Każdy z nas chciałby w swoim życiu coś poprawić

Rozmowa z Jackiem Popławskim

Postanowiłem zrobić to przedstawienie bardzo zespołowo. Dlatego oprócz indywidualnych ról aktorów, ważnym zadaniem była ich współpraca jako zespołu. Często używam lalek, które muszą być animowane przez trzy osoby. Wymaga to zgranej współpracy i współtworzenia całości – jak klocki zaprojektowane w scenografii.

Rozmowa z - reżyserem spektaklu "Najmniejszy bal świata" w Śląskim Teatrze Lalki i Aktora "Ateneum" - Jackiem Popławskim.

W jaki sposób dotarł pan do tekstu „Najmniejszy bal świata"?

Tekst znalazł się w jednym z zeszytów wydawanych przez poznańskie Centrum Sztuki Dziecka, czyli zeszytów zawierających teksty nowych sztuk dla dzieci i młodzieży. Trafiłem na „Najmniejszy bal świata", który jakoś szczególnie do mnie się uśmiechnął.

Co pana zainteresowało, a może zaintrygowało w tym mądrym tekście Maliny Prześlugi?

Zwróciłem uwagę na rytm. Rytm dziania się tej historii, patrząc od zewnątrz na sposób prowadzenia dialogów między postaciami i na precyzję jego konstrukcji. To był pierwszy moment. Potem zanurzyłem się głębiej w historię głównej bohaterki.

Ponieważ „Najmniejszy bal świata" opowiada o zasadach budowania dobrych relacji między ludźmi, co przecież dotyczy zarówno dzieci jak i dorosłych, dla jakiego widza jest przeznaczony?

Postanowiłem zrobić ten spektakl dla widza najmłodszego. Mam na myśli czterolatki, no, ostrożnie trzylatki ponieważ jest tam parę scen – na przykład dotyczących Komara dużego, Lisa, który nie jest dość przyjaźnie nastawiony i prowadzimy spektakl na tyle lekko i bez przesileń emocjonalnych, żeby młodsze dzieci też mogły przeżywać spektakl. Naprawdę jednak myślę o całych rodzinach, ponieważ treść dotyczy właśnie całej rodziny. Zastajemy sytuację rozstrojonych relacji rodzinnych, w której główna bohaterka – dziecko – mająca zupełną dowolność daną przez rodziców - dowolność, która wynika z miłości rodziców nie potrafiących jej niczego odmówić. Tak ją kochają, że dziecko wchodzi z nimi w niczym nieograniczone relacje. One eksplodują, a my wkraczamy w momencie, kiedy cięciwa została już puszczona i trzeba to jakoś naprawić. Zatem problem dotyczy całych rodzin. W teatrze pokazujemy to w przesadzie, ale przecież każdy z nas ma w swoim życiu coś, co chciałby poprawić.

Czy spektakl będzie utrzymany w klimacie surrealistycznej abstrakcji, czy raczej zbliżony do realiów dzisiejszego świata?

Podróż głównej bohaterki polega na spotykaniu siebie w różnych krainach. To nie może być czyste lustro, a wręcz traktujemy ją jako krzywe zwierciadło w gabinecie luster. Stąd surrealizm, który jest z definicji nadany przez tekst, przez samą treść. Bardzo to pomaga ponieważ samą bohaterkę i nas oglądających wybija ze zwykłego rytmu i zmusza do poddania się  surrealistycznej przygodzie, by dopiero z drobnych jej elementów poskładać jakiś racjonalny wniosek. Scenografia zbudowana jest też w ten sposób, że między innymi używamy powiększonych klocków z literkami, z różnymi symbolami, które dzieci znają z zabawy. Takie rozchwianie rodzinne symbolizowane jest także przez klocki. Rozburzone klocki, z których budujemy jakąś sytuację. Potem niszczymy ją, budujemy w inny sposób i znów niszczymy. W końcu, główna bohaterka posiadająca już zdobyte w podróży doświadczenia jest gotowa, żeby zbudować z tych klocków jeden określony obrazek, jeden właściwy wzór.

