Kaktusy też potrzebują wody

Rozmowa z Izabelą Noszczyk i Sebastianem Nowickim

My również pragniemy tego teatru. Pomiędzy marcem a czerwcem mieliśmy bardzo dużo zaplanowanych spektakli. To niestety wyleciało w kosmos... Premiera pierwotnie miała być w czerwcu. Chcę powiedzieć, że to dla nas wyjątkowy spektakl, w wyjątkowych czasach...

Z Izabelą Noszczyk i Sebastianem Nowickim, w przeddzień premiery „Przyszedł mężczyzna do kobiety, czyli pewnego razu w Łodzi" - rozmawia Maria Krawczyk z Dziennika Teatralnego.

Maria Krawczyk: Chciałabym dzisiaj porozmawiać trochę o idei Państwa teatru i oczywiście o nowej premierze spektaklu „Przyszedł Mężczyzna do Kobiety. Czyli pewnego razu w Łodzi". Teatr Scena Poczekalnia to instytucja kultury taka jak każda inna?

Sebastian Nowicki: To jest pewnego rodzaju pomysł na życie. Zawodowo od dawien dawna jesteśmy związani z teatrem. Iza jest aktorką po krakowskiej szkole. Ja natomiast przez długi czas pracowałem w teatrach instytucjonalnych. Jednak trzynaście lat temu postanowiliśmy zrobić pewien projekt teatralny w przestrzeni miejskiej w Kaliszu. Pracowaliśmy wtedy w Teatrze Bogusławskiego i przedstawialiśmy „Ławeczkę" według tekstu Gelmana. Z założenia teatr nie był partnerem tego wydarzenia. Wypłynęło to z naszej, prywatnej inicjatywy. Udało mi się namówić prezesa kaliskich linii autobusowych, żeby te premierę zrobić w poczekalni dworca PKS w Kaliszu (teraz już nieistniejącego). Na początku nie myśleliśmy o tym jako o projekcie, który chcemy kontynuować. Teatr w Kaliszu to wspaniałe i piękne miejsce, ale za mało się działo tam rzeczy poza teatrem. Nasz projekt udowodnił, że można „robić" teatr wszędzie i nie trzeba mieć pięknego budynku z pięknym fotelami. Stąd wzięła się nazwa „Teatr Scena Poczekalnia". A dzisiaj Scena Poczekalnia jest już pełną pasją, jest fundacją i narzędziem, które służy do realizowania marzeń. Podążamy tą drogą i mamy już szóstą premierę. Tym razem w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych.

M.K.: Dla mnie, Wasza działalność jest dowodem na to, że teatr to nie tylko instytucja – budynek, a przede wszystkim ludzie, którzy go tworzą.

Izabela Noszczyk: Tak! To prawda. Wszyscy ludzie pracujący z nami od trzynastu lat, to są pasjonaci, którzy zjeżdżają się z różnych stron Polski: z Łodzi, z Warszawy, z Zielonej Góry, z Rawicza. Łączy nas wspólny cel, robimy to, co kochamy. Obojętnie, gdzie byśmy się nie zebrali, każdy jest gotowy do działania, każdemu się chce. I to jest piękne!

M.K.: Czyli słowo „teatr" jest dla Was jednoznaczne ze słowem „pasja".

S.N.: Dla mnie, dla nas teatr to nie budynek. To jest ta ulotna chwila, kiedy w magiczny sposób łączy się widz z aktorem. Tylko tyle potrzeba. Reszta w moim odczuciu to jedynie „przydatne gadżety": scenografia, światło, muzyka -to pomaga i buduje przestrzeń. My nie mamy dużej siedziby, ale za to wielu partnerów, domy kultury w całej Polsce. I okazuje się, że można „robić" teatr, nie mając budynku. My z Izą uważamy, że teatr to ludzie, którzy chcą go tworzyć. Każdy aktor występujący z nami jest człowiekiem, który robi to zawodowo i ma doświadczenie, a do tego mu się chce!

M.K.: Wspomnieliście, że spotykamy się z okazji nadchodzącej premiery „Przyszedł mężczyzna do kobiety, czyli pewnego razu w Łodzi". Za waszym pozwoleniem chciałabym podzielić ten tytuł na dwie części. Zapytam od końca. „Pewnego razu w Łodzi". Czy ten element - miasta Łodzi będzie widoczny, będzie miał znaczenie? Jestem rodowitą Łodzianką, stąd moja wzmożona ciekawość.

