Barthes we "Fragmentach dyskursu miłosnego". Nasz miłosny dyskurs zawłaszczony został przez tanie i niskie gatunki - romans, łzawy filmowy melodramat i ckliwą komedię romantyczną, wszystkie karmiące się tym, co zostało z karlejącego z czasem paradygmatu romantycznego, podnoszącego namiętność miłosną do rangi siły metafizycznej, fatum, zdolnego nas strącić w otchłań bądź wynieść pod niebiosa - w zależności od wzajemności partnera i przychylności losu

Jak uczą socjologowie, miłość w naszym świecie jest jednym z najważniejszych doświadczeń - to w niej szukamy spełnienia i poczucia autonomii, to ona pozwala nam, wraz z partnerem i dla partnera, realizować nasz potencjał. W ten sposób - jako realizację jednostkowej wolności - przedstawia miłość i nowoczesny paradygmat miłosny brytyjski socjolog Anthony Giddens w "Przemianach intymności".

Problemem wszakże jest język. Nie lubimy już dawnych obrazów i miłosnych metafor, nie umiemy traktować poważnie całego tego miłosnego sztafażu oraz "Tristana i Izoldy", "Wertera" i tradycji znakomicie niegdyś zanalizowanej przez Denisa de Rougemonta. Tak bardzo trąci szmirą, że trzeba ją wziąć w nawias, zdekonstruować. Dystansując się wszakże od owego dawnego, ośmieszonego języka, alienujemy się od własnych emocji, bo brakuje nam słów, którymi - na poważnie - moglibyśmy nazwać to, co czujemy. Szukamy po omacku nowego języka. O tym właśnie - mam wrażenie - jest "Historia miłosna" Natalii Sołtysik w warszawskim Teatrze Współczesnym.

Reżyserka sięgnęła po tekst Jeana-Luca Lagarce\'a, łączonego przez krytykę z Koltsem, mało znanego w Polsce francuskiego dramatopisarza, który zmarł w 1995 roku po blisko dziesięcioletniej walce z AIDS.

"Historia miłosna (ostatnie rozdziały)" opowiada - pewnie dość banalną - historię miłosnego trójkąta. On, on i ona - połączeni u progu życia krótką, acz intensywną relacją, która dla całej trójki okaże się najważniejszym wydarzeniem w życiu, namiętnością, której smaku i temperatury będą wiecznie szukać w innych doświadczeniach. Rozstaną się, bo ktoś tam się poczuł zdradzony przez pozostałą dwójkę, co po latach przestanie mieć znaczenie. Rozjadą się w poszukiwaniu ukojenia - może nowych miłości? - w różne strony. Ktoś się będzie uczył śpiewać, ktoś inny zacznie pisać książkę - o nich, o ich historii. Wybuchnie wojna, przyjdzie choroba, w końcu, po latach, zejdą się znowu, odnajdą w mieście swojej młodości, ale nic już nie będzie takie samo. Historia meandruje i zawraca niczym nieuregulowana rzeka, bohaterowie opowiadają o swoich uczuciach, rozpięci między pierwszą i trzecią osobą - może tak naprawdę są bohaterami powieści pisanej przez Pierwszego Mężczyznę? Te narracyjne zabiegi stanowią pewnie próbę ucieczki przed banałem strywializowanych przez kulturę masową wielkich miłosnych fabuł. Uczucia mają szansę zaistnieć jedynie w pęknięciach narracji.

Natalia Sołtysik podąża za owymi narracyjnymi meandrami, podkreśla nieciągłości, bawi się umownością świata przedstawionego. Tym, co zapewnia spójność i ciągłość scenicznego świata, jest cielesność aktorów.

Aktorzy wprawiają się na scenie w dziwny taniec, ich gesty całkowicie pozbawione są ilustracyjności, to raczej wyprowadzone gdzieś ze środka wibracje. Z jednej strony - podkreśla to ów efekt obcości, na którym zbudowane jest przedstawienie, z drugiej - nadaje ich obecności szczególną jakość. Dotyczy to zwłaszcza młodszej pary - Kobiety Katarzyny Dąbrowskiej i Drugiego Mężczyzny Wojciecha Żołądkowicza - energetycznych, żywiołowych, ganiających się do utraty tchu wokół wielkiego łóżka, stanowiącego najważniejszy element scenografii. Postać Pierwszego Mężczyzny Leona Charewicza zbudowana jest na kontraście w stosunku do tamtej dwójki. Wycofany, introwertyczny, trochę staroświecki, uciekający w pisanie i w chorobę, komunikuje swoje stłumienia także przez język ciała. Dystans aktorów do postaci - i reżyserki w stosunku do świata przedstawionego - wzmacnia także pomysł zabawy aktorów lalkami reprezentującymi ich postacie w drugiej części przedstawienia. Ten brechtowski zabieg i swiftowska zmiana perspektywy po raz kolejny ujmują w cudzysłów ich emocje.

Reżyserka wygrywa kontrasty - między intensywnością relacjonowanych emocji a dystansem wpisanym w role Dąbrowskiej, Charewicza i Żołądkowicza, między chłodem sterylnej, oświetlonej niczym szpitalna sala, jasnej przestrzeni zaprojektowanej przez Annę Czarnotę a rozwibrowanymi ciałami aktorów.

W pewnych rozwiązaniach i pomysłach, w sterylnej przestrzeni i skupieniu na ciele aktora, ale i w pytaniach, które stawia, przedstawienie Natalii Sołtysik przypomina "Fragmenty dyskursu miłosnego" Radosława Rychcika z Teatru Dramatycznego sprzed dwóch lat. Chociaż porównanie wypadnie pewnie na korzyść tego ostatniego - "Historia miłosna" wydaje się interesującą propozycją. Być może o emocjach można dziś mówić w teatrze tylko tak. Na chłodno, z intelektualnym dystansem. Być może emocjonalna prawda - postaci, aktora, widza - może się objawić jedynie w szczelinach dyskursu miłosnego.

Agata Chałupnik
Teatr
13 kwietnia 2011

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia