Każda epoka ma takiego Irydiona, na jakiego zasługuje

"Irydion" - reż. Andrzej Seweryn - Teatr Polski w Warszawie

W tym roku Teatr Polski świętuje swe 100. urodziny. Z tej okazji zorganizowana została wystawa pod tytułem: „Od Irydiona do Irydiona”, w której tradycja teatralna, a zarazem współczesne wykonanie dzieła Krasińskiego, wzbogacone zostały o zmiany mentalne danego wieku.

Co ciekawe, wystawa nawiązała do pośredniego przesłania sztuki. A mianowicie - każda epoka ma takiego Irydiona, na jakiego zasługuje.

Przygotowując się do obejrzenia spektaklu, nie mogłam przestać o nim myśleć w kategoriach „wytrawny/wykwintny/wybitny". Rozmyślaniom wtórowały wizje romantycznych bohaterów umierających za ojczyznę oraz kontemplacja wzniosłych ideałów minionej epoki. Zdarzało mi się zapominać i oddawać się natchnieniom, a czasem nawet wzdychać. Po przeczytaniu po raz kolejny dramatu Krasińskiego, pełna nadziei, udałam się do Teatru Polskiego.

Tuż przed spektaklem spotkało mnie miłe zaskoczenie, gdyż trafiłam na tłumy ludzi – głównie starszych. Bardzo mnie to ucieszyło. Jest to wielce elitarne grono wiernych widzów , o których uznanie bardzo długo i intensywnie się zabiega. Widziałam również młode osoby , księży, a nawet punków. Pomyślałam – sukces!

Nie tylko widoki zdały się przychylnie nastawiać do spektaklu – był też zapach kadzidła, przypominający młodzieńcze lata spędzone w kościele oraz symboliczną zadumę i modlitwę katakumb. W przeciągu kilku minut, byłam ponownie urzeczona!

Niestety, gdy tylko podniosła się kurtyna, ujrzałam scenografię albo coś, co dumnie próbowało ją zastąpić. Sześciany i prostopadłościany, już swą wymową nawiązujące do ruin Rzymu, wyglądały jak kubistyczne wyobrażenie o niedokończonym obrazie mistrza. Z lewej zaś strony znajdował się czerwony dywan, którego wymowę przez cały spektakl próbowałam odkryć. Może miał stanowić kontrapunkt do złota kubistycznych sześcianów i do surowości ścian? Może uzupełniał majestat Cesarza – władcy Imperium, który występował w czerwonych stringach wyolbrzymiających przyrodzenie aktora... Jedynego wytłumaczenia prostoty scenografii upatrywałam w zamiarach mistrza Seweryna (reżysera spektaklu), który chciał, by to słowa i gesty były trzonem spektaklu, by skupiały na sobie uwagę widzów, nierozpraszanych dodatkowymi zabiegami . Nadzieja ta jednak szybko prysła. Po pierwsze, z powodu wielkiego rozczarowania grą aktorską (Cieślak, skupiająca się na artykulacji wszystkich samogłosek dźwięcznych i bezdźwięcznych; Kwiatkowski, który główną rolę dostał chyba ze względu na warunki głosowe), po drugie, z powodu wykonywanej na żywo muzyki. Choć nawiązywała ona wprost do tekstu, była jak chór w teatrze greckim – komentatorem i jednocześnie bohaterem dramatu, przez złe umiejscowienie muzyków (z boku sceny) – skutecznie rozpraszała moją uwagę.

Przez cały pierwszy akt, który powinien być analogią do teatru klasycznego, doprawdy trudno było mi znaleźć pozytywy scen. Najbardziej uderzająca zdawała się interpretacja dramatu Krasińskiego. Irydion i jego siostra przedstawieni zostali jako kazirodcze rodzeństwo, z dominującym bratem, który często przemocą przymuszał Elsinoe do wykonywania ściśle określonych czynności. Scena, w której Elsinoe zgadza się na „wejście w progi nienawistne, życie wśród przeklętych, na oddanie swojego ciała synowi sprośności" (cesarzowi Heligabalowi), ciągana za włosy, rzucona na kolana, wypowiada słowa poświęcenia, odarte są zupełnie z romantycznego ideału dobrowolnej śmierci w słusznej sprawie. Dodatkowo Irydion, który kontynuuje dzieło swojego ojca, nie jest podobny do Irydiona Krasińskiego. Jego tragizm domagał się tragizmu antycznego, związanego z fatum, z wielką miłością do ojczyzny, siostry, ojca. Brakowało wahania, rozdarcia między powinnościami, jakie zostały nałożone na niego przez ojca, a później Massynissę, a miłością do siostry. Czuło się zaś wszechogarniającą żądzę zemsty. Przez to postać jest brutalna, chorobliwie zdeterminowana, bardziej makiawelistyczna niż antyczna, pozbawiona ideałów.

