Klasyczny sukces Muzycznego

"My Fair Lady" - reż: Maciej Korwin - Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni

Gdyńska "My Fair Lady" w reżyserii Macieja Korwina to propozycja nie tylko dla wielbicieli klasyki gatunku. Okazała choreografia, uwspółcześnione brzmienie i sprawne aktorstwo gwarantem sukcesu.

Towarzystwo z wyższych sfer spotykające się na wyścigach w Ascot oraz przedmieścia pełne żebraków i panien lekkich obyczajów to dwa światy "My Fair Lady". Ich spoiwem jest historia Elizy, biednej kwiaciarki, która zupełnie przypadkowo staje się obiektem zakładu pomiędzy pułkownikiem Pickeringiem i profesorem Higginsem. Ten drugi postanawia "ulepić" z tej niezdarnej dziewczyny pierwszorzędną damę, która pełna ogłady może pojawić się na królewskim balu. 
Główne role w najnowszej produkcji Muzycznego powierzone zostały dotychczas mniej eksponowanym aktorom. W rolę Elizy - chłopczycy z przedmieścia, chwilami wulgarnej, ale kobiety z zasadami wciela się z wielkim powodzeniem Aleksandra Meller. Połączenie urody, prowincjonalnych manier, męskiego sposobu poruszania i ciekawej intonacji głosu zaowocowało przekonywującą i solidnie wypracowaną kreacją. Marek Richter jako profesor Higgins dzielnie towarzyszy Elizie, chociaż aktor potrzebował trochę czasu na rozegranie i wejście w rolę. 

Sporym zawodem jest kreacja Jacka Westera. Poza jedną sceną, rozegraną na wyścigach w Ascot, kiedy to z dużą dawką dowcipu rozmawia z matką Higginsa, jego Pickering jest niemrawym i pozbawionym oficerskiego sznytu jegomościem, którego jedynym zadaniem jest wypełnienie przestrzeni gabinetu.

Gabinetu, w którym od czasu do czasu poza gentelmanami i Elizą pojawia się służba profesora. W tej roli m. in. znakomita, pełna okrągłości i potrafiąca pokazać pazur Alicja Piotrowska (kucharka) oraz Artura Guza, najniższy, ale jakże barwny służący. Obie epizodyczne kreacje to dowód, że potrafiący tańczyć i śpiewać zespół Muzycznego stać na solidną grę aktorską.

Największym zaskoczeniem spektaklu jest Bernard Szyc. O ile w "Skrzypku na dachu" nie było żadnych wątpliwości, że pierwsze skrzypce należały będą do jego Tewiego. O tyle trudno było przypuszczać, że Szyc jako ojciec Elizy, Alfred Doolittle, zawładnie całą sceną. Dyskusja z profesorem Higginsem to aktorski majstersztyk, do tego doskonały taniec z drugiego aktu. Szyc ujmuje swym humorem i żywiołowością.

Najsłabszym ogniwem tej inscenizacji są kostiumy Jerzego Rudzkiego. Geometryczne wzory kreacji na wyścigach w Ascot można zaakceptować, duża w tym zasługa okazałych kapeluszy. Trudno jednak przejść obojętnie wobec pozbawionych powabu i elegancji sukien, w które odziane są damy na balu u królowej. To jedyny element układanki, którego brakuje do całkowitego sukcesu.
Nie wątpliwie "My Fair Lady" należy rozpatrywać w kategorii sukcesu. Mimo dłużyzny drugiego aktu (rozmowa Elizy i Higginsa w gabinecie) spektakl jest sprawnie zrealizowaną produkcją. Maciej Korwin z powodzeniem przełożył utrzymany w konwencji operetki materiał na współczesny i świeży musical. Udział w sukcesie ma również choreograf Joanna Semeńczuk (perfekcyjne sceny zbiorowe, piękny walc i taniec ślubny Alfreda) oraz kierownik muzyczny Dariusz Różankiewicz i fachowcy od nagłośnienia - wreszcie (niebywałe!) udało się poskromić zagłuszającą przeważnie aktorów orkiestrę.

Po dwóch hitach - "Skrzypku na dachu" i "My Fair Lady", z niecierpliwością oczekuję kolejnego sezonu. W planach bowiem "Spamalot" oraz musicalowy eksperyment Wojciecha Kościelniaka - "Lalka" Bolesława Prusa!

Kacper Wróblewski
Kulturaonline
8 kwietnia 2009

Książka tygodnia

Paragon
Wydawnictwo Mamiko
Justyna Nawrocka

Trailer tygodnia