Klasyka na otwarcie

„Wujaszek Wania" w reżyserii Lva Dodina z Dramatycznego Teatru Małego w St. Petersburgu

Sztuki Antoniego Czechowa, mimo swej genialności, potrafią być w wersji scenicznej nieprawdopodobnie nudne. Bohaterowie snują się z kąta w kąt, wypowiadając swoje myśli lub też nieśpiesznie rozmawiając ze sobą o tym, jacy to są nieszczęśliwi. Dlatego też na te rozwleczone i - skądinąd oczywiście bardzo mądre dywagacje o życiu - trzeba jednak znaleźć sposób. Jeżeli go brak, wychodzi się z teatru niemiłosiernie wynudzonym.

Lew Dodin, reżyser i dyrektor Dramatycznego Teatru Małego w St. Petersburgu taki pomysł - owszem - znalazł. Choć nie wszystkim przypadł on do gustu. Spektakl, który przywiózł z dalekiej Rosji na inaugurację XVII edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Sztuki Reżyserskiej „Interpretacje", która miała miejsce w minioną sobotę znamionował się wielkim przywiązaniem do tradycji. Wszystko jest w nim tak, jak chciałby tego sam Antoni Czechow. Tu prym bowiem wiedzie słowo i sposób jego prezentacji przez aktorów, którzy grają zgodnie z zamysłem wpisanym w treść sztuki. Powiedzcie, kiedy mieliście okazję oglądać spektakl, który byłby wyreżyserowany w sposób klasyczny? Dawno temu albo wcale, prawda? Dlatego też widzowie stęsknieni za tego rodzaju sztuką teatralną z satysfakcją oglądali sobotnie przedstawienie. Ci, którzy oczekiwali rewolucji, mogli się zawieść.

Brak w realizacji Dodina niespodzianek zarówno w warstwie tekstowej, jak i wizualnej. Rzecz dzieje się w podupadłym majątku ziemskim, gdzieś w Rosji u schyłku XIX stulecia, kiedy to w powietrzu daje wyczuć się lekki wiaterek zmian. Na razie jest to tylko wiaterek, ale bohaterowie czują mniej lub bardziej, że coś się święci i że ta codzienność, będąca jeszcze ich udziałem, już odchodzi na zawsze w niepamięć. Nadchodzą za to nowe czasy. Czy lepsze? Nie wiadomo. Z pewnością będą znamionowały się postępem, ale i zwyrodnieniem obyczajów, jak trafnie zauważa młoda żona profesora, Helena.

To najbardziej charakterystyczna i dominująca postać w tej sztuce, znakomicie odegrana przez aktorkę Ksenię Rappoport. W jej wykonaniu Helena jest stateczną damą, która z czasem ulega gwałtownej namiętności do doktora Astowa, równie interesująca zagranego przez. Ta dwójka zdecydowanie wiedzie prym wśród reszty aktorów. Za każdym ich słowem kryje się jakieś zagadkowe spojrzenie, mina czasem specjalnie przerysowana, drobny gest ręki lub ruch ciała. Mówią jedno, a grają drugie, aż wreszcie przychodzi pora na kompletnie odsłonięcie emocji i wtedy słowo idzie w parze z czynem. Interesująco był obserwować takie niepozorne, ale bardzo trudne do zrealizowania zachowanie obydwu bohaterów. Trochę rozczarowujące za to były kreacje Siergieja Kurysheva, który wcielił się w tytułowego Wujaszka Wanię oraz Ekaterina Tarasova jako Sonia. Brakowało im polotu i wyrazistości.

Niemniej, przedstawienie to miało niepowtarzalny klimat i było na wskroś przesiąknięte rosyjskim sentymentalizmem i tą słowiańską tęsknotą za rzeczami, których nie można mieć. Atmosferę tę wspomagała z pewnością zjawiskowa, choć w sumie bardzo prosta i surowa scenografia, na którą składały się wykonane z desek podesty i ściany. Do tego stół, kilka krzeseł i niezbędnych rekwizytów. Surowość tę łagodziło jednak świetnie komponujące się z kolorem drewna białe światło i takiegoż koloru elementy kostiumów bohaterów, które rozświetlały wnętrze niezwykłym blaskiem. Emanacja ta była dowodem kunsztu, jaki niewątpliwie Dodin posiada, ponieważ wykreować tak świetliste wnętrza za pomocą tak skromnych środków to nie lada sztuka. Reżysera docenić należy również za inne wizualne rozwiązania, takie jak budowanie nastroju niepokoju za pomocą kapiącego o parapet deszczu, zawieszenie na czas trwania całego spektaklu nad głowami aktorów snopków siana, będących symbolem zaprzestania pracy na czas przyjazdu gości z miasta, czyli profesora i jego żony oraz rozrzucone czarne buty, które przez całą pierwszą część przedstawienia są na pierwszym planie.

Przez te pozostawione na scenie buty nikt nie mógł ani na chwilę zapomnieć o profesorze, który jakby znajdował się w innym wymiarze i powoli szykował się na odejście z tego świata. Na szczęście buty nie stały się symbolem śmierci, choć ta rychło po nich wszystkich przyjdzie, ale wyjazdu uczonego i jego żony, która wniosła do tego smutnego i uporządkowanego domu chaos i uczucia. Po ich wyjeździe niby nic nie jest już takie samo, ale jednak wszystko wraca do normy. Wania i Sonia będą w nieszczęściu rozmawiać i pracować aż do śmierci, co nad wyraz dobitnie pod względem wizualnym potwierdza zjazd snopków, które są jak nieodwracalne fatum. Bo nikt z bohaterów nie ma siły z nim powalczyć.

Marta Kowalczyk
Gazeta Festiwalowa
11 listopada 2015

Książka tygodnia

W trzech zdaniach. Notatki z lat 2018-2019
Wydawnictwo Universitas
Krzysztof Orzechowski

Trailer tygodnia

„Viva La Mamma" - reż....
Roberto Skolmowski