Irydion w jednej ze scen wyraźnie fałszował, śpiewając, co ciekawe, krótką, pieśń... Sztuczność jego kreacji była dostrzegalna prawie przez cały spektakl. Dumny, wyniosły, romantyczny, niemalże prorok Irydion, na deskach teatru wybrzmiał jako zawzięty, prący do przodu gwałciciel boskich nakazów, z dodatkowym aspektem komicznym – jako ziewający, śmiejący się, drapiący się, leżący i jedzący na scenie w ważnych dialogach... Czy o takiego Irydiona chodziło Krasińskiemu?

Massynissa, którego „powaga jest gorzka jak każde z jego słów" został przedstawiony niejednoznacznie. Z jednej strony swym czarnym strojem, stanowczością zaznaczał swoją obecność na scenie, z drugiej zaś, niczym jego charakter sceniczny nie przypominał księcia ciemności – szatana, do którego to miała nawiązywać jego postać. Za mało w nim było nienawiści, więcej, o ironio, mądrości podstarzałego pana, chwilami zaś naiwnego chochlika śmiejącego się z dokonywanego zła, triumfującego nad posłusznemu mu Irydionowi.

Kreacje Rupiliusa, Eubulusa, Symeona i Piladesa są również wielkim rozczarowaniem. Przypominają oni łobuzów, kmiotków-nieroztropków, średniowiecznych wagantów, klaunów z zaprzyjaźnionego cyrku albo opętanych. Ich dzikość, rozkoszowanie się złem, wzmożone przez dziwactwa – masochizm i sadyzm jednocześnie, kłóci się po raz kolejny z romantyczną ideą utworu, wprowadzając element niepotrzebnej, wymuszonej farsy.

Postać Heligabala jest najbardziej spójna. Stał on się reprezentantem imperium ze wszystkimi jego przywarami – z brutalnością, zwierzęcymi potrzebami, wykorzystywaniem, dzikością a jednocześnie z wielkim lękiem o przyszłe dni. To postać niezwykle złożona, trochę schizofreniczna. Imperator występował na scenie w pelerynie i w czerwonych stringach, co w wolnym tłumaczeniu mogło wskazywać tylko na jedno – ogromne potrzeby seksualne, a nawet uzależnienie. Sposób zalecania się do kobiety, która jest dla niego niedostępna – Elsinoe – również wskazuje na aspekt jego osobowości – zdobywanie i dominacja.

Irydion zawiera również wiele scen wskazujących na biseksualizm, czy też na słynne orgie starożytnego Rzymu. Na jedno skinienie imperatora: „dajcie wina i róż" spadają płatki róż i przyniesione zostaje wino. Poczym Heligabal kładzie się, przytula do siebie Irydiona i namiętnie go całuje... Róże te są obecne przez wszystkim sceny. W kontekście dramatu nie znaczą one niczego.

Przez cały spektakl doświadczałam nieczytelności scenicznych znaków, rekwizytów. Elsinoe, o której niewinności mówi tylko sukienka, czerwony dywan, prostopadłościany i sześciany stanowiące scenorafię, stroni Elsinoe, śmiech Massynissy, biseksualizm Irydiona...

Jedynym jasnym punktem spektaklu są sceny w katakumbach, postać biskupa Wiktora, którego głos, był jak głos z nieba, głęboki, doniosły, przejmujący. Kornelia, ukochana Irydiona, niezwykle prawdziwa, naturalna, a przez to tak piękna stanowiła dobry kontrapunkt do Elsinoe, której kreacja była sztuczna. Dodatkowo mroki zła rozświetlane były przez świece chrześcijan. Wyrażały tęsknotę, skupienie i odwagę kroczenia przez życie z Bogiem. W scenach tych najpełniej wybrzmiała idea misterium romantycznego opartego na średniowiecznych dramatach misteryjnych.

Każda epoka ma takiego Irydiona, na jakiego zasługuje. My mamy Kwiatkowskiego, drwiącego, donośnego, bez idei, z jakimś samczym zapędem przywódczym, z chucią i z pianą na ustach. Z bólem muszę przyznać, że „Irydion" w Teatrze Polskim wielce mnie zasmucił. Trudna w interpretacji sztuka Krasińskiego, pozostanie wciąż ciekawostką czasów wieszczów, tak niekompletną, fragmentaryczną, ledwie zarysowaną ideą ze spalonego teatru romantycznego.

Agnieszka Turska
Dziennik Teatralny Warszawa
2 marca 2013

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia