Kibole, Piłsudski i husarzy, czyli „Kordian" w Narodowym

"Kordian" - reż. Jan Englert - Teatr Narodowy w Warszawie

19 listopada 1765 roku odbyła się premiera „Natrętów" Józefa Bielawskiego w wykonaniu Aktorów Narodowych Jego Królewskiej Mości, polskojęzycznego zespołu powołanego przez króla, którego nazwę kilkanaście lat później zmieniono na „Teatr Narodowy". Dwieście pięćdziesiąt lat później Teatr Narodowy w Warszawie świętuje swój wielki jubileusz monumentalną sztuką w reżyserii Jana Englerta.

Na pustą scenę powoli wchodzi Danuta Stenka – dostojna, piękna, magnetyzująca. Prawdziwa królowa polskiego teatru. Wyrafinowana jasna suknia z białymi piórami, srebrna marynarka i białe włosy promienieją z mroku sceny. Po chwili dołącza do niej Mariusz Bonaszewski w czerni i czerwieni, i szpakowatym długim warkoczu. Siadają na przygotowanych na uboczu krzesłach i bez pośpiechu, w trochę znudzonych pozach zaczynają dialog. Rozpalają się światła rampy. Język polski sprzed dwustu lat rozbrzmiewa na scenie i dziwnie krzyczy z aktorów, którzy zaczynają przypominać bardziej prezenterów show niż Archanioła i Szatana. Tak zaczyna się „Kordian" w reżyserii Jana Englerta w Teatrze Narodowym.

Potem robi się już tylko głośniej, więcej, chaotyczniej, obficiej. Ważne postaci z historii Polski walczą o mikrofon i wykrzykują swoje postulaty. W tle biega husar z mało dostojną miną. Kibice piłki nożnej wyśpiewują „NIC SIĘ NIE STAŁO". Rejtan wybiega na przód sceny i rozrywa koszulę na piersi. Bogata scenografia Barbary Hanickiej, ruchome podłogi, animowane tło, lustra i ponad czterdzieści ról trzecioplanowych wraz z trzema Kordianami, pięcioma Wiolettami i dwiema Laurami powodują momentami zawroty głowy.

Tak, nastąpiło cudowne rozmnożenie postaci. Kordian ma trzy twarze. Doświadczoną, pooraną wiedzą, zmęczoną i strudzoną (Jerzy Radziwiłłowicz) i dwie neurotyczne, emocjonalne, nadreagujące (Marcin Hycnar oraz Kamil Mrożek). Niestety niełatwo znaleźć przekonujący argument za rozdzieleniem roli Kordiana na kilku aktorów. Niewątpliwie pozwoliło to na ładne wizualnie triki teatralne (między innymi ucieczkę Kordiana przed żołnierzami niezbyt dostojnie nasuwającą na myśl bajkę „Scooby Doo"), ale nie wzbogaciło w żaden sposób interpretacji sztuki. Ponadto ciężko było unikać porównywania talentów aktorskich wykonawców i pod tym względem partnerowanie Hycnarowi nie wyszło Mrożkowi na dobre. Typowy dla Hycnara lekko ironiczny, neurotyczny sposób gry postaci bił na głowę klasycznie patetycznego krzykacza Mrożka. Jeśli chodzi o Radziwiłłowicza, to uderzający był jego brak energii i znużenie, obecne przez cały spektakl. Taki miał być jego Kordian, czy to znudzenie aktora przebijało do odgrywanej roli?

Na obronę pomysłu zwielokrotnienia postaci przychodzi jedna z najlepszych scen całego spektaklu, a mianowicie próba zamordowania cara przez Kordiana. Hamletyczne szamotanie się bohatera z samym sobą zostało fantastycznie przedstawione w bardzo emocjonalnej walce Hycnara z Mrożkiem. Dodawały mrocznego piękna świetne projekcje wideo wyreżyserowane przez Marka Kozakiewicza. Innym pięknym wizualnie obrazem możliwym do zrealizowania dzięki temu konceptowi była prawie musicalowa scena Kordianów z Wiolettami.

Najciekawszym wątkiem spektaklu pozostaje jednak psychomachia. Archanioł (jak zawsze doskonała Danuta Stenka) po raz kolejny walczy o duszę ludzką z Szatanem (fantastyczny Mariusz Bonaszewski) i Mefistem (przyciągający wzrok Mateusz Rusin o świetnym głosie i z cudnymi miniscenkami z krzesłem), zmuszając Kordiana do wyboru: „Ginąć, umierać w imię szlachetnej idei czy żyć i psom szyć buty?". Powtarzalność procesu widać w lekkim znudzeniu obu stron, robią to już bardziej z obowiązku niż z pasji. Wydaje się, że diabłom już tylko Polaczkowie dają uciechę z kuszenia, dlatego zdobywają się na wysiłek stworzenia im przywódców na następne sto lat.

I nic dziwnego, przecież Polacy to wyjątkowo irracjonalny naród. Odważny, brawurowy, czasem szlachetny, bardzo dumny, ale i niezbyt lotny, zapalczywy i skory do „słusznego" gniewu. Znajdujemy radość we wspólnym krzyku, wspólnym ostracyzmie inności, boimy się tych, co wychodzą przed szereg. „Kordian" Teatru Narodowego tchnie tymi samymi emocjami, w tym sensie wspaniale ujął istotę polskości. Do tego zawarł w sobie wiele akcentów nawiązujących do historii samego teatru. Pojawiła się nieśmiertelna drabina Hanuszkiewicza, na krótką chwilę do spektaklu dołączył Ignacy Gogolewski, grający tytułową rolę w „Kordianie" z 1965.

„Kordian" Englerta to show monumentalne. W tym całym tempie, głośno wykrzyczanych ważkich słowach zagubiła się jednak teatralność. Najbardziej widoczna w pierwszej, ascetycznej, cichej scenie, tworzona była przez wielkich aktorów na ogromnej pustej scenie, gdzie zmagali się ze słowem w wielkiej bitwie człowieka i „czegoś więcej". Reszta spektaklu jest już bardziej świętem 250-lecia teatru i w tym sensie jest to święto bardzo udane. Widownia po zakończeniu show klaskała na stojąco teatrowi polskiemu. Czy klaskałaby tylko „Kordianowi" Englerta? Nie sądzę.

Anna Dawid
Dziennik Teatralny Warszawa
29 kwietnia 2016
Portrety
Jan Englert

Książka tygodnia

Słownik miejsc wyobrażonych
Państwowy Instytut Wydawniczy
Alberto Manguel, Gianni Guadalupi

Trailer tygodnia