Każdy drobiazg opowiada historię

"Kukułka. Fikcyjny dokument" - reż. Łukasz Kos - Grupa Coincidentia w Białymstoku

Słoik ogórków, kawałek starej tapety podklejony rosyjską gazetą, figurka Matki Boskiej, czy paczka "Popularnych" i wreszcie zegar z kukułką mogą być artefaktami, które uruchomią ciąg niezwykłych zdarzeń. I tak powstaje "Fikcyjny dokument".

Grupa Coincidentia łącząc swoje siły z Figurentheater Wilde & Vogel oraz duetem Lehmann und Wenzel stworzyli niezwykły spektakl łączący wątki podlaskich historii ze światową popkulturą.

Wszystko zaczyna się od drobnego seansu hipnozy. Charlotte Wilde, nieustannie tworząca tło dźwiękowe "Kukułki", opowiada o trasie jaką przebyli artyści z niemieckiego Lipska do Solnik - miejsca, gdzie wspólnie tworzyli poszczególne sceny międzynarodowego spektaklu.

Reżyser i dramaturg Łukasz Kos, wzorem telewizyjnych paradokumentów, niczym Wielki Brat, objaśnia historię i znaczenie odnalezionych w Solnikach artefaktów. Ten tytułowy - zegar z kukułką - staje się bramą do innego świata. Świata wyobraźni, wspomnień, zapomnianych legend i przemilczanych cudów. Świata, w którym lepiej nie pytać o wykopane w lesie kości, a kontakt z urzędnikiem w sprawie zakupu działki po dawnej zabłudowskiej synagodze gościom zza zachodniej granicy jawi się prawdziwą drogą przez mękę. Prezentacja sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z jakąś kryminalna historią. Aktorzy w pewnym momencie improwizują, spierając się, czy odnalezione czyjeś prywatne zdjęcia mogą grać w sztuce.

Jednym z istotniejszych artefaktów będzie też stary telewizor Zefir. Artyści wykorzystują go jako jeden z ekranów projekcyjnych. Z przekazywaniem obrazów na żywo i miksowaniem wcześniejszych nagrań doskonale radzi sobie Stefan Wenzel. W końcu, kiedy momentami niebywale zabawna prezentacja (Paweł Chomczyk na przykład wyzna, że chociaż nie jest nałogowym palaczem, wypalił niemal wszystkie papierosy ze znalezionej paczki "Popularnych") dobiegnie końca, artyści ogłaszają przerwę, by na oczach widzów odtworzyć na scenie dawne domostwo.

To kilka rozstawionych sprzętów, między innymi telewizor, w którym nieco patologiczna rodzinka będzie oglądała mecz, gar z gotującymi się kartoflami, czy zaczepiony gdzieś w głębi fragment tapety. A że były to czasy, kiedy nikt nie słyszał o kanalizacji, wychodzący przed chałupę na papierosa kuzyn (Chomczyk), z odpowiednimi efektami dźwiękowymi, zagra oddanie moczu do wiadra. Na chwiejący się ganek wychodzi zapalić i pan domu (Stefan Wenzel) i jego małżonka (Dagmara Sowa w brawurowej charakteryzacji). Ich ogrywanie niepozornej listewki symbolizującej drzwi to prawdziwe perełki aktorskiej roboty. Ale kiedy posiłek zostanie już zjedzony, mecz obejrzany, zapada zmrok i wtedy budzą się koszmary. I tu do akcji w ulubionej przez widzów roli - marionetkarza - wkracza Michael Vogel. Jego pająk, któż wie czy nie jadowity, spaceruje po mniej lub bardziej pogrążonych w letargu mieszkańcach owego domu. Wcześniej zdumieni widzowie zauważą, że z zegara z kukułką wyjdzie niewielkie monstrum, zaś złowieszczo wyglądające ptaszysko - wszystko w typie klasycznych dla Vogla lalek - będzie chciało posiąść we władanie figurkę Matki Boskiej. Oczywiście symbolizuje ona pamięć o zabłudowskim cudzie i, jak przystało na dokument, nawet fikcyjny, uważny widz usłyszał wcześniej, że ówczesna bohaterka objawienia Jadwiga, nadal mieszka w miasteczku, ale nie chce o tym mówić. Nagle okazuje się, że brakuje Fiony Ebner, jednej z współautorek "Kukułki". Ale zamiast rozwiązania kryminalnej zagadki, wszystko zamienia się w wodewilową wersję piosenki Beatlesów "Rocky Rakoon". Bo polscy i niemieccy aktorzy przy okazji świetnie śpiewają na głosy zarówno ludową "Kukułeczkę" jak i finałowe "Because" - oczywiście także Lennona i McCartneya. I tak wielkie popowe hity przenikają się z mikrokosmosem Zabłudowa i okolicy.

I jeśli ktoś myśli, że to koniec spektaklu - znów się myli. Bo oto zaczyna się, nieco kojarzący się z albumem Pink Floyd "The Wall" sąd. Czworo lalkarzy odpytuje Stefana Wenzla nie tylko z odczuć związanych z grą, ale też... czy zapuścił na potrzeby tej sztuki wąsy. Bo kiedy na symbolicznym ganku pali papierosa, wygląda jakby był wyjęty z dawnego podlaskiego krajobrazu.

I tak - w nowoczesnej formie, z świadomym wykorzystaniem multimediów, drobnych przedmiotów, na oczach widzów odtwarza się lokalna historia. Pełna zabawnych obyczajowych scenek i tajemnic zakopanych gdzieś w głębi lasu, zagrzebanych w pamięci. O żydowskich sąsiadach, czy religijnych wzmożeniach. O świecie, którego nie ma, ale jego obecność wciąż odczuwamy mocniej, niż byśmy chcieli. Trzeba zobaczyć!

Jerzy Doroszkiewicz
Kurier Poranny
30 sierpnia 2019
Portrety
Łukasz Kos

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski