Każda nowa rola jest najważniejsza...

rozmowa z Martą Lipińską

Szalenie dużo wkładam i serca, i wysiłku, i myśli, i wyobraźni w każdą aktualną rolę, którą przygotowuję. Nie umiem pracować, że tak powiem, w "letnich temperaturach", zawsze daję z siebie maksimum i niezwykle uczciwie podchodzę do tego, co robię - mówi MARTA LIPIŃSKA, aktorka Teatru Współczesnego w Warszawie.

Z MARTĄ LIPIŃSKĄ, aktorką teatralną, radiową i filmową, rozmawiała Beata Stelmach-Kutrzuba:

Spytam banalnie: czy uprawia Pani wymarzony zawód?

- Tak. Nie od razu myślałam może o aktorstwie, ale zawsze pragnęłam zawodowo związać się z teatrem. Jako osoba bardzo naiwna marzyłam początkowo o reżyserii. Teraz jednak z punktu widzenia osoby dojrzałej wiem, że to było śmieszne i nie ma nic wspólnego z moimi zdolnościami.

Ponoć nie wychowywała się Pani w Częstochowie, choć takie informacje można wyczytać w Internecie...

- Nie, nie. To jest mylna wiadomość, dlatego wiele osób mnie o to pyta, ale widocznie jest jakaś inna Marta Lipińska, która zdawała w Częstochowie maturę. Ja natomiast cały czas kształciłam się w Warszawie - najpierw w Liceum im. Królowej Jadwigi, następnie w PWST. Jestem z krwi i kości warszawianką.

To ustalmy od razu jeszcze inne dane, bo w Wikipedii można przeczytać, że urodziła się Pani na Kresach, w Borysławiu.

- To prawda, tylko że Kresy to zaledwie dwa pierwsze lata mojego życia. Później jako repatriantka kilka miesięcy przebywałam w Gliwicach, po czym od razu przenieśliśmy się do Warszawy.

Karierę rozpoczynała Pani, wcielając się w postaci kobiet delikatnych, wrażliwych, często naiwnych. Czy taki wizerunek jest Pani bliski w rzeczywistości?

- Raczej był, kiedy byłam młoda i wyglądałam tak, a nie inaczej. Pewnie też bliska byłam swoją mentalnością takim kobietom. W miarę dojrzewania poszerzałam swoje emploi, różne inne rzeczy interesowały mnie w tym zawodzie, na szczęście reżyserów też, więc powierzano mi z czasem także inne role.

Na przykład jakie? Może któraś dla Pani była szczególnie ważna?

- Szalenie dużo wkładam i serca, i wysiłku, i myśli, i wyobraźni w każdą aktualną rolę, którą przygotowuję. Nie umiem pracować, że tak powiem, w "letnich temperaturach", zawsze daję z siebie maksimum i niezwykle uczciwie podchodzę do tego, co robię. Tak więc nowa rola za każdym razem jest tą najbardziej mnie obchodzącą, pochłaniającą i o niej najwięcej myślę. A potem, jak sięgam pamięcią wstecz, to są oczywiście role, które bardziej lub mniej lubiłam, które przyniosły mi trochę sukcesu lub nie. Najbardziej ceniłam sobie jednak te, które może nie były takim okrzyczanym sukcesem, ale mnie posuwały jakby krok do przodu w pracy zawodowej.

A konkretnie?

- Na przykład taka rola w "Odwrocie", sztuce Williama Nicholsona - bardzo trudna, dramatyczna. Niektórzy mówili, że ciężko było im przeżyć to przedstawienie, bo główna postać żeńska to kobieta z takim traumatycznym przeżyciem. Miałam świadomość, że ten spektakl jest niełatwy dla widza, ale i mnie kosztował sporo wysiłku.

Podczas Pani długiej kariery zawodowej zaszło wiele zmian w kulturze, także w teatrze czy filmie. Jak je Pani postrzega jako aktorka?


- Widzę, oczywiście, bardzo wiele zmian. Przede wszystkim wielu młodych aktorów nie ceni w należyty sposób warsztatu, który się zdobywa w teatrze. Marzą o tym, by grać w serialach, bo to przynosi szybką sławę i większe pieniądze. Często ostatnio słyszę, że po skończeniu szkół teatralnych pierwsze kroki kierują na jakieś castingi z nadzieją, że dostaną się do telewizji czy filmu. Za moich czasów, kiedy zaczynałam karierę, najważniejszy był teatr, był kolebką ważnych umiejętności w tym zawodzie. Uważam, że każdy aktor, który poważnie traktuje swoją profesję, zdobywa szlify w teatrze, a potem tylko odcina kupony od tego, co potrafi, umie zagrać.

Krótko mówiąc, dostrzega Pani komercjalizację swojego zawodu.


- Można to tak określić. Są też oczywiście i tacy, którzy nadal pracę w teatrze traktują serio, ale to są wyjątki wśród aktorskiej młodzieży. Na przygotowanie roli scenicznej trzeba pełnych dwóch miesięcy, nie mniej, i musi to być solidna robota, petnowymiarowa. A to, jak się wypadnie w jakimś serialu czy filmiku, to naprawdę w wielu wypadkach w ogóle nie zależy od aktora.

Skoro o komercjalizacji mowa, to jak się Pani zapatruje na "sprzedawanie" przez znanych aktorów swoich twarzy w reklamach?

- Niech sobie młodzi zarabiają na życie tak, jak chcą i jak muszą - nieraz o tym mówiłam. Ja osobiście nie musiałam i ustrzegłam się tego. Nie chciałabym na przykład reklamować proszków do prania, a potem grać poważną rolę w Teatrze Telewizji - jakoś mi to nie współgra. Ale nie potępiam tych, którzy to robią, a zwłaszcza gdy robią to dobrze, bo to też jest rodzaj aktorstwa. Niestety, tak szczęśliwych przypadków jak reklama kawy Pedros z Januszem Gajosem nie ma zbyt wielu.

Od 1962 roku jest Pani aktorką Teatru Współczesnego w Warszawie. Skąd taka wierność jednemu teatrowi?


- Jest mi w nim dobrze, wszystko mi odpowiada, dlatego tyle lat w nim tkwię. Próbowałam też różnych innych miejsc - grałam gościnnie w Teatrze Scena Prezentacje i w Teatrze Współczesnym w Szczecinie - ale zawsze jednak wracam do teatru na Mokotowskiej 13.

Jak się pracuje u męża? Maciej Englert jest Pani szefem jako dyrektor Teatru Współczesnego, a także reżyserem spektakli, w których Pani gra.


- Nie zawsze było tak, że mąż był moim zwierzchnikiem, ponieważ do teatru zostałam zaangażowana przez Erwina Axera i to on był moim dyrektorem i reżyserem przez wiele lat. Maciej Englert przyszedł do teatru dopiero w latach 80. Prawdę mówiąc, nie widzę różnicy, bo typ teatru, jaki proponuje, niewiele różni się od teatru Axera, a taki teatr bardzo mi odpowiada. Nie ma więc problemu.

Ma Pani bardzo artystyczną rodzinę: mąż - reżyser i dyrektor teatru, syn Michał - znany operator filmowy, córka - kostiumolog, więc też wybrała zawód związany z teatrem i filmem...


- Córka właściwie skończyła malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych, ale rzeczywiście zajmuje się projektowaniem kostiumów do filmów i spektakli. Wszyscy więc działamy "w sztuce", ale każdy w trochę innym zawodzie, każde z nas ma swoją "działeczkę".

Czy przekłada się to na atmosferę domu?


- Ależ oczywiście, mamy wspólne tematy do rozmów.

To pewnie i wnuki wybiorą zawody artystyczne...


- One są takie malutkie i kochane moje. Jak dorosną, to same zdecydują, co chcą w życiu robić.

Jest Pani bardzo lubianą przez widzów aktorką. Kochają Panią za Flizę ze słuchowiska "Kocham pana, panie Sułku", za Helenę z "Lalki" oraz liczne inne role, w tym ostatnio w popularnym serialu "Ranczo". Czy w życiu prywatnym spotyka się Pani z przejawami tej sympatii?

- Jak najbardziej i ułatwia mi to życie... Chociażby dlatego, że przyjemnie jest być otoczoną sympatią. Bardzo mi miło, że moja praca jest doceniana i lubiana, bo to znaczy, że jestem w tym, co robię, wiarygodna. Kiedyś, kiedy czasy były trudne, półki w sklepach "gołe", moje dzieci małe, a mnie zależało, by białko zwierzęce w pożywieniu dostawały, wtedy, przyznam, delikatnie korzystałam z tych przejawów sympatii - zawsze jakiś kawałeczek szyneczki "spod lady" dostałam. Ale poza tym staram się nie wykorzystywać mojej popularności.

Nad czym pracuje Pani obecnie? W czym możemy Panią zobaczyć na ekranie czy scenie?


- Przede wszystkim we wspomnianym przez panią "Ranczu". Właśnie skończyłam zdjęcia do piątego sezonu tego serialu. Poza tym stale grywam w teatrze w spektaklach, które były zrobione już wcześniej, lecz wciąż cieszą się powodzeniem u publiczności. Na przykład powoli zbliżam się do dwusetnego przedstawienia "Napisu" Sibleyrasa - to bardzo dobrze napisany i aktualny komedio-dramat. Lubię, gdy sztuka niesie jakiś ważny problem, a równocześnie daje szansę na komediowe zaprezentowanie go, bo człowiek składa się z takich rysów charakteru i w takich sytuacjach się znajduje, że czasem jest śmieszny, czasem żałosny, a czasem poważny. Co w najbliższej przyszłości? Rozglądam się, z tym że my, aktorzy, jesteśmy bardziej "komórkami do wynajęcia", niż sami możemy układać nasze zawodowe plany. Czekam więc na propozycje.

To życzę wielu i ciekawych, bo w wywiadach odżegnuje się Pani od emerytury.

- Ja się nie odżegnuję. Widzę nawet, że z wiekiem bardzo cenię sobie spokój. Mam już tę możliwość, że role mogę wybierać i "nie chwytam" wszystkiego, więc czekam na coś interesującego, wówczas chętnie podejmę się pracy. A tak, to wolę mieć troszkę odpoczynku i czas dla siebie oraz moich wnuków.

Dziękuję za rozmowę.

Beata Stelmach-Kutrzuba
Temi
11 grudnia 2010
Portrety
Marta Lipińska

Książka tygodnia

Wpadnij, to pogadamy...
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski, Łukasz Maciejewski

Trailer tygodnia