Kliknij mnie

Rozmowa z Jerzym Stuhrem

- Coś rzeczywiście jest w "powietrzu". Nawet bliscy mi ludzie mówili, no dobrze, napisałeś taką książkę bardzo osobistą, bo z czasu choroby, więc kontynuuj ją na blogu - mówi Jerzy Stuhr.

Chętnie opowiada Pan o spotkaniach z ludźmi. Czy nadal znajduje Pan wspólny język ze swoimi odbiorcami ? Pytam, bo trochę Pan narzekał ostatnio, że zmienia się teatr, zmienia się film, zmieniają się oczekiwania...

- Spotkania z ludźmi są nadal najważniejsze. Ale dziwne zdarzenie miałem niedawno w Pradze, w czasie festiwalu. Podszedł do mnie młody człowiek i w sposób stanowczy, nawet może kategoryczny, zadał mi pytanie: dlaczego pan nie ma swojego bloga? Ja chcę wiedzieć o panu wszystko! Interesuje mnie, o czym pan codziennie myśli, kogo pan spotyka.

Zaskoczył mnie. Ale odpowiedziałem spokojnie: może ja nie chcę, żeby pan wiedział o mnie wszystko?

Jemu się to w głowie nie chciało pomieścić.

Więc próbowałem wyjaśnić: wie pan, ja pracuję całe życie właśnie w ten sposób, że muszę w tym, co robię, coś ludziom o sobie mówić. Jestem do tego zmuszany moim zawodem: i co wieczór w teatrze, i od czasu do czasu przed kamerą filmową, także w wywiadach, codziennie, by coś o sobie powiedzieć. Bardziej intymnie lub mniej, więc po pierwsze jestem na to już uczulony, po drugie - muszę bardzo kontrolować, co chcę powiedzieć, na ile chcę się wywnętrzyć, a co pozostaje moją tajemnicą. A pan żąda ode mnie żebym wywlekał codziennie swoje nastroje. Pan chce kliknąć i... wszystko wiedzieć, a ja odwrotnie: walczę o pewne zachowanie mojej prywatności.

Coś rzeczywiście jest w "powietrzu". Nawet bliscy mi ludzie mówili, no dobrze, napisałeś taką książkę bardzo osobistą, bo z czasu choroby, więc kontynuuj ją na blogu!

Ale tu nie możemy się porozumieć. Mówię: napisałem, bo chciałem to napisać. A więcej już nie chcę o tym mówić.

Myślę o tamtym młodym człowieku i jego kategorycznym tonie.

On nie odniósł się do mnie wrogo. Nie, ale on myślał, ba, był pewny, że ma prawo. I nie rozumiał, dlaczego ja tego prawa nie akceptuję. O tym była rozmowa.

To jest ciekawe signum temporis. Może nawet niekoniecznie związane z wiekiem lub zawodem. Bo moja przyjaciółka, Krystyna Janda pisze codziennie swojego bloga.

Mało tam zaglądam, bo w ogóle nie mam potrzeby zaglądania komuś do takich zapisków. Ale np. zauważyłem, że co wieczór, jak gramy w jej teatrze te "32 omdlenia" Czechowa, to w kulisach stoi nasza garderobiana, albo charakteryzatorka z kamerką.

Nie zwracałem nawet na to uwagi, bo myślałem, że to prywatnie coś sobie ze sceny filmują. Więc pytam: Krysia, to one sobie tak prywatnie rejestrują, czy dla teatru? A ona na to: nie, one to dla mojego bloga robią.

Więc zajrzałem do tego bloga i czytam np. "dzisiaj Jurek miał wielkie brawa po kwestii takiej to, a takiej...". I są rzeczywiście akurat stosowne zdjęcia...

Ona to codziennie pisze, codziennie uzupełnia, codziennie zamieszcza. Można wszystko przeczytać i sprawdzić, jednym słowem, można uczestniczyć, bo w ten sposób Krysia pisze jakąś żywą historię tego spektaklu.

I poczułem, że muszę się chyba ugiąć przed tym, bo jeśli w tym miejscu napisze się, że Janda ma codziennie po tysiąc, czy więcej wejść na tego swojego bloga, to znaczy, że te jej zapiski komuś są potrzebne. Zaspokajają jakąś ciekawość, czy też potrzebę uczestnictwa w żywej materii, która wciąż się odbywa... Ale jaka jest ta potrzeba i czego ona tak naprawdę dotyczy, jeśli autorka np. napisze: "a teraz idę spać, bo mnie głowa boli" - tego nie wiem.

Rozwinęło się wokół nas coś takiego, co nam, ludziom, którzy zawodowo są w jakiś sposób zmuszani do ustawicznego zwierzania się z siebie, stwarza dziwną sytuację dodatkowego przymusu, jako formy... nie wiem czego...

Głębszego zbliżenia się do odbiorcy? Kokietowania go? Obnażania się, by wydać się ciekawszym, sympatyczniejszym? Ja przeciwko temu protestuję!

Maria Malatyńska
Polska Gazeta Krakowska
20 kwietnia 2013
Portrety
Jerzy Stuhr

Książka tygodnia

Cyrk w świecie widowisk
Warsztaty Kultury w Lublinie
redakcja Grzegorz Kondrasiuk

Trailer tygodnia