Kicz w dobrym smaku

„Rock of Ages" - reż. Jacek Mikołajczyk - Teatr Syrena w Warszawie

Kiczowaty tapir, tona lakieru, skóra i błyszczące miniówki. A może do tego muzyka i szczypta dobrej zabawy? Proszę Państwa: oto lata osiemdziesiąte!

Jak uratować klub?

Bourbon Room było znaną miejscówką ludzi rocka. To tam swój pierwszy koncert zagrał zespół Arsenal. Kiedy rozpoczęła się modernizacja Los Angeles miejsce zostało skazane na zniszczenie. Tylko kolejny koncert legendarnej grupy może je uratować.

Poza ratowaniem Bourbon Room w fabule Rock of Ages jest miejsce na wątek relacji z rodzicami, a także korupcji, wolności. Oczywiście nie mogło zabraknąć romansu. Musical to mieszanka uniwersalnych problemów, które celowo zostały umieszczone jako maszyna napędzająca całe show. Bo to nie treść czyni je świetną rozrywką dla widza, lecz forma... a właściwie niekontrolowany przerost formy! To właśnie esencja lat 80 i główne filary, utrzymujące Rock of Ages.

Polacy jako Amerykanie

Przez świat musicalu prowadzi nas narrator i przyjaciel właściciela klubu, Lonny Barnett (Filip Cembala). To on jest pośrednikiem między publicznością, a sceną; łącznikiem pomiędzy latami, kiedy z kaset magnetofonowych słuchano Europe i Guns'n'Roses, a czasami światowej pandemii, internetu i Instagrama. Barnett prowadzi nas przez fabułę, „kreuje sceniczną rzeczywistość", a czasem przeszkadza bohaterom Muszę przyznać, że w pierwszej scenie Filip Cembala nie przekonał mnie do swojej roli, jednak już po chwili zobaczyłam w nim szalonego Lonny'ego i momentalnie wybaczyłam drobne potknięcie - tym bardziej, że był to pierwszy występ aktorów od 8 miesięcy ze względu na przerwę spowodowaną koronawirusem.

Wcześniej wspomniany wątek miłosny przede wszystkim dotyczy Drew (Rafał Szatan), początkującego rockmana zakochanego w Sherrie (Dominika Guzek), która dopiero „przecięła pępowinę" i wyprowadziła się z rodzinnego miasta prosto do Los Angeles. Marzeniem dziewczyny jest zostać znaną aktorką, jednocześnie kocha rocka i nie potrzeba wiele czasu, by odwzajemniła uczucia Drew. Dominika Guzek to jeden z moich ulubionych głosów w Rock of Ages. Świetnie sprawdziła się zarówno w delikatnych piosenkach jak „Patience" Guns'n'Roses, „More than words" Extreme, jak i w mocnych kawałkach.

Nie mogłabym pominąć znakomitej roli Agnieszki Rose, która swoim występem z pazurem przejmowała scenę. To obraz ideowej hipiski, dla której liczą się marzenia, uczucia i muzyka. Regina przykuwa się do klubu łańcuchem, rozwiesza banery, a na koniec nawet chce dokonać samobójczego spalenia. Śpiew aktorki ma porównywalną siłę z kultowym głosem Janis Joplin. Agnieszka Rose została stworzona do tej roli!

Ciekawe kreacje sceniczne przybrali Piotr Siejka wraz z Markiem Grabiniokiem. Aktorzy wcielili się w dwóch Niemców - ojca Hertza i syna Franza, próbujących zniszczyć ostatnią ostoję rocka w Los Angeles. Zabawny Franz od razu zyskuje sympatię publiczności swoją dziecięcą nieporadnością. Twardy, jak na Niemca przystało Hertz ostatecznie rezygnuje ze swoich planów i tak, jak tego syn zajmuje się osobliwą pasją z dzieciństwa. Takie rzeczy tylko w teatrze!

A technicznie...

Reżyser wykonał tanecznym krokiem ukłon w stronę polskiego widza i wtrącił do fabuły, posługując się postacią Drew, nawiązania do polskiego rocka (Lady Pank - Autobiografia, Dżem - Whisky). Ten zabieg ze strony Jacka Mikołajczyka sprawił, że jako widz poczułam się doceniona, a spektakl nie stał się bezmyślną kopią amerykańskiego oryginału. Każdy z zachodnich hitów został w przemyślany sposób przetłumaczony, co z pewnością wiązało się z nie lada wysiłkiem. Co usłyszymy w Rock of Ages? Szlagiery Def Leppard, Twisted Sister, Scorpions i wiele, wiele innych. Oczywiście po polsku. Aż chce się headbangować.

Bardzo ciekawiło mnie jakie kreacje otrzymają postacie musicalu, bo w przypadku lat osiemdziesiątych wbrew pozorom łatwo przedobrzyć stylizacje. W końcu kicz kiczowi nierówny. Tomasz Jacyków mnie nie zawiódł. Stroje bohaterów można śmiało nazwać określeniem „z charakterem"

Wiele teatrów muzycznych oferuje muzykę na żywo. Ale nawet jeśli zespół, czy nawet orkiestra jest elementem spektaklu to przeważnie dowiadujemy się o tym na koniec, kiedy artyści wychodzą się ukłonić publiczności. Inaczej jest z Rock of Ages. Muzycy są częścią show, przez cały czas biorą czynny udział w akcji, nie tylko grając na instrumentach, ale poprzez interakcję z bohaterami, czy drobne kwestie.

Ostatnim elementem składającym się na fenomen musicalu są efekty świetlne, bez których Rock of Ages po prostu by nie istniał. Każda scena to perfekcyjna gra kolorowych świateł, przy wykorzystaniu wielu technik oświetlenia. Nad reżyserią świateł czuwał Artur Wytrykus.

Rock's not dead

Musical Rock of Ages jest nie tylko zbiorem hitów, które kocha każdy rockman, ale również jest ucztą dla oka z pikantnymi żartami. Choć całość fabuły nie zaskakuje to każda kolejna scena jest muzycznym rollercoasterem w wesołym miasteczku lat osiemdziesiątych. To musical na światowym poziomie, który z pewnością zaoferuje niezapomnianą rozrywkę.

Beata Zwierzyńska
Dziennik Teatralny Warszawa
22 września 2020

Książka tygodnia

Dostojewski. Portret intymny
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Alex Christofi

Trailer tygodnia

"Odlot" - reż. Anna Au...
Anna Augustynowicz
Tytułowy Odlot nie jest jednak tylko ...