S.N.: Powiem szczerze, że jest to mój pomysł. Chciałem połączyć ze sobą dwie przestrzenie – świat sztuki ze światem grantów i wszystkich tych rzeczy, które są ważne dla urzędników. Pozyskaliśmy, na tę realizację, mały grant w ramach akcji „Zdrowa kultura", która została ogłoszona przez Panią Prezydent Hannę Zdanowską i wymogiem było wypunktowanie akcentów łódzkich. Usiadłem i zacząłem zastanawiać się, jak te dwa światy ze sobą połączyć. Udało się! Chyba... (śmiech). W każdym razie otrzymaliśmy dofinansowanie i jutro publiczność będzie mogła ocenić efekty. Rzecz rozgrywa się w Łodzi, ale tak naprawdę może się dziać w każdym innym mieście. Punktem wyjścia jest galeria sztuki, gdzie przygotowano wystawę fotografii pod hasłem „Łódź Fabryczna między muralami". I tu startuje cała historia, reszty nie zdradzam.

M.K.: W takim razie teraz chciałabym wgryźć się trochę w pierwszą część tytułu spektaklu: „Przyszedł mężczyzna do kobiety". I właśnie. Co się dzieje, gdy przychodzi mężczyzna do kobiety. Czy są to wyjątkowe odwiedziny?

I.N.: Zawsze, kiedy przychodzi mężczyzna do kobiety albo na odwrót są to wyjątkowe chwile. W tej sztuce jest to bardzo podkreślone. Zarówno mężczyzna jak i kobieta to wielce samotne osoby, które ogromnie potrzebują kogoś drugiego. Nie mówię, że za wszelką cenę, ale potrafią wiele poświęcić, żeby ze sobą być. Ostatnio rozmawiałam z Sebastianem i Darkiem Taraszkiewiczem, że szczególnie w dzisiejszych czasach, wiemy, co to znaczy być samotnym i potrzebujemy wsparcia, radości i ciepła ze strony drugiego człowieka. Wydaje mi się, że to jest najważniejsze. Przyszedł, jest, i co będzie z tego dalej? To jest główne pytanie.

M.K.: Jest Pani odtwórczynią głównej roli. Czy jest coś, co zaskoczyło Panią w tej bohaterce?

I.N.: Myślę... To nie jest łatwe pytanie... Myślę, że zaskoczyło mnie właśnie to, że bardzo długo chcemy walczyć o drugiego człowieka. I, że to jest najważniejsze – byśmy nie byli samotni. Dla mnie, dla aktorki i dla człowieka życie samemu trochę nie ma sensu. Nie jestem kaktusem. Nie rosnę sama na pustyni. A nawet kaktus potrzebuje wody, więc myślę, że to bycie z kimś drugim jest bardzo istotne i w tej sztuce staje się najważniejsze.

M.K.: Gdy widzowie zasiądą na publiczności, co powinni zrobić, by dobrze przeżyć ten spektakl? Prosimy o jakieś wskazówki.

S.N.: Powiem szczerze, że pół roku temu nie mogliśmy przewidzieć, że tak będzie wyglądać premiera. Ale myślę, że będziemy ją dosyć długo wspominać, właśnie przez jej inność. Spektakl w Łodzi będzie mogło zobaczyć tylko trzydzieści osób. I każda z nich będzie musiała podporządkować się reżimom sanitarnym. To właśnie będzie ta ulotność. Jesteśmy jednak bardzo ciekawi, jak widzowie podejdą do tego przedstawienia. Cieszymy się, że są i mamy komplet.

M.K.: Ludzie w czasach pandemii pragną teatru?

S.N.: Myślę, że tak! My również pragniemy tego teatru. Pomiędzy marcem a czerwcem mieliśmy bardzo dużo zaplanowanych spektakli. To niestety wyleciało w kosmos... Premiera pierwotnie miała być w czerwcu. Chcę powiedzieć, że to dla nas wyjątkowy spektakl, w wyjątkowych czasach...

I.N.: I, że czekamy, czekamy, czekamy na spotkanie ze wszystkimi!

M.K.: Pani Izabelo, a czy łatwiej się gra przed taką mniejszą publicznością?

I.N.: To będzie rzeczywiście dziwne spotkanie. Dla mniejszej publiczności? Z pewnością wszystko stanie się bardziej intymne. Trzeba zachować czujność jako człowiek, artysta i aktorka, gdyż wszystko wydarzy się w swoim rytmie i będzie na wyciągnięcie ręki. Także czujność, czujność i jeszcze raz czujność!

M.K.: Serdecznie dziękuję za rozmowę! Premiera już 17 października 2020 w Akademickim Ośrodku Inicjatyw Artystycznych.

S.N.: My również, bardzo dziękujemy i zapraszamy serdecznie na spektakle!

Maria Krawczyk
Dziennik Teatralny Łódź
17 października 2020

Książka tygodnia

Rzecz w teatrze Jana Klaty
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Michalina Lubaszewska

Trailer tygodnia