Kicz i nieporadność reżysera

"Między nami dobrze jest" - reż. Piotr Waligórski - Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie

Od tego sezonu Teatr im. Aleksandra Fredry w Gnieźnie ma być inny niż dotąd: współczesny, awangardowy i wysoce artystyczny. Na początek nowa dyrekcja zaprosiła publiczność na premierę głośnej sztuki Doroty Masłowskiej "Między nami dobrze jest". Po jej obejrzeniu chciałoby się powiedzieć, "Między nami dobrze nie jest", przynajmniej w Gnieźnie.

Tekst Masłowskiej, a właściwie to co z niego zostało, jest ciągle współczesny. Z oceną wysokości artystycznej bym się wstrzymał, a awangarda jest nudna i zgrana.

Premierowa publiczność została wpuszczona do zadymionej sali teatralnej, że aż oko wykol. Przypominała mi się ubiegłoroczna Malta, ale tam każdy widz został o tym uprzedzony, a nawet musiał podpisać przed wejściem oświadczenie, że nie jest uczulony na dymy i stroboskopy.

Tu na szczęście stroboskopów nie było.

Kiedy wzrok się oswoił z dymem i ten się nieco rozproszył, na scenie zobaczyliśmy sytuację przypominającą kadr z filmu "The Day After" (u nas grany był pt. "Nazajutrz"). Starsza ode mnie publiczność natychmiast przypomniała sobie "Starą kobietę" Tadeusza Różewicza i "Końcówkę" Samuela Becketta Reżyser Piotr Waligórski poszedł dalej i tekst dramatu o nas, Polakach żyjących tu i teraz, przeniósł w przyszłość. Nie zaufał Masłowskiej i postanowił "dodać tkankę sceniczną". Zupełnie niepotrzebnie.

Poza tym, co to za "sceniczna tkanka"? Postaci błąkają się po śmietniku cywilizacji, a może raczej - starej rupieciarni, mędzą coś pod nosem, a Mała Metalowa Dziewczynka, która bawi się w tekście dramatu tworzeniem dziwnych słów, w wersji gnieźnieńskiej przypomina osobę niepełnosprawną intelektualnie albo mówiąc wprost -osobę upośledzoną, "wiejską wariatkę".

U Masłowskiej Halina, Mała Metalowa Dziewczynka i Osowiała Staruszka mówią różnymi językami, ciągle żyją w swoich światach, które nie przystają do siebie. W spektaklu Piotra Waligórskiego są do siebie podobne. Reżyser na rzecz "tkanki scenicznej" zredukował język i wystawił publiczność na próbę. Po przerwie widowni było już trochę mniej.

W drugiej części wieczoru reżyser zaserwował konfrontację Polaków ze śmietników z Polakami ze studia telewizyjnego. I tu pojechał kliszami celebryckimi na całego: reżyser przegięta ciota, gwiazdor filmowy - tępy osiłek, panienka lolitka na kilkunastocentymetrowych szpilkach i panienka z agencji w stroju sado maso. Tanie chwyty wyeksploatowane w teatrze. Puste i pozbawione sensów. Rozwleczone, jak w pierwszym akcie.

"Sceniczna tkanka" zamiast słowa, które u Masłowskiej jest najważniejsze i najatrakcyjniejsze, zawiodła zupełnie, kiedy przyszło zakończyć ten przydługi awangardowy skecz. Jedno zakończeni, drugie, trzecie i na absolutny koniec - sypiący z góry sztuczny śnieg. Kwintesencja kiczu i nieporadności reżyserskiej.

Miało być awangardowo. Inaczej niż dotąd. Wyszło jak wyszło.

Obserwuję Teatr w Gnieźnie od 40 lat. I wierzcie mi państwo, bywało w tym teatrze awangardowo. Na przykład w 1975 roku młody Bernard Ford-Hanaoka, reżyser i projektant mody, z ojca - Japończyk, po matce "niemiecki Włoch", zrealizował młodzieńczy dramat Juliusza Słowackiego "Mindowe". I to było naprawdę oryginalne przedstawienie, trudne do opisania, niesamowite i awangardowe - choć po latach myślę, że awangardowe na miarę Gniezna.

Stefan Drajewski
Polska Głos Wielkopolski
1 lutego 2014

Książka tygodnia

Ale musicale! Złote stulecie 1918-2018
Wydawnictwo Marginesy
Daniel Wyszogrodzki

Trailer tygodnia