Już nie balet, tylko teatr tańca

rozmowa z Markiem Weissem-Grzesińskim

Zespół baletowy Opery Bałtyckiej staje się Bałtyckim Teatrem Tańca. Wiedziałem, że tak się to skończy. Z Markiem Weissem-Grzesińskim, dyrektorem Opery Bałtyckiej, rozmawia Jarosław Zalesiński.

- Kiedy na początku mojego dyrektorowania napisał pan, jako pierwszy, że w przyszłości balet stanie się teatrem tańca, afiliowanym przy Operze Bałtyckiej, pamiętam, że się na to obruszaliśmy: jak to, przecież nie mamy żadnych takich planów, żadnej ukrytej strategii. 

Ale zmienił pan zdanie.

- Z biegiem czasu, kiedy kolejne premiery baletowe nabierały konsekwencji i rozpędu, zaczęliśmy myśleć o tym, żeby ten dorobek zacząć zacząć pokazywać szerszemu światu. Zespół mógłby zacząć żyć takim życiem, jakie prowadzą kompanie wysokiej klasy.

Jako balet Opery Bałtyckiej nie mogliby się pokazywać?

- Niedawno prowadziliśmy rozmowy o całym tournee z pewnym szwedzkim impresario. To od niego usłyszeliśmy: ale jak ja mam was zapowiadać? Jako balet opery?

Motywy nowej nazwy są wyłącznie marketingowe? 

- Są również powody merytoryczne. W ciągu tych dwóch lata wykrystalizowała się pewna formuła teatru tańca, która odróżnia ten zespół od wielu innych. To po pierwsze propozycja dość jednorodna stylistycznie. A po drugie - to zespół wyjątkowy z tego względu, że przygotowuje duże spektakle współczesne. Zwykle zespoły tańca wystawiają krótkie sekwencje, dwudziestominutowe spektakle, łącząc je w jeden wieczór. Bardzo niewielu choreografów chce przygotowywać pełen wieczór teatralny.

Taki charakter nadała baletowi Opery Izadora Weiss. Bałtycki Teatr Tańca będzie jej autorskim zespołem?

- Nie. Izadora jest autorką nowego stylu i całej formuły BTT, pozostaje wciąż naszym głównym choreografem, ale w samej formule organizacyjnej nic się nie zmienia. W dalszym ciągu kierownikiem baletu jest pan Roman Komassa, który odpowiada za codzienną pracę zespołu i za rozwój poszczególnych osób. Także za to, jacy choreografowie będą z tym zespołem pracować. Teraz np. wspiera jako asystent Ho Sin Hanga, pracującego nad drugą częścią naszej najnowszej premiery, "Chopinart".

Ale jeśli BTT ma być wyrazistym, rozpoznawalnym zespołem, to.... 

- To właśnie z tancerzami muszą współpracować różni choreografowie. Oczywiście trzeba umiejętnie określić proporcje. Należy dbać o to, by stale pojawiał się ktoś nowy, ale nie może pojawić się ktoś, kto kompletnie zburzyłby nasze kryteria artystyczne i system wartości. Niemniej bez kontaktu zespołu z różnymi choreografami, a także bez podtrzymywania więzi z klasyczną bazą daleko nie ujedziemy. To mogłoby być nawet niebezpieczne.

Choreograficzna monokultura nie wyszłaby na zdrowie? 

- Zespoły baletowe, które poszły jedną drogą, prowadzone jedną ręką, prędzej czy później dochodzą do monotonii, powtarzania tego samego. Nawet jeśli ich spektakle są piękne, efektowne, to jednak podobna filozofią prowadzenia zespołu szkodzi tancerzom. 

Emancypowanie się zespołów baletowych to nie tylko gdańska specjalność. Tak np. stało się w minionym roku z baletem warszawskiego Teatru Wielkiego. Tendecja tworzenia równolegle z operą samodzielnego teatru tańca nie jest ani moim wymysłem, ani nie jest czymś nowym, także tu w Gdańsku.

Dyrektor Prądzyński z gdańskiej szkoły baletowej coś podobnego próbował niegdyś stworzyć. Był taki moment. Kiedy współpracę z baletem rozpoczynał Sławomir Gidel, również, wydaje mi się, myślał o czymś podobnym

Dzieje się to dopiero teraz, gdy zespół jest zupełnie inny. 

- Obecny nie ma już nic wspólnego z klasycznym zespołem baletu opery. W takim klasycznym zespole obowiązuje sztywna hierarchia... 

Z primabalerinami, koryfeuszami i zespołem w tle.

- Dzisiaj każdy nasz solista ma zapisane w umowie, że poza tym, iż jest solistą, ma też obowiązek tańczenia w zespole. Znieśliśmy podział, że ktoś tańczy ważne pas, potem schodzi do garderoby, a zespół męczy się nad stworzeniem tła. W zespole pracują nawet nasze najwybitniejsze indywidualności. To w balecie rzadkość. Ale to zdrowe.

Najbliższa premiera baletowa to "Chopinart". Zaproszenie chińskiego choreografa wzięło się stąd, że w graniu Chopina Azjaci są potęgą? 

- Chciałem z jednej strony pokazać interpretację muzyki Chopina przez człowieka, który - wiem to - jest uczuciowo bardzo związany i z tą muzyką, i z tradycją baletową.

Mowa o Emilu Wesołowskim. 

- Jednym z najważniejszych ludzi polskiego baletu, będących nośnikami tradycji baletowej. On pokaże naszą, domową wersję Chopina. A z zewnątrz zaprosiłem choreografa, który lubi Chopina, tak jak i innych kompozytorów, ale nie kojarzy mu się z polskimi wierzbami.

Tylko jest elementem globalnej kultury. 

- Tak jak dla nas ciekawa jest muzyka chińska, którą puszczamy sobie, ćwicząc tai-chi. Fascynacja panistów azjatyckich Chopinem wniosła do tradycji wykonawczej ogromnie wiele. Sądziłem, że coś takiego może się zdarzyć w choreografii. Obserwowałem, że w trakcie pracy Ho Sin Hang odnosił się z coraz większym zachwytem do tej muzyki, odkrywał ją, był coraz bardziej na kolanach, a Wesołowski, który na kolanach spędził przed Chopinem całe życie, wstaje z nich i podchodzi do tego bardzo nowocześnie. Bieguny się odwróciły. 

To spektakl baletu Opery Bałtyckiej czy Bałtyckiego Teatru Tańca? 

- To ostatnia premiera baletu Opery Bałtyckiej. Widać w tym spektaklu, że jedno się kończy, a drugie zaczyna.

Jarosław Zalesiński
POLSKA Dziennik Bałtycki
26 lutego 2010

Książka tygodnia

Amantka z pieprzem
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Grażyna Barszczewska, Grzegorz Ćwiertniewicz

Trailer tygodnia