Jubileusz w Teatrze Śląskim

rozmowa z Aliną Chechelską i Markiem Rachoniem

Rozmowa z Aliną Chechelską i Markiem Rachoniem z okazji dwusetnego przedstawienia "Oskara i pani Róży" w reżyserii Grzegorza Kempinskyego w Teatrze Śląskim w Katowicach

Małgorzata Bryl: Za państwem dwusetne wystawienie „Oskara i pani Róży” - spektaklu, który wyreżyserował Grzegorz Kempinsky. Po licznych, wyjazdowych prezentacjach przedstawienie to wraca do miejsca, gdzie się narodziło, czyli na Małą Scenę Teatru Śląskiego. Nie zapytam jakimi drogami docierają państwo do swych postaci, ważniejsze wydaje mi się pytanie: czy po tylu wznowieniach wciąż jest możliwe świeże podejście do roli, poszukiwanie, proces.

Alina Chechelska: To trudne pytanie. Oczywiście, na samym początku wyznaczyliśmy sobie tory psychologiczne postaci, w które się wcielamy, zatem pewną niezmienną jest sposób funkcjonowania postaci na scenie. To wszystko ze sobą jest tak połączone, że z czasem automatycznie wskakuje się w rolę. Jednocześnie zawsze pilnujemy, żeby doszukać się czegoś prawdziwego na daną chwilę. Miałam też ciężkie przedstawienia z powodów osobistych. W zderzeniu ze śmiercią w rzeczywistości bardzo trudno było mi wejść na scenę i mówić przecież właśnie o tych kwestiach. Samo nasze życie powoduje, że nie możemy mieć do tego przedstawienia zawsze jednakowego podejścia.

Marek Rachoń: Pyta pani, czy po przerwie na kawę i papieroska damy radę wejść na scenę i zagrać to ponownie jeszcze dziś, po raz dwusetny pierwszy. Zawodowstwo polega na tym, że jeśli coś jest ustawione na pewnym poziomie, to poniżej tego poziomu się nie zejdzie. Jakkolwiek są takie przedstawienia, w których można wznieść się ponad scenę. To są przedstawienia wieczorne, gdy dostajemy skrzydeł. Ciężko zagrać na maksa o dziesiątej rano dla widowni, która czasem jest na zalegalizowanych wagarach.

Małgorzata Bryl: Marek Rachoń gra w tym przedstawieniu jedną postać – chorego nieuleczalnie Oskara, gdy tymczasem pani, oprócz cioci Róży, wciela się w kilkoro innych postaci powieści Erica Emmanuela Schmitta. Czy to zmienianie wcieleń w trakcie spektaklu jest dla pani dużym wyzwaniem aktorskim?

Alina Chechelska: To jest po prostu inny rodzaj zadania aktorskiego, ale akurat nie mam z nim problemu. Wchodzenie i wychodzenie z roli sprawia mi dużą frajdę, gdyż bawię się tym na scenie. Raz jestem Baconem, to znów Peggy Blue, ale przede wszystkim jestem ciocią Różą. Inne postaci są traktowane schematycznie, a główny temat koncentruje się wokół niej. Oczywiście, cały czas trzeba uważać, by to wszystko było czytelne dla widza.

Marek Rachoń: Pamiętam ze szkoły teatralnej, gdy się pół godziny stało w kulisach i  skupiało, by wejść w postać. Wydaje mi się, że dziś wystarczy sekunda i jest sie tym, kim chce się być.

Małgorzata Bryl: Czy dla pana rola Oskara jest najważniejszą w dotychczasowej karierze teatralnej?

Marek Rachoń: Chcąc nie chcąc tak właśnie wyszło, że o tej właśnie roli mówi się najwięcej, mimo że wykonałem już parę porównywalnych w innych spektaklach. Z tymże „Oskara i panią Różę” gramy już prawie pięć lat, a tamte po prostu zeszły z afisza. Dlatego można powiedzieć, że jest to moja najważniejsza rola. Mam nadzieję, że nie ostatnia...

Małgorzata Bryl: Fenomen tego przedstawienia to nie tylko tak długi czas obecności na afiszu, ale też prestiżowe nagrody, które zdobyło na festiwalach. Spektakl był grany również na rodzimych deskach teatralnych, ale też na licznych wyjazdach w Polsce i za granicą. Czy mają państwo jakieś szczególne wspomnienia z tym faktem związane?

Marek Rachoń: Pamiętam, że uderzył mnie szczególnie odbiór publiczności na Ukrainie. Widzowie ukrainscy reagują niezwykle emocjonalnie i po spektaklu przychodzą gromadami do garderoby, by podziękować. Takich łez w oczach polscy widzowie nigdy nie mieli, gdy graliśmy to przedstawienie tutaj. 

Małgorzata Bryl: Przedstawienie było też grane we francuskiej wersji językowej.

Alina Chechelska: Tak, graliśmy po francusku między innymi w Krakowie. Poza tym nawiązaliśmy współpracę z ośrodkiem językowym Alliance Francaise i przedstawialiśmy „Oskara i panią Różę” dla studentów i Frankofonów.

Marek Rachoń: W związku z wystawieniem krakowskim po francusku przypomniała mi się jeszcze pewna anegdota. Podobno podczas przedstawienia widzowie francuscy zadziwieni szeptali „Comme c\'est bizarre” [śmiech]. Nie mogli się nadziwić, że Polacy potrafią mówić po francusku...

Małgorzata Bryl: Dziękuję państwu bardzo i życzę co najmniej kolejnej setki na afiszu.

A.Ch. i M.R. : Dziękujemy.

Małgorzata Bryl-Sikorska
Dziennik Teatralny Katowice
3 grudnia 2009

Książka tygodnia

Street Art. Wielcy artyści i ich wizje
Wydawnictwo ARKADY
Alessandra Mattanza

Trailer tygodnia