Kamiński opowie o tym, jak woli bywać

"Jeden człowiek rozrywkowy" - 9.Krakowski Przegląd Teatrów Jednego Aktora

Z Emilianem Kamińskim, który jutro o godz. 19 w Śródmiejskim Ośrodku Kultury w ramach X Krakowskiego Przeglądu Teatrów Jednego Aktora wystąpi ze swoimi spektaklem "Jeden człowiek rozrywkowy", rozmawia Joanna Weryńska

-O czym jest "Jeden człowiek rozrywkowy" ?
To rzecz w dużym stopniu osobista. Pozbierałem w tym spektaklu sporo moich spostrzeżeń dotyczących kultury, polityki, przyjaźni, historii, spraw damsko-męskich i tematów bardzo poważnych.

-Polityka do nich także należy?
To zależy, po jakim kątem się na nią patrzy. Mój recital jest obrazem współczesnego człowieka, który w subiektywny sposób interpretuje otaczającą go rzeczywistość, jakże często satyryczną, więc od polityki nie da się uciec.

-W swoim przedstawieniu wykorzystał Pan również wiele anegdot zza teatralnych kulis. Rzeczywiście w teatrze jest tak wesoło?
Bywa. To środowisko, w którym spotykają się bardzo różnorodne osobowości, jest wśród nich wielu ludzi zabawnych.

-I rozrywkowych jak Pan. Potrafi Pan sypać anegdotami jak z rękawa. Skąd Pan je bierze?
Wszystko zależy od sytuacji. Ot, choćby ostatnio, jechaliśmy samochodem z moim sześcioletnim synem. W pewnym momencie mówi do mnie ,,Tata! Być albo nie być, ale to głupie pytanie...". Przyzna Pani, że to ciekawa interpretacja Szekspira. Nie powiedziałbym jednak, że jestem takim znów bardzo rozrywkowym człowiekiem. Każdą wolną chwilę pochłania mi od pewnego czasu mój prywatny Teatr Kamienica, który otworzyłem w Warszawie.

-W nim też jest na pewno wesoło.
Oj, czasami nawet za bardzo. Pewnie dlatego że na tej scenie czuję się bardziej bezpieczny niż w innych teatrach, gdzie nie zawsze pochwalano moje dowcipy. Żeby bez obaw zrobić komuś psikusa, trzeba tę osobę naprawdę dobrze znać. Poczucie humoru to towar reglamentowany. Przekonalem się o tym - kilkanaście razy lądowałem za swoje żarty na tablicy ogłoszeń z naganą, bo okazało się, że właśnie tego towaru komuś zabrakło. Na szczęście wszędzie utrzymuje się jeszcze tradycja tzw. zielonego przedstawienia, podczas którego można pozwolić sobie na różne śmieszne rzeczy. Kiedyś graliśmy z Wiktorem Zborowskim w "Dekameronie". Mieliśmy się wcielić w wielbłąda. On występował w roli głowy, a ja grałem ogon. Pomyślałem sobie, że często przecież zdarza się, że na scenie zwierzę się zsika, i postanowiłem włączyć ten element do mojej skromnej roli d... wielbłąda. Napełniłem więc dwulitrową butlę cienką herbatą, schowałem ją w spodniach i poprosiłem Witora, by na dany znak zatrzymał się na scenie. Nie uprzedziłem nikogo o moim pomyśle. Wielbłąd stanął i - jak przystało na porządne zwierzę - zaczął lać. Doprowadziłem do tego, że publiczność płakała ze śmiechu, a aktorzy dostali spazmów. Pełny sukces. O to mi chodziło. Po spektaklu dostałem naganę od asystentki reżysera, którym był Adam Hanuszkiewicz. Jednak mimo początkowej niechęci wprowadził mój wielbłądzi żart na stałe do spektaklu.

-A co się dzieje, kiedy aktor nie wytrzymuje i sam wybucha na scenie śmiechem?
Bywa, że kurtyna spada. Mnie na szczęście nigdy się to nie przydarzyło, ale wiele razy "gotowałem się" przed publicznością, czyli nie mogłem opanować śmiechu. Trzeba wtedy po prostu zrobić głęboki wydech i dalej grać.

-Chyba nie zawsze jest to łatwe, zwłaszcza gdy występuje się w skeczach kabaretowych. Pan ma na koncie najróżniejsze role. Które z nich przysporzyły Panu najwięcej problemów?
To zależy. Powszechnie wiadomo, że najłatwiej aktorowi zagrać kobietę, geja albo pijaka, bo to zdecydowane charaktery i typy. Najtrudniej zagrać zwykłego człowieka. Zdecydowanie łatwiej nim być. Dlatego ja od dylematu Hamleta "Być albo nie być" wolę swoje "bywać". To zresztą fragment mojego dzisiejszego spektaklu, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

Joanna Weryńska
Gazeta Krakowska Polska
21 lipca 2009

Książka tygodnia

Carroll, Baum, Barrie. (Mito)biografie i (mikro)historie
Wydawnictwo Universitas
Maciej Skowera

Trailer tygodnia

14. Międzynarodowy Fes...
14 Międzynarodowy Festiwal Teatrów La...