Jakie cechy zawodowe brał pan pod uwagę dobierając sobie partnerów do stworzenia np. scenografii, kostiumów, choreografii, czy muzyki?

Zaczynając od końca - muzykę stworzył Michał Kowalczyk, z którym współpracowaliśmy przy wcześniejszych realizacjach. Byłem pewien, że stworzy subtelną, dopełniającą wyobraźnię muzykę. Muzyka ma działać na zasadzie uspokajania, nadawania przedstawieniu wspólnego rytmu. Z drugiej strony musi w sposób charakterystyczny podkreślać poszczególne sceny. Scenografię zrobiła Urszula Kubicz-Fik, którą miałem szczęście spotkać przy realizacji „Pastorałki dla wołu i osła", podczas której byłem asystentem reżysera. Miałem możliwość przyjrzeć się sposobowi myślenia i pracy Urszuli. Ujęło mnie jej myślenie abstrakcyjne, ale też nastawienie na szczególnego odbiorcę, jakim jest dziecko. Atmosfera wciąż nierozpoczętego Balu nadaje specyficzny rytm wszystkim postaciom . Każda ma swoja manierę, gest, melodię, które w sobie nosi w czasie przedstawienia. O ruch sceniczny zadbała Marta Bury subtelnie rytmizując i akcentując każdą z postaci.

Kluczową rolę - jak to w teatrze - odgrywają aktorzy, czy wobec nich przyjął pan jakąś szczególną zasadę planując obsadę do tego przedstawienia?

Postanowiłem zrobić to przedstawienie bardzo zespołowo. W związku z tym oprócz indywidualnych ról aktorów, ważnym zadaniem była ich współpraca jako zespołu. Często używam lalek, które muszą być animowane przez trzy osoby. Wymaga to zgranej współpracy i współtworzenia całości – jak klocki zaprojektowane w scenografii.

Prapremiera sztuki odbyła się w 2010 roku w Teatrze Animacji w Poznaniu, w ubiegłym roku Paweł Aigner wyreżyserował ją w Baju Pomorskim, czy widział pan którąś z tych inscenizacji?

Nie widziałem. Z jednej strony to dobrze, z drugiej – niedobrze. Mam ten tekst w swojej głowie na świeżo, choć nie miałem okazji zobaczyć tych realizacji.

W spektaklu postaci będą mówić o wychowaniu, przyjaźni, dobrych manierach, czy wrażliwości na drugiego człowieka. Nie obawia się pan ponadprogramowej dawki płynącego ze sceny dydaktyzmu?

Zawsze jest obawa o dydaktyzm. Staraliśmy się utrzymać odpowiednie proporcje, a dydaktyzm mieć z tyłu głowy, gdyż jest on wpisany w tego typu sztuki. Nie chcieliśmy jednak zbytnio obciążać tej fantastycznej podróży i zabawy. Mam nadzieję, że udało nam się zachować odpowiednie proporcje.

Czy realizując przedstawienie miał pan na uwadze nieco szerszy kontekst sposobu pokazywania dzieciom dzisiejszych problemów i form jakimi powinno się przekazywać istotne wartości, czy raczej koncentrował się pan na substancji samej sztuki?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. „Najmniejszy bal świata" to tekst nowy, współczesny. Postanowiłem spróbować tekstu Maliny Prześlugi, gdyż jej dramaturgia nie była wcześniej grana w Teatrze Ateneum. Chciałem sprawdzić jak aktorzy i widzowie przyjmą inny język, rytm, inaczej postawione akcenty. To wszystko w złożeniu z moją potrzebą współpracowania zespołowego i składania cząstek w całość dało mi wiele nowych doświadczeń i przemyśleń na przyszłość.

Ryszard Klimczak
Dziennik Teatralny
15 marca 2013
Portrety
Jacek Popławski

Książka tygodnia

Ksiuty z Melpomeną
vis-a-vis
Stefan Wiechecki

Trailer tygodnia