Jubileusz z wdziękiem

"Zemsta nietoperza" - reż. Grzegorz Boniecki - Opera Nova w Bydgoszczy

Nie będę ukrywał, że z niemałym niepokojem przyjąłem zaproszenie na jubileuszowy spektakl "Zemsty nietoperza" w Operze Nova, mając w pamięci inscenizacje, które wraz z upływem czasu zaczynały mocno pachnieć naftaliną i pogrążały się w interpretacyjno-wykonawczej rutynie oraz manierze, tracąc na wdzięku, lekkości i swobodzie

A wiadomo, że genialna operetka Johanna Straussa, oddychająca atmosferą Wiednia, została przygotowana na bydgoskiej scenie operowej 15 lat temu przez Grzegorza Bonieckiego (reżyseria)  i Mariana Stańczaka (scenografia). Pozostając w stałym repertuarze  doczekała się stu przedstawień, które niezmiennie są grane przy nadkompletach na widowni.

Tak było i podczas jubileuszowej prezentacji. Wszyscy melomani chcieli bowiem zobaczyć znowu po latach w roli Froscha, nadużywającego alkoholu  strażnika więziennego, Jana Kobuszewskiego, który przyjechał do Bydgoszczy zaszczycić swoją obecnością na scenie specjalnie na tę okoliczność przygotowany  spektakl. Piszę „specjalnie”, albowiem dyrektor Maciej Figas zadbał o odnowienie dekoracji w I akcie (podjął się tego zadania z powodzeniem Mariusz Napierała) oraz o atrakcyjne niespodzianki, które miały bawić i zaskakiwać  publiczność nie tylko w trakcie trwania widowiska na scenie, ale również podczas antraktu.

Obok popularnego aktora warszawskiego Teatru KWADRAT w setnym spektaklu zagrało kilku innych artystów, którzy wystąpili z nim na premierze w roku 1995. I dla nich było to zdarzenie i przeżycie szczególnie ważne i wyjątkowe.  Stanisław Baron od początku do dzisiaj gra w bydgoskiej realizacji postać Blinda,  Edward Stasiński dra Falke,  Małgorzata Ratajczak księcia Gigi Orlovsky’ego, a Janusz Ratajczak jest gotowy w każdej chwili wcielić się w postać Eisensteina lub Alfreda. Małgorzata Grela podczas pierwszej premiery śpiewała Idę, a na drugiej Adelę. Dziś po urodzeniu dzieci, występuje już tylko w roli Idy, jako że głos jej dojrzał do znacznie mocniejszych partii, zresztą nie tylko operetkowych.  Ryszard Smęda na premierze grał Franka, by potem  zastąpić Jana Kobuszewskiego w roli Froscha. Sto przedstawień ma też za sobą artysta chóru, Jerzy Doliński, który pracuje już w bydgoskiej operze ponad 30 lat.

Wszyscy jubileuszowi wykonawcy  zgodnie podkreślają, że żywotności dzieła Straussa upatrują nie tylko w muzyce wielkiego kompozytora, ale przede wszystkim w przezabawnym tłumaczeniu libretta, jakiego dokonał Julian Tuwim. Ryszard Smęda, pełniący w tym spektaklu funkcję asystenta reżysera, a zatem czuwający nad tym, by przedstawienie wciąż było atrakcyjne i świeże, nie ukrywa, że niezmiernie cieszy go powrót do tradycji obchodzenia i świętowania tego typu jubileuszy.

Dla dyrektora Figasa setne wystawienie „Zemsty nietoperza” to prawdziwy i niczym nie kwestionowany sukces bydgoskiej opery. – Najważniejsze jest to, by każdy spektakl był zbliżony jakością do premierowego. Tak, by praca wszystkich twórców  była wciąż widoczna. Dlatego cały czas dbamy o wysoki poziom wszystkich elementów  przedstawienia, gdyż  tylko to może nam zagwarantować powodzenie u publiczności i utrzymanie się tytułu w repertuarze przez następne kilka lat.  A zatem sukcesywnie będziemy odnawiać scenografię, która jest już nieco nadszarpnięta przez 15 lat eksploatacji. Wciąż wprowadzamy do obsady nowych solistów. Grająca Adelę Ewa Olszewska już zdążyła  podbić serca widzów nie tylko umiejętnościami aktorsko-wokalnymi, ale również niezaprzeczalnym talentem komediowym, tak w operetce Straussa niezbędnym  – powiedział przed podniesieniem kurtyny dyrygent, który ze stu zagranych przedstawień nie poprowadził tylko trzech.

Grzegorz Boniecki bydgoską „Zemstę nietoperza” wystawił zgodnie z regułami  gatunku uchodzącego za frywolny, nie próbował na siłę zmieniać charakterystycznej dla operetki konwencji i celnie, bez popadania w przesadę i rozśmieszanie na siłę,  rozpisał partyturę zabawnego  libretta na poszczególne postaci i sceny zbiorowe.  Trzeba przyznać, że spolszczona przez Tuwima opowieść  brzmi wciąż fantastycznie, zaskakuje wyrafinowaniem językowej finezji  i dużą dozą poczucia humoru. Wszystko, co oglądamy na scenie jest w dobrym guście i stylowe, co w przypadku operetki wiedeńskiej jest niezwykle ważne. Cały ruch sceniczny jest płynny, tak by publiczność mogła skupić się na intrydze, wokół której toczy się akcja i na postaciach kreujących nie tylko główne partie solistyczne.

Trzeba przyznać, że realizatorzy spektaklu potrafili tę komedię przebieranek z podtekstem erotycznym pokazać lekko, z przymrużeniem oka, w atmosferze zabawy  i z elegancją. Tak, by melodyjny walc mógł przemienić się w kielich prawdziwego szampana. Duża w tym zasługa śpiewaków, którzy nawet w rolach epizodycznych popisują się niemałym talentem komediowym, wykorzystując wyraziste środki aktorskie. Tak jest w przypadku wystudiowanej do najdrobniejszego gestu postaci kreowanej przez Stanisława Barona oraz w roli Ryszarda Smędy, który zdaje się mieć wrodzoną vic comica. Obydwaj aktorzy potrafią być zabawni nawet wtedy, kiedy nic nie mówią, ograniczając się tylko do gestu czy spojrzenia. A wiadomo jak łatwo w tego typu graniczących z groteską rolach wpaść w przerysowanie, podążające w  kierunku taniej burleski rodem z bulwaru czy galopady zwariowanych pomysłów sytuacyjnych. Postać Froscha została w jubileuszowym spektaklu zmultiplikowana i wcieliło się w nią dwóch artystów, obok Ryszarda Smędy pojawił się  na scenie Jan Kobuszewski. I był to duet dwóch godnych siebie partnerów.

Ewa Olszewska, w roli Adeli , jest rzeczywiście perłą bydgoskiego przedstawienia.  Czaruje nie tylko pięknym głosem, wirtuozerią koloratury,  ale też urodą, naturalnością  i młodością. Urzeka wdziękiem, swobodą,  lekkością i subtelnością  bycia na scenie.  Małgorzata Ratajczak, doświadczona już w rolach charakterystycznych, dyskretnie znaczyła dziwaczną i ekstrawagancką osobowość księcia Gigi, nawet wtedy kiedy do jej salonu wkroczyli przybysze z „Gwiezdnych wojen” i ku jej zdumieniu zapowiedzieli najbliższą premierę Opery Nova w Bydgoszczy, „Barona Cygańskiego”, w reżyserii Janiny Niesobskiej.  W roli zabawnego kochanka Alfreda ciekawie za prezentował się Janusz Ratajczak.

Dyrektor Maciej Figas, wiernie realizując  Straussowską  partyturę i towarzysząc solistom, w jubileuszowym spektaklu poprowadził orkiestrę sprawną ręką i ze smakiem wchodził w tempa. Dbał o precyzję intonacyjno-rytmiczną, o artykulację i  jasnym, czytelnym dźwiękiem rysował fabułę oraz występujące w niej konflikty. Wszystkie walce były pełne temperamentu, nie szarpane, a płynne, miękkie i stylowe.  Muzyka olśniewała tanecznym wdziękiem i lekkością melodii, zachwycała szlachetnym brzmieniem, urodą i barwą partii orkiestrowych. Szkoda tylko, że niektórym wykonawcom brakowało wyrazistej dykcji, co było szczególnie uciążliwe w partiach śpiewanych.

Wiesław Kowalski
Teatr dla Was
25 października 2010

Książka tygodnia

Ze szczytów Alp…Dramat i teatr szwajcarski w XX i XXI wieku
Wydawnictwo Uniwerystetu Łódzkiego
Karolina Sidowska, Monika Wąsik

Trailer tygodnia

Kto ukradł jutro?
Olga Ptak
Dlaczego wydałam tę książkę? Bo